Potop szwedzkiej solidności, ciekawych pomysłów i udanych rozwiązań

Jeśli podobały Ci się mroczne przygody z pierwszej części Little Nightmares, sequel możesz brać w ciemno bo to naprawdę rewelacyjne wirtualne doświadczenie.

Ostatnio mam już serdecznie dość ogromnych gier z otwartym światem, szczególnie po długiej rozgrywce z Red Dead Redemption II i Assassin’s Creed Valhalla. Oba tytuły są na swój sposób niesamowite ale przyznam bez bicia, że tęskniłem za krótszą rozgrywką i dobrym straszeniem bez open worldów.

Doczekałem się. Dostając Little Nightmares II do recenzji nie do końca wiedziałem czego się spodziewać, bo nie grałem w pierwszą część. Teraz po tych specyficznych i niezapomnianych doznaniach, bardzo się raduje, że pierwsze przygody Six mam jeszcze przed sobą.

Koszmar małych bohaterów

Budzisz się w pełnym mroku lesie i od teraz zaczyna się nowy koszmar z walką o przetrwanie. Bohaterem jest chłopiec Mono, który ratuje znaną z pierwszej części Six i razem wyruszają w przerażającą podróż po ponurych zakątkach tajemniczego miasteczka. Little Nightmares II to platformówka z bocznej perspektywy i możliwością eksploracji dalszych planów danej lokacji. W praniu taka rozgrywka spisuje się na medal, co z brakiem jakiegokolwiek HUD’a i łamigłówkami ostatecznie sprawdza się wyśmienicie.

Mono i Six od samego początku muszą współpracować, razem rozwiązywać niektóre problemy na swojej mrocznej drodze czy uważać wzajemnie na siebie. Czasami dziewczynka zrobi „stopkę”, aby chłopczyk sięgnął do klamki, nieraz złapie po skoku bohatera a jeszcze kiedy indziej po prostu… pokaże dalszą drogę. Odwiedzane lokacje (las, szkoła, szpital, ulice miasta) to wyjątkowo ponure miejsca i często wraz z ich bossami tworzyły mieszankę, która wywoływała dreszcze na ciele. Długo nie zapomnę okrutnej szkoły, uczniów z piekła rodem i przerażającej nauczycielki. Jej odgłosy, zachowanie i długa szyja do teraz kojarzą mi się z recenzowanym tytułem.

Zagubione dzieci, myślcie to nie boli

Ogólnie sytuacja Mono i Six jest nie do pozazdroszczenia. Dokąd zmierzają? Czy uda im się pozbyć koszmarnego piętna? Kapitalnym dodatkiem do ich ponurej przygody są łamigłówki. Przeważnie są to proste i niewymagające frustracji zagadki ale przyznaję, że kilka razy musiałem na spokojnie przeanalizować całą lokację i jej poszczególne dobrodziejstwa pomagające w jej ukończeniu. Możesz liczyć na łatwiejsze zagadki, nieco trudniejsze niewiadome czy wymagające zręczności etapy. Masz przed sobą pułapki? Rzuć czymś w nie i przejdź dalej. Mokra podłoga jest „pod prądem”? Znajdź jego źródło, wyeliminuj zasilanie, zmień położenie przedmiotów i ciesz się kolejną paskudną miejscówką. Goni Cię wstrętny i odrażający kłusownik? Biegnij przed siebie ile sił, nie popełniaj błędów, skacz, wspinaj się i na szybko szukaj drogi ewakuacji.

Oczywiście w praktyce nie jest to takie łatwe jak się wydaje i przygotuj się na wielokrotne powtarzanie danej sekwencji. Na całe szczęście punkty zapisu są świetnie dobrane i w przeważającej ilości nie musisz nadrabiać wiele, a często właśnie tuż przed śmiercią możesz odczytać swój ostatni „save”. Mono nie tylko się chowa przed wrogiem ale też potrafi się bronić podnosząc większe od siebie przedmioty (młotek, siekiera) czy używać latarki zażegnując niebezpieczeństwo. Podczas tej smutnej opowieści do zebrania są czapki dla chłopczyka i widmowe szczątki, więc warto dodatkowo węszyć po lokacjach.

Dziecięce koszmary sprawiały mi… wiele frajdy

Choć zabrzmi to dziwnie, to ta ponura i przerażająca wirtualna opowieść sprawiła mi wiele radości, świetnych motywów i niezapomnianych momentów, dotykających bardzo głębokie obszary mojego mózgu. Jestem pod wrażeniem aranżacji, pomysłów, zagadek, designu lokacji i wrogów czy wielu innych świetnych rozwiązań ekipy Tarsier Studios zaimplementowanych w rozgrywkę. Od graficznej i muzycznej strony również nie ma się do czego doczepić, bo miejscówki wyglądają genialnie (oświetlenie!), a dźwięk towarzyszący wyprawie Mono wiele wnosi do tej okropnej przygody. Padający deszcz, skrzypiące drzwi, odgłosy bossów, windy czy klimat w kostnicy, dodatkowo grając w słuchawkach, potrafią naprawdę niepokoić i budować rzadko spotykaną atmosferę.

Sequel Little Nightmares to kawał świetnej i dość specyficznej opowieści dla tych co lubią się bać. Nie wszystko podane jest tu na tacy, a część fabularnych akcentów możesz dopowiedzieć sobie sam. Oczywiście tytuł mógłby być nieco dłuższy (ok. 6 godzin), a bohater zawsze trafiać tam gdzie chciałem, ale są to mało znaczące zmartwienia. Potrzebowałem takiej produkcji po tych wszystkich ciągnących się w nieskończoność sandboksach i gratuluję szwedzkiej ekipie takiej gry w dorobku. To prawdziwy potop solidności, udanych pomysłów i rozwiązań, a ponurą atmosferę z pewnością zapamiętam na długo, spokojnie czekając na trzecią część. Superb sequel.

Plusy

  • przerażająca i niepokojąca atmosfera
  • łamigłówki
  • wygląd wrogów
  • świetnie wycelowane punkty zapisu
  • design lokacji
  • grafika
  • dźwięk

Minusy

  • czasami problemy ze sterowaniem
5

Bardzo dobry

Choć Marcin od dziecka wychowany był na prymitywnych wirtualnych światach, zauroczony jest nimi do dziś. Gry wideo nosi w sercu i od wielu lat przelewa myśli z nimi związane na papier. Recenzjami stara się zaintrygować odbiorcę, w publicystyce zarażać zaś swoją pasją. Poszukiwacz pozytywnych stron życia, ceniący doświadczenie i nieprzychylnie nastawiony do szeroko pojętej głupoty. Tata i Ustatkowany gracz.