Sleepless Clinic

Jeśli Digital Dragons to impreza dla branżowego zapaleńca, który wpada poznać twórców gier i zabawić się w networking, a Pyrkon dla kogoś, kto przy okazji fanowskich prelekcji na przeróżne tematy chce również chwilę pograć, tak Poznań Game Arena nie zostawia cienia wątpliwości – to wydarzenie ukierunkowane na granie. Ponad 130 wystawców rozstawiło się w październikowy weekend w halach Międzynarodowych Targów Poznańskich, od największych graczy pokroju Microsoftu i Nintendo, po najdrobniejsze ekipy gier niezależnych.

Poniżej znajdziesz krótki przegląd niewydanych produkcji, które wpadły mi w oko podczas wizyty w Poznaniu. Mocno okrojona to lista, jednak żeby opisać wszystkie, potrzebowałbym przynajmniej tygodnia na granie i kolejnych dwóch na pisanie…

Powrót króla kasiarzy

Zacznijmy z najwyższego C. Grą imprezy został w moich oczach tytuł, którego obecność na PGA była wręcz pewnym okrucieństwem wobec pozostałych – niewiele jest gier, które mogłyby stanąć z tym gigantem w szranki. Mowa o Super Mario Odyssey, najnowszych przygodach byłego już hydraulika na Nintendo Switch.

Krótkie demo, w którym zobaczyłem dwie lokacje – pustynną oazę i metropolię New Donk City – zadziwia kreatywnością i esencją zabawy, jakiej dostarcza. Nie chodzi tylko o dopracowane sterowanie i segmenty platformowe, które zgrabnie rozwijają podstawy wprowadzone w Super Mario 64; nie chodzi nawet o to, że poziomy są śliczne zaprojektowane, chowając w sobie multum sekretów. Odyssey wypełnia dziecięcą radością, gdy odkrywasz różne metody na interakcję z tym światem. A to napotykasz rurę, która wzorem A Link Between Worlds przerzuca Cię w dwa wymiary do klasycznego Mario na NES-a a następnie kolejny raz w 3D – nie dając czasu, żeby Twoja szczęka wróciła na miejsce.

Zabrzmi to banalnie, ale o ile przed PGA nie czułem, że potrzebuję Switcha w moim życiu, tak po spotkaniu z nowym Marianem stwierdzam, że handheld Nintendo będzie musiał, prędzej czy później, wpaść w moje ręce. Pamiętasz niedawne problemy finansowo-artystyczne japońskiego giganta? Patrząc na nowego Mario i Zeldę można zgadywać, że król powrócił.

PGA 2017

Moralny kac i ludzie jak cyfry

Nie samym Mario jednak człowiek żyje, choć mógłby. Interesująco wypada także nowa gra 11bit Studios, czyli Frostpunk podejmujący zarządzanie miastem na lodowym pustkowiu, w którym bezpośrednio spięto wybory moralne z decyzjami ekonomicznymi i administracyjnymi. Chociaż gra jest, powiedzmy, średnio „targowa” z racji swojego charakteru i tempa, wygląda obiecująco. Zadbano przede wszystkim o świetny klimat, bo mimo nieco oderwanej perspektywy gracza, faktycznie czuć mroźną desperację – choćby dlatego, że zacząłem z naręczem nieuleczalnie chorych, a jednym z możliwych do wydania edyktów była legalizacja zatrudnienia dzieci do pracy. Interesujące jest, że oprócz przetrwania trzeba dbać nie tylko o satysfakcję mieszkańców, ale i wskaźnik nadziei: to ciekawy sposób na zmuszenie odbiorcy do rozważania nieco mniej efektywnych opcji. Czas pokaże, czy Frostpunk równie mocno pozbawi mnie złudzeń, co Gods Will Be Watching, równie unikatowa gra o gubieniu skrupułów i człowieczeństwa w obliczu większego planu; wygląda jednak obiecująco.

Trzymając się strategicznego survivalu, na pewno czekam na Symmetry od bielskiego Sleepless Clinic (na zdjęciu otwierającym wpis widnieją Anita Harężlak i Tomasz Urbański z rzeczonego studia – przyp. red.) opowiadającą o astronautach uwięzionych na zaśnieżonej planecie. To gra daleko mniej skomplikowana od Frostpunka i bardziej kameralna, w której skupiasz się na zarządzaniu przede wszystkim czasem oraz niewielkiej grupy ludzi. Zwodzić może ładna, geometryczna oprawa i dość senny początek; w praktyce jest brutalnie i bardzo trudno, bo tytuł bezlitośnie każe Cię za przekonanie że panujesz nad sytuacją – gdy wraz z elektrownią szlag trafia Twoje zapasy jedzenia, a szalejąca nawałnica kpi z Twojego skromnego zasobu części zamiennych. Może nie do końca jeszcze czuję, by wykorzystano w pełni intymny charakter narracji, ale nie mogę narzekać na pozbawiony przepychu, elegancki gameplay. Jest to zasługa skromnego, banalnego w obsłudze interfejsu; jego klarowność i wygoda przywodzą na myśl fantastyczne pod tym względem Endless Space 2. Nic dziwnego, że Bielszczanie zgarnęli nagrodę za najlepsze indie imprezy.

