We Happy Few

Intrygujący zwiastun gry We Happy Few narobił wiele szumu na imprezie E3 w Los Angeles. Nowa, dość oryginalna propozycja studia Compulsion Games kilka dni temu pojawiła się we wczesnym dostępie na PC i Xboksie One. Czy psychodeliczna przygoda w „radosnym” miasteczku ma szansę stać się niezależnym hitem?

Doskonale pamiętam nad wyraz pozytywne zaskoczenie po prezentacji We Happy Few w Mieście Aniołów. Razem ze mną większość fanów serii BioShock wstrzymała oddech na niecałe pięć minut podczas pokazu pierwszego trailera, a właściwie prologu tej survivalowej gry. Teraz pozostały rozmyślania i oczekiwanie na pierwsze fragmenty rozgrywki. Ambitni twórcy (pamiętasz ich ostatnią grę zatytułowaną Contrast?) na długo przed premierą upowszechnili wczesny dostęp do swojej psychodelicznej propozycji. Jak w odbiorze ogółu wypadają takie alpha-praktyki, czy nadal zapowiada się coś niezwykłego i czy We Happy Few czaruje wciąż tak samo, jak na wspomnianym pokazie?

We Happy Few: Radość rzeczywiste ma imię

Akcja gry rozgrywa się w fikcyjnym, dość dziwacznym miasteczku Wellington Wells, w 1964 roku. Bohaterem jest Arthur Hastings – cenzor zatwierdzający artykuły prasowe do publikacji. Okazuje się, że cała społeczność mieściny jest nad wyraz zadowolona i nieustannie uśmiechnięta… sprawą narkotyku „Radość”. Arthur także jest narkomanem. Jednak w pewnym momencie postanawia nie brać więcej pigułek. Właśnie wtedy zaczyna się jego koszmar. Co istotne, makabrą nie do podrobienia są nie tylko policjanci postanawiający złapać odmieńca ale również świat realny. Już na wstępie można wybrać czy bohater ma zakończyć tę nietypową przygodę po zgonie (typowy survival), czy będzie można kontynuować zabawę od miejsca, w którym postać poległa.

O czym już na początku warto wspomnieć to nauka gry; początki mogą być bowiem bardzo trudne. Z drugiej strony developer dopuszcza możliwość, w której śmierć bohatera nie musi być kompletnym fiaskiem z racji losowo generowanego świata gry. Po każdym ponownym starcie miasteczko wygląda nieco inaczej, więc gracz może czuć się tak, jakby zaczynał całkiem nową przygodę. Ponadto Arthur już od samego początku starcia z ponurą rzeczywistością musi nie tylko uciec z radosnego inaczej miasteczka, ale także stawić czoła podejrzliwym mieszkańcom i oddziałom policji, jak również dbać o swoje zdrowie.

Ranny, niewyspany, głodny, spragniony

We Happy Few

We Happy Few to niestety nie BioShock. Oczywiście podobna szata graficzna, pomysły czy niektóre rozwiązania mogą błędnie naprowadzać na mocarne dzieła Kena Levina, jednak tutaj najważniejsze jest przetrwanie. Jesteś głodny przedstawionego świata i chcesz chłonąć ten oryginalny klimat całymi garściami? Nic z tego. W pierwszej i bezwzględnie priorytetowej kolejności będziesz musiał zadbać o swoje potrzeby – zdrowie, spanie, jedzenie czy picie. Bez tego ani rusz. Zadania główne czy poboczne oczywiście są ważne, bo chodzi o Twoje życie, ale cóż z tego skoro co chwilę będziesz musiał znajdować studnię, przekąsić coś czy też odespać godziny bezpowrotnie stracone w podziemnej kryjówce. Zaufaj mi, co kilka sekund będziesz nerwowo spoglądał na ikony prezentujące status przetrwania, a ciągła eksploracja będzie rdzeniem rozgrywki. Po połknięciu „radosnej” tabletki, świat w mgnieniu oka zmieni się na bardziej kolorowy, piękny i radosny. To jednak tylko chwile… ulotne jak motyle.

