Marcin wybiera swoje Top 5 2025 roku

Marcin wybiera swoje Top 5 2025 roku

Ubiegły rok był niezwykle obfity w gry wideo, więc pora na małe, coroczne podsumowanie. W 2025 roku podobnie jak w poprzednim głównie skupiłem się na nadrabianiu zaległości, ale udało się wybrać Top 5 produkcji, jakie zrobiły na mnie największe wrażenie w tych ostatnich 12 miesiącach. Oczywiście brak jest tu wielu hitów, jak choćby Clair Obscur: Expedition 33, Kingdom Come: Deliverance 2 czy Ghost of Yōtei, bo zwyczajnie nie dane mi było ich ograć z wielu powodów.

Zamiast tego za wszelką cenę starałem się nieco zmniejszyć swoją kupkę wstydu i mimo wszystko jestem niezwykle zadowolony z efektu, bo trochę nazbierało się tych tytułów. Warto wspomnieć choćby o Stray (rozluźniająca przygoda), Avatar: Frontiers of Pandora (niezwykle efektowny wirtualny świat), Life is Strange 2 (udana braterska opowieść), Kingdom Come: Deliverance (cierpliwi zakochają się w tej trudnej grze), Life is Strange: Double Exposure (lekkie rozczarowanie) czy Tales of Kenzera: ZAU (dobry, niedoceniony tytuł). Było w co grać, ale pora na dania główne.

Oto moje Top 5 2025 roku:

5. Dodatek „Valley of Memory” do Assassin’s Creed Mirage

Assassin’s Creed Mirage to nie jest może wymarzony tytuł z całej serii, ale doceniłem klimat i krótszą opowieść, konkretnie wymęczony poprzednimi odsłonami. W tym roku pojawił się nieplanowany wcześniej dodatek fabularny do Mirage, który zaproponował kilka godzin fabuły, wiele przedmiotów do znalezienia i całkiem nowy, dość pokaźny rozmiar mapy. Basim wyruszył do miasta Al-Ula w poszukiwaniu informacji o swoim ojcu, którego nie widział od dzieciństwa, jednocześnie pozbywając się pewnej wrogiej frakcji. To cztery godziny (sama fabuła) przyjemnej rozgrywki i powrót do piaszczystych, gorących starożytnych, arabskich klimatów.

Warto wspomnieć o tym DLC, bo fajnie było wrócić na kilka godzin do Mirage, szczególnie że Ubisoft zaoferował „Valley of Memory” za darmo. Takie sytuacje, tym bardziej u francuskiego wydawcy, zdarzają się bardzo rzadko i oby takich niespodzianek było więcej w także w tym roku. Basim podróżuje po nowej lokacji, poszukuje poszlak związanych ze swoim ojcem i po kolei pozbywa się zbirów umieszczonych w dość dużym drzewku celów. Nie jest to wymarzone rozszerzenie, ale dla fanów Mirage jest całkiem udanym przedłużeniem arabskiej przygody.

4. Battlefield 6

W ostatnich latach w serii Battlefield nie działo się najlepiej, głównie przez wprowadzane zmiany w formule rozgrywki, które nie przypadły graczom do gustu. Tym razem jednak krytyka była tak wielka, że twórcy wyciągnęli wnioski, posłuchali społeczności i zaserwowali fanom powrót do korzeni. Oczywiście mowa o trybie wieloosobowym, bo na kampanii fabularnej trochę się zawiodłem. Nie dość, że jest okropnie krótka (ok. 5 godzin) i do bólu liniowa (wiele razy widziałem komunikat typu „wróć na pole bitwy”), to w dodatku misje żołnierzy NATO sprawiają wrażenie chaotycznych i bardzo mocno naśladujących te z serii Call of Duty. Nie jest to wielka porażka, ale wydaje mi się, że tak krótka opowieść mogłaby być bardziej wciągająca i warta zapamiętania.

Z kolei multi starcia to już niemal same pozytywne odczucia i wybór własnego ulubionego trybu. Zrezygnowano z niezbyt udanego systemu operatorów, zastępując go znanym i lubianym podziałem na klasy postaci, mające swoje plusy i minusy na polu walki. Rozbudowany system zniszczeń, zadowalający system progresji, osiem trybów rozgrywki czy interesująco zaprojektowane mapy to optymalny zestaw dla każdego fana serii. Mając nieco mniej czasu cieszyłem się z mniejszych map i znanych trybów (deatchmatch, szturm i przełamanie itp.), a w wolne wieczory dawałem się zatracić w trybach Wojny Totalnej. Ogromne obszary, do 64 graczy, wykorzystywanie pojazdów i niezwykle przyjemny chaos to przypływ adrenaliny w ilościach hurtowych.

3. Dying Light: The Beast

Zwracam uwagę na wszystko co ma coś wspólnego z umarlakami, więc najnowszego Dying Light nie mogłem przegapić. Kyle Crane po latach powraca i odnajduje się w podziemnym, tajnym laboratorium, w którym przez ostatnie 13 lat poddawany był torturom i eksperymentom, ale ostatecznie udaje mu się uciec. Bezlitosnymi „naukowcami” dowodzi Baron, który łatwo skóry nie sprzeda. Tak zaczyna się długie planowanie zemsty, które oprócz poznawania kolejnych sprzymierzeńców i hurtowej eliminacji umarlaków, pozwoli poznać alpejską mieścinę wzdłuż i wszerz, wykonując przy tym wiele interesujących i pełnych adrenaliny misji.

