Grudniowa śpiączka gastronomiczna, kac i chorowanie odespane, pora na top 5 minionego już 2025 roku.
2025 to był potężny dla medium rok. Niby wiedzieliśmy, że walka o tytuł gry roku rozegra się między dwoma, trzema tytułami (a i umówmy się, że konkurencja była raczej z grzeczności), ale branżunia obrodziła w dobro. W zasadzie nie sposób zmieścić i w top 10 tych wszystkich tytułów, które w ubiegłym roku zostały ze mną na dłużej, bo w zasadzie co miesiąc musiałem wymieniać pozycje w tej topce. Oby tak dalej – szczególnie w segmencie indie, który skończył 2025 w szczytowej formie.

Wyróżnienie (?): Clair Obscur: Expedition 33
Debiutancka ekspedycja Sandfall Interactive okupowała przez długi czas miejsce w mojej topce. To świetny tytuł z bardzo dobrym, wielowarstwowym scenariuszem, ciekawymi pomysłami i kapitalną walką. Wbrew temu, co się mówi, nie jest to rewolucja, bo gra wiele zawdzięcza jRPG-om starym i nowym – z czym zresztą wcale się nie kryje. Niemniej, rzadko zdarza się by hołd przerodził się w coś wybitnego.
A czemu „tylko” wyróżnienie? Bo Clair Obscur nawiedzała pomniejsza afera związana z użyciem generatywnej sztucznej inteligencji, której Sandfall długo nie kwapiło się wyjaśnić. W końcu to zrobili i wychodzi na to, że można być spokojnym… Ale brak natychmiastowej reakcji wobec oskarżeń o coś, czym rzekomo się brzydzą sprawił, że zacząłem tracić do gry zaufanie. Wciąż polecam Clair Obscur, bo to kapitalny tytuł i nie żałuję spędzonego z nim czasu… Ale pewne rany są dla mnie zbyt świeże.

5. Look Outside
Jakież to jest zaskoczenie. Look Outside jest indie horrorem wyjątkowym. Mamy prostą, ale wymagającą myślenia i szczęścia turową walkę inspirowaną grami jRPG. Jest niesamowita oprawa wideo autorstwa weterana sztuki pixel artu. Również wizja lovecraftowskiego horroru roztoczona przez autora jest czymś mało spotykanym; dawno nie było takiej interpretacji przedwiecznych czy tego, jak malutcy jesteśmy względem kosmosu. No i mimo bycia autentycznie straszną i ryjącą beret jest to też jedna z najzabawniejszych, najcieplejszych gier ubiegłego roku.
Ale chyba najważniejsze dla mnie w Look Outside jest to, ile ten tytuł chowa w sobie niespodzianek. Reaktywność produkcji jest porównywalna z Baldur’s Gate 3, gdzie gra ma odpowiedź na niemal każdą głupotę, jaką robisz. Rzadko mi się już zdarza, żebym czuł się przy grach jak uchachane dziecko – a mimo trudności i strachu, tak właśnie jest tutaj.

4. Xenoblade Chronicles X: Definitive Edition
Nie mam już wątpliwości: Xenoblade Chronicles to moja ulubiona saga jRPG. Nikt tak nie eksperymentuje i nie mówi o takich tematach w mainstreamie tego gatunku, jak Monolith Soft. X ma swoje wady, przede wszystkim mało ekscytująco opowiedziany wątek główny, ale nadrabia to wielowarstwową rozgrywką. W szczególności tym, jak poszczególne systemy otwierają planetę Mira. No i jest tu podejście do science-fiction i historii o kontakcie, jakich w grach o pewnych budżetach po prostu nie ma.
Co najważniejsze: to po prostu tytuł, który uzależnia. Te wszystkie systemy i ciekawe podejście do międzykosmicznych perypetii po prostu wciągają i angażują. Do tego stopnia, że X było dla mnie w pewnym momencie grą niebezpieczną, gdy w pierwszym kwartale czekało wiele wyzwań z dala od konsoli.

3. Demonschool
Na Demonschool czekałem od PAX West 2022 – to był jeden z tych przypadków miłości od pierwszego wejrzenia. Rozkochałem się w grafice i muzyce, w poczuciu humoru, przede wszystkim zaś: w systemie walki czerpiącym garściami z Into the Breach. Coś czułem, że to jest gra specjalnie dla mnie.
Nie zawiodłem się. Wpływów Persony jest tutaj dużo mniej niż można było się spodziewać, a na pierwszy plan wychodzi właśnie taktyczno-logiczna walka. Był to moim zdaniem strzał w dziesiątkę, bo przy zabawie z Demonschool towarzyszy mi syndrom „jeszcze jednej tury”. Nie jest to gra idealna – ale jest to gra zdecydowanie dla mnie.

2. Death Stranding 2: On the Beach
Początkowo pisałem, że nie potrzebuję Death Stranding 2. Jednak Hideo Kojima jest właśnie od tego – żeby mi pokazać, że gadam głupoty. On the Beach to fantastyczny sequel: kwaśny, dziwny, podejmujący kontrowersyjne decyzje. KojiPro rozwinęło rozgrywkę, zbliżając symulator kuriera niemal do sandboksa jakim było Metal Gear Solid V.
Jest to zarazem gra lepsza od poprzedniej, chociaż robi mniejsze wrażenie. Kopnięcia, jakim było Death Stranding 1 nie dałoby się chyba powtórzyć. Jednak On the Beach pokazuje, że Hideo Kojima i spółka nie żyją tylko z górnolotnych pomysłów. Oni po prostu wiedzą, jak się robi kapitalne, bardzo grywalne gry, którą „dwójka” absolutnie jest. Miejmy nadzieję, że to nie finał tej pełnej nadziei wizji o końcu.

1. Hades II
Déjà vu, prawda? Hades był moją ulubioną grą 2020 roku – 5 lat później, jej sequel też jest na szczycie mojej topki. Jest to sequel bardziej rozbudowany, skomplikowany, bogatszy i dziwniejszy od poprzedniczki, robiący nieco większe zamachy. Jak pokazuje pierwotne zakończenie – nie zawsze w stu procentach celnie.
Jest to przede wszystkim jednak piękna gra o uzależniającym, arcade’owym gameplayu. Od premiery we wczesnym dostępie w 2024 roku spędziłem z Hades II ponad 200 godzin. Tytuł ten zdominował mój Steam Replay: w ubiegłym roku nie było miesiąca, żebym nie pomagał Melinoë naklepać Chronosa, nawet po wyczerpaniu zawartości. Nic nie poradzę: to moja ulubiona gra ubiegłego roku, liczby nie kłamią.