W dzisiejszych czasach trzeba mieć nie lada odwagę, żeby wchodzić na rynek gier z nowym projektem. Tym bardziej jeśli chodzi o debiut studia, które powstało raptem kilka lat wcześniej. Do starcia ze ścianą stanęła polska ekipa Fumi Games, mająca nie tylko swój pomysł i wizję nowego IP, ale co najważniejsze umiejętności, oryginalne podejście, czas i wiarę w powodzenie. Jednak czy czarno-biała animacja z lat 30. ubiegłego wieku, strzelanie, dobre tempo i charyzmatyczny bohater wystarczą, aby zaistnieć na rynku pełnym wysokobudżetowych kolosów? Panie i Panowie, szykujcie portfele, bo mamy kolejny rodzimy hit!
Twardy detektyw w stylu noir
Bohaterem gry jest prywatny detektyw Jack Pepper (głosu użyczył fenomenalny Troy Baker) rozwiązujący swoje różnorakie sprawy w mieście Mouseburg. Mysi śledczy ma do rozwiązania trzy główne sprawy (zniknięcie magika, tajemnicza śmierć i łapanki ryjówek) i poboczne aktywności (kompromitujące zdjęcia, szukanie balonów), które jak na doświadczonego detektywa przystało rozpracowuje na „ścianie zbrodni” pełnej przypiętych poszlak. Im dalej w las, tym więcej dowodów wychodzi na jaw, sprawy łączą się, tropów przybywa, a problemy w czarno-białym mieście choć często podlane są wielkim poczuciem humoru, to jednak dotyczą srogich kryminalnych przestępstw jak porwania, siłowe przesiedlenia czy zlecone zabójstwa.

Jack Pepper to bohater z krwi i kości i jak na byłego żołnierza przystało, nie boi się zadawać trudnych pytań, zgrabnie łączy ze sobą poszlaki, nie patyczkuje się ze skorumpowanymi policjantami i często rzuca żartami. Hubem w grze jest biuro detektywa i fragment dzielnicy, do którego po każdej misji wrócisz, aby dodać kolejne poszlaki, porozmawiać z dziennikarką śledczą Wandą (i dać jej kolejną dobrą historię) czy innymi świetnie napisanymi postaciami. Jeśli po obejrzeniu materiałów z gry myślałeś lub nadal myślisz, że MOUSE to gra bez duszy, do bólu liniowa i wydmuszkowata, to po zagraniu w pierwsze misje szybko zmienisz zdanie. W pogoni za prawdą odwiedzisz m.in. stare metro, wytwórnię filmową, moczary, nawiedzony dom czy operę i każda z tych lokacji ma swój urok, masę detali, cechy charakterystyczne i jest świetnie zaprojektowana.
Lepiej nie znać swojego idola
Podróżując autem od jednej miejscówki do drugiej w celu szukania kolejnych poszlak i sprawdzania tropów, będziesz musiał stawić czoła całej zgrai skorumpowanych policjantów, szemranych typów i innych awanturników, którym przeszkadza węszenie na ich terenie. Całe szczęście mysi detektyw jest przygotowany na takie ewentualności i podczas odwiedzania niebezpiecznych dzielnic w mgnieniu oka zamienia się w, targającego na plecach cały arsenał, Rambo. Do walki z tym przeżartym korupcją miastem będziesz potrzebował strzelby (uwielbiam efekt przeładowania), karabinu (mój ulubiony), broni wybielającej (jeden kleks kwasu i zostają tylko kości), d-namitu, a nawet ciężkiej kolubryny (wytrzeliwuje wielką kulę). Jak na boomer shootera przystało akcja jest dynamiczna, wrogów często liczy się w dziesiątkach, a lawirowanie między giwerami sprawia morze frajdy.