Przemierzanie mapy w poszukiwaniu kryjówek, przydatnych przedmiotów i nowych broni dalej bawi i tu nic się nie zmieniło. Natomiast jeśli latające odcięte głowy czy odpadające kończyny już mi się nudziły, to po doładowaniu paska odpalałem tryb Bestii i wtedy cała horda zombie została jeszcze brutalniej i efektowniej wyeliminowana. Były momenty kiedy potrzebowałem prawdziwego wyzwania i z pewnością takie okazały się starcia wielkimi Chimerami oraz nocna rozgrywka, czyli totalnie skradankowe etapy z szybkim biciem serca. Kiedy po ok. 20 godzinach oglądałem napisy końcowe miałem wrażenie dobrze wykorzystanego czasu z byłym agentem GRE, jednak formuła serii zwyczajnie potrzebuje powiewu świeżości i kolejna podobna część może być nieakceptowalna dla fanów.

2. Assassin’s Creed Shadows (PS5, Switch 2)

Lubię serię Assassin’s Creed, ale ogromne światy w ostatnich odsłonach (Origins, Odyssey czy Valhalla) mnie dość mocno wynudziły. Potrzebowałem przerwy, jednocześnie ciesząc się z mniejszej skali mapy w Mirage. Na premierę Shadows czekałem ze względu na japońskie klimaty i możliwość odwiedzenia zakątków tego ciekawego kraju. Nie zawiodłem się, ale do wielkich zachwytów jest jeszcze daleko. Ubisoft króluje w otwartych światach, tworząc fantastyczne lokacje, jednak mam wrażenie, że w ostatnich latach twórcy się z kimś ścigają. Na największy obszar, na liczbę pytajników, na zadania poboczne, na czas rozgrywki. Niepotrzebnie. Feudalna Japonia w Shadows jest przepiękna, pełna cudownych krajobrazów, widoków wprost z marzeń, charakterystycznych miejscówek czy zmieniających się pór roku.

Jednak fabularnie nie jest to historia, która będzie wspominana przez fanów serii przez lata. Być może winny jest temu ogromny rozmiar mapy gry, mnóstwo punktów synchronizacji, setki pytajników, misji pobocznych i ciągle pojawiające się nowe drzewka celów, jakie trzeba wyeliminować. Tego wszystkiego jest zdecydowanie za dużo i dlatego główna linia fabularna jest cały czas „przerywana”, co powoduje nagminne wytrącenia z klimatu fabularnej opowieści. Czemu zatem Shadows jest tak wysoko w moim Top 5?

Uwielbiałem odkrywać nowe obszary, podziwiając kolejne świątynie, zamki czy wodospady. Świetnie było skradać się Naoe i eliminować po cichu cele, korzystając przy tym z coraz to nowych umiejętności i narzędzi zagłady. Zostałem oczarowany grafiką, zmieniającymi się porami roku, zachodami słońca i innymi widokami z wysoko położonych miejsc. Wtedy zatrzymywałem się, aby włączyć tryb foto i uwiecznić niespotykane wirtualne ujęcia. Specyficzny klimat Kraju Kwitnącej Wiśni jest na wyciągnięcie ręki i warto było spędzić z tą grą ponad 100 godzin (na PS5 i NS2).

1. Cronos: The New Dawn

Czekałem z wypiekami na twarzy na najnowszą propozycję studia Bloober Team od momentu zapowiedzi gry, a mój apetyt wzrósł dowiadując się o wydaniu wersji na Nintendo Switch 2. Ostatnio właśnie tej konsoli poświęcam najwięcej czasu, ceniąc sobie możliwość wyboru miejsca do grania. Porównania do Dead Space nie były przesadzone i choć podobały mi się przedpremierowe materiały, myślałem że mocno zapracowany polski deweloper (Silent Hill 2 Remake) potraktuje swoje nowe IP trochę jako „rezerwową” grę i wyjdzie z tego wydmuszka.

Nic z tego. Ekipa Bloober Team dostarczyła rewelacyjny survival horror z intrygującą fabułą, nie tylko dla fanów kosmicznych przygód inżyniera Isaac’a. Cronos straszy, ma niepodrabialny klimat i stanowi wyzwanie nawet dla survivalowych wyjadaczy. Każda nowa lokacja bardziej cieszy, kolejni wrogowie jeszcze bardziej przerażają, a opowieść wciąga z każdą kolejną godziną. Długo nie zapomnę małego rozmiaru ekwipunku, który wielokrotnie przyprawiał mnie o ból głowy. Co zabrać ze sobą, a co zostawić w skrzyni?

W Dead Space w pewnym momencie miałem tyle przedmiotów, że mogłem wybierać bez liku. Cronos nie dość, że posiada mroczną atmosferę i ohydnych wrogów, dodatkowo ogranicza swobodę małą ilością miejsca w ekwipunku. Trzeba myśleć, analizować, przewidywać jaka broń będzie najlepsza i ile granatów mieć przy pasku. Przeklinałem pod nosem, ale jednocześnie uwielbiałem to. Fani Dead Space i horrorów dostali niezapomnianą przygodę, która mam nadzieję będzie kontynuowana w przyszłości.

Choć Marcin od dziecka wychowany był na prymitywnych wirtualnych światach, zauroczony jest nimi do dziś. Gry wideo nosi w sercu i od wielu lat przelewa myśli z nimi związane na papier. Recenzjami stara się zaintrygować odbiorcę, w publicystyce zarażać zaś swoją pasją. Poszukiwacz pozytywnych stron życia, ceniący doświadczenie i nieprzychylnie nastawiony do szeroko pojętej głupoty. Tata i Ustatkowany gracz.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*