Nie miałem dość moralnego kaca przy Symmetry i Frostpunku, więc stanąłem jeszcze przy We. the Revolution opowiadającej o Paryżu czasów rewolucji francuskiej. W grze wcielasz się w rolę sędziego, który zmuszony jest do stąpania po cienkim lodzie w obliczu wojujących o wpływy frakcji – w teorii, nawet skazanie oczywistego mordercy może okazać się być błędną decyzją, jeśli jego niewinności domaga się lud czy arystokracja. W międzyczasie, musisz też zajmować się rozgrywkami politycznymi poza salą sądową, bo wielu ludzi chce „zaprzyjaźnić się” z wpływowym sędzią. Przywodzi to wszystko na myśl nieodżałowane Papers, Please, chociaż ogrywanej przeze mnie alfie brakowało jeszcze błysku, który ma gra Lukasa Pope’a. Choć gameplay jest ciekawy w założeniu i obiecujący mechanicznie, zdążył mnie nieco sfrustrować. Papers, Please sprawdzało, jak dobrze znam prawa Arstoczki i jak bardzo kocham ojczyznę. We. the Revolution w prezentowanych sprawach kryminalnych zdawało się mocno polegać na wcześniejszej znajomości przypadków. Mam nadzieję, że tą drogą nie pójdzie pełna wersja, ale wierzę w Polyslash. Ten koncept jest po prostu zbyt dobry.

Pixel art i inne przysmaki

Tuż przed spotkaniem z Symmetry, zasiadłem do mieszczącego się tuż obok komputera z My Memory of Us, inspirowanej m.in. Listą Schindlera, Valiant Hearts i Limbo grą przygodową o dzieciństwie podczas II wojny światowej. O grze trochę napisał już u nas Mateusz; ja pozwolę sobie dodać, że demo wypadło obiecująco. Dobrą robotę odwalono przede wszystkim przy projekcie samych zagadek, które rozwiązuje się bez nachalnych wskazówek, na podstawie układu poziomu i znajomości zdolności postaci. Działa też bajkowa alegoria – dobre użycie koloru czerwonego podkreśla, jak arbitralnie decydowano o tym, kto ma umrzeć, zadbano też o balans między okrucieństwem wojny, a dziecięcą naiwnością, przez którą filtrowane są horrory nazistowskich czystek. Nie jest przesadnie brutalnie, ale to świetna, dosadna metafora tendencji totalitaryzmu do niszczenia jednostek nieprzystających wyobrażeniom.

PGA 2017

Wśród moich prywatnych hitów znalazły się dwie pixel artowe propozycje wydawane przez 11 bit studios. Pierwsza, Children of Morta, z miejsca wylądowała na mojej liście życzeń z powodu przepięknej oprawy – to pikseloza wręcz barokowa, bo z taką siłą wpada w oko. Pod piękną grafiką czai się bardzo grywalny roguelike (również z trybem kooperacji) o rodzinie, która przez pokolenia strzeże tytułowej góry Morta; na uwagę zasługuje już tętniące życiem menu główne, mieszczące się w rodzinnej posiadłości. Twin-stickowa bijatyka z użyciem różnych bohaterów i umiejętności jest dla mnie jak kocimiętka – tylko kolejka za plecami zmusiła mnie do zagrania jedynie dwóch sesji, dlatego czekam z niecierpliwością na jej premierę. Drugim jest głośniejszy Moonlighter, opowiadający o RPG-owym sklepikarzu, do którego zachodzą poszukiwacze przygód, nim wyruszą w podróż. Nie jest to całkowicie nowatorska koncepcja, bo już w 2010 roku mieliśmy kultowe, japońskie Recettear; Moonlighter zyskuje jednak dzięki kapitalnej oprawie i o wiele bardziej ambitnej rozgrywce. Dungeon crawl w Recettear był głównie bezmyślnym naparzaniem, za to gra Digital Sun miesza gatunek z klasyczną, dwuwymiarową Zeldą. Jeśli tylko twórcy postarają się, żeby obsługa sklepu była mniej toporna, możesz dostać w 2018 hit na miarę najgłośniejszych produkcji niezależnych.

Podczas zwiedzania poznańskich targów napotkałem również przyjemną niespodziankę jeszcze z tegorocznego Pixel Heaven, czyli szalenie ambitny, dwuwymiarowy Sand Is the Soul, który oprócz trudnej, brawlerowej rozgrywki i głębokich inspiracji Bloodborne’em obiecuje niespotykaną wręcz wolność do popełniania błędów. Trzymam kciuki za produkcję Michała Neugartena od momentu, w którym pokazał mi, że jedną z lokacji można przejść… składając uprzejmy ukłon przeciwnikom. Od maja widać, że znacząco poprawiła się jakość gameplayu oraz strony wizualnej – wciąż jest trochę nieczytelnie, ale nie spodziewałem się, że w ciągu kilku miesięcy ujrzę aż taki przeskok. Polecam wszystkim wielbicielom Dark Souls śledzić ten projekt; już jego alfa wygląda milion razy lepiej, niż pełna wersja Salt & Sanctuary.

Najmilszym zaskoczeniem PGA mianuję Sayri Adventure, przeuroczą grę przygodową o kosmicznym zwierzaku, który po zagładzie rodzimej planety ląduje w nieznanym świecie. Pomysł na rozgrywkę jest nowatorski i przeuroczy. Chodzi bowiem o zaprzyjaźnianie się z innymi stworzeniami i wykorzystywaniem ich unikatowych umiejętności. Jest słodko już od pierwszych chwil, gdy napotkany jeżozwierz z kosmosu pomaga tytułowemu Sayri przenieść kładkę, by mogli przejść razem przez rzeczkę; a całości dopełnia napędzana przez Unreal Engine kolorowa oprawa graficzna. To może być jedna z niespodzianek 2018 i gra, która zasmakuje Twojej pociesze, więc warto mieć ją na oku.

A to ledwie czubek góry lodowej, bo w Poznaniu zobaczyłem jeszcze dziesiątki gier. Zrobiło nam się na północy Polski małe, doroczne święto gamingu. Oby tak dalej, bo podczas krótkiej, dwudniowej wizyty zapisałem notes tytułami, na które będę czekał z wypiekami na twarzy.