Osobiście spodziewałem się czegoś innego. Owszem poza survivalem, trzeba zająć się wykonywaniem zadań i nieustannie pamiętać o ucieczce, ale wiele razy zamiast skupić się na szukaniu fabularnych odpowiedzi, troszczyłem się o potrzeby swojego ciała. Szukanie przedmiotów, kolekcjonowanie, kombinowanie to główne składowe We Happy Few – przynajmniej we wczesnej wersji. Chcesz stworzyć priorytetowo potrzebny przedmiot? Będziesz musiał przeszukać zakamarki, aby znaleźć potrzebne składniki, których oczywiście zawsze jest za mało. Ponadto całość będzie o wiele trudniejsza bez połykania tabletek Radości.

Zbieraj, chomikuj i twórz

Miejsca w pakunku oczywiście kurczą się z zawrotną szybkością, więc warto wracać się do sejfu, aby odkładać niepotrzebne, na tę chwilę, przedmioty. Apteczka czy bandaże pozwolą wyzdrowieć, znalezione jedzenie sprawi, że poczujesz się lepiej, łomy dadzą szansę na włamanie się w różnorodne miejsca, a proste rodzaje uzbrojenia (gałęzie, kij do krykieta) pozwolą wyjść cało z niejednej opresji. Walka w opisywanej produkcji wypada prosto i prymitywnie, ale potrafi pozytywnie zaskoczyć. Wiele razy było tak, że będąc głodny i przybity do muru jadłem podgniłe grzyby czy warzywa. Co się działo dalej? Nieustannie miałem omamy, kręciło mi się w głowie, wymiotowałem i odwadniałem się. W We Happy Few nie ma lekko…

Biegając po Wellington Wells możesz poczuć się nieco samotnie, choć naturalnie w wielu miejscach napotkasz rozhisteryzowanych, dziwacznych mieszkańców. Każdy z nich ma swoje imię i nazwisko, osobowość czy problem. Nawet nie wiedziałem kiedy brak uśmiechu na twarzy spowodował, że w mgnieniu oka biegła za mną grupka agresywnych napastników. Najlepszym wyjściem w takiej sytuacji jest oczywiście ucieczka. Niestety niemal na każdym kroku widać, że mamy do czynienia z wczesną wersją dostępu, głównie za sprawą drobnych (ale częstych) błędów technicznych, glitchy, doczytywaniu się całych połaci terenu i spadku płynności rozgrywki. Ponadto irytował mnie biały wskaźnik przedmiotów w plecaku, który całkowicie zlewał się z przeszukiwanymi rzeczami, przez co nader często musiałem przejeżdżać nim dalej, aby móc wybrać interesujący mnie fant.

We Happy… Few

Ciężko jednoznacznie ocenić We Happy Few. Uwielbiam tego typu klimaty i oczywiście dam szansę kanadyjskiej propozycji, jednak w tym momencie jest to gra będąca w procesie developingu, co widać na każdym kroku. Tytuł z radosną pigułką w tle kierowany jest do zagorzałych fanów przetrwania, a mniej dla graczy oczekujących przygody. Z drugiej strony, jedni i drudzy znajdą coś dla siebie, bowiem oprócz walki o przetrwanie można tu przeżyć wiele intrygujących perypetii fabularnych.

cupsell ustatkowany

Tysiące wspomagających ten projekt osób zaufało niezależnym programistom z Compulsion Games, wierząc w coś odmiennego, charakterystycznego i oryginalnego. Tytuł z pewnością ma olbrzymi potencjał, jednak radziłbym poczekać na końcowy efekt. Choćby z powodu licznych niedoróbek, problemów i końcowego wypośrodkowania gatunków. Jeśli twórcy chcą, aby gracz przeżył coś więcej niż tylko survival muszą dać mu więcej swobody. W przeciwnym wypadku gra trafi jedynie w gusta wielbicieli przetrwania, a ciekawa historia zejdzie na dalszy plan.