Oczywiście dostępne są ulepszenia spluw zwiększające obrażenia, magazynki, dodające przebijające pociski czy zmniejszające odrzut. Po takim upgradzie nie tylko zmieniają się statystyki broni, ale także jej wygląd czy dodają alternatywny strzał (np. karabin James Gun strzela na oślep). Podczas ołowianego wydobywania prawdy z przeciwników, możesz liczyć na małą pomocną dłoń wyciągniętą od twórców, bo w lokacjach pojawiają się eksplodujące i zamrażające beczki, wiszące kowadła czy bonusy power-up sprawiające, że każdy pocisk zapala wrogów czy pojawia się abstrakcyjny efekt strzelania z palców po wypiciu espresso. Wrogów jest bez liku i każdy chce się przywitać z lufą detektywa, więc trafisz na uciążliwe chmary mniejszych gagatków, denerwujących piesków, pionków z pepeszami, snajperów w płaszczach, wytrzymałych grubasów czy naturalnie bossów.
Ci ostatni są przeróżni, mniej lub bardziej uciążliwi i, co najważniejsze, starcia z nimi są na swój sposób wyjątkowe. Potyczka na bagnach wymaga zręczności, uganianie się za duchem cierpliwości, walka z Robo-Betty unikania prądu, a starcie z rozsierdzonym aligatorem sprawności w chowaniu się i szybkim celowaniu. Jeśli jesteś wytrawnym wielbicielem FPS-ów, to możesz śmiało zacząć od trudnego poziomu, bo na normalu jest zbyt łatwo i czasami miałem wrażenie, że zbyt szybko rozprawiałem się ze wściekłym atakiem na węszącego detektywa. Eliminacja szumowin i docieranie do prawdy w każdym „rozdziale” daje coraz więcej satysfakcji, podobnie jak przypinanie do ściany kolejnych poszlak, łączenie faktów i tropienie coraz większej intrygi.

Idź za śladem forsy, mówili
Rambo-detektyw nie tylko strzela, ale też na każdym kroku sprawdza swoją sprawność, bo poza butami na sprężynach pozwalających wykonać podwójny skok, bohater wykorzystuje swój ogon do latania czy potrafi chodzić po ścianach. Wszystko to pozwala szybciej przemieszczać się, unikać kul i docierać do sekretnych pomieszczeń, których jest od zatrzęsienia. W ogóle fani zbierania będą co rusz oblizywać wargi, bo do odnalezienia poza szmalem, są starsze numery lokalnej gazety, karty bejsbolowe, fanty do upgrade’ów, figurki czy komiksy. Chcąc przejść dalej czasami trafisz na zamknięte drzwi czy sejfy, które trzeba będzie otworzyć przechodząc ogonkiem przez prosty labirynt. Raz jest bardzo łatwo, a za chwilę trudniej i na czas, szkoda że nie udało się tego elementu nieco urozmaicić.

Stylowa czarno-biała oprawa z lat 30. ubiegłego wieku i kreskówkowe animacje to prawdziwy strzał w dziesiątkę, klimat noir jest tu odczuwalny na każdym kroku, a wszechobecny, rewelacyjnie dobrany humor dodaje pikanterii całej opowieści. W czasie prowadzenia śledztwa trafisz na wszechobecne easter eggi i nie raz uśmiechniesz się pod nosem. Przyjęcie powitalne Leona na komisariacie czy plakaty nawiązujące do Gears of War to świetny poboczny dodatek do tej przygody. Klimat noir wspaniale uzupełnia wybijająca się i charakterystyczna jazzowa ścieżka dźwiękowa. Kapitalna muzyka potrafi często świetnie zaakcentować wydarzenia, zwolnić kiedy trzeba i dodać do pieca podczas hurtowego najazdu wrogów. Całość składa się w perfekcyjnie ukazany detektywistyczny żywot i bezkompromisową walkę o sprawiedliwość.
Welcome to the trap, mouse
Polskie studio zaskoczyło po całej linii. Od pierwszej zapowiedzi zdawałem sobie sprawę, że szykuje się nietuzinkowa produkcja, ale ten tytuł przeszedł moje wszelkie wyobrażenia o nim. Za śmiesznie małą premierową cenę dostaniesz wiele świetnie zaprojektowanych lokacji, bossów od groma, wystrzelasz się za wszelkie czasy, poczujesz się jak kolekcjoner, wiele razy uśmiejesz się, spotkasz się z wieloma nawiązaniami do popkultury i rozwiążesz niezwykle zagmatwane sprawy. Do tego możesz liczyć na kilkanaście godzin wirtualnej rozrywki, która od początku do końca urzeka, a nudę odprawia z kwitkiem.

Z ręką na sercu chciałem dać ocenę celującą, ale od około połowy gry na Nintendo Switch 2 w trybie handheld pojawiały się liczne, mocne i utrudniające starcia spadki płynności rozgrywki. Zaznaczam też, że po najnowszej aktualizacji jest o niebo lepiej, ale mimo to czasami zdarzają się jeszcze chrupnięcia, które w tak dynamicznym i szybkim shooterze są wyraźnie uciążliwe. Tak czy siak, masz przed sobą niesamowicie tanią podróż w czasie do ubiegłego wieku, dopracowaną w każdym aspekcie i sprawiającą, że każda godzina spędzona z grą studia Fumi Games to prawdziwa rozkosz dla fana wirtualnej rozrywki. Jeśli ich debiut jest tak fantastycznym doświadczeniem, to aż strach pomyśleć jakie będą kolejne produkcje tej ekipy. Kibicuję im całym (ser)cem!