Nowa-stara TrackMania to świetny tytuł opakowany w kupę bezsensu

TrackMania na razie na bok, na początek zadaj sobie kilka pytań. Czy lubisz zapierniczać 350 kilometrów na godzinę tylko po to, by nie wyrobić się na zakręcie? Może kręci Cię, by potem rozpędzić do 200 tylko po to, by wypaść z toru, bo na wyskok z rampy musisz jednak jechać te 350? Czy uwielbiasz to uczucie triumfu, gdy udało Ci się obciąć aż 3 sekundy z wyniku… i następującą porażkę, gdy orientujesz się, że pozwoliło Ci to awansować na 33. miejsce z 37? Może kochasz ten ułamek sekundy, gdy jesteś w czubie stawki, ale po mniej niż sekundzie spadasz poza pierwszą dziesiątkę?

Yup, a to jedna z normalniejszych tras w TrackMania

Mam dla Ciebie dwie wiadomości.

Pierwszą jest to, że być może jesteś masochistą. To nie jest nic złego i nie daj sobie wmówić, że jest inaczej! Ból również może być źródłem przyjemności, pod warunkiem, że pozostajesz w bezpieczeństwie. Drugą zaś, totalnie powiązaną z faktem pierwszym, że ukazała się nowa gra w serii TrackMania. No, nowa – to w rzeczywistości remake Nations, ale na nasze potrzeby jest to świeży produkt.

Mimo wszystko więcej żartuję, bo to nie jest żadne masocore w stylu Super Meat Boya czy innego I Wanna Be the Guy. Trackmania to raczej jest ten radosny rodzaj masochizmu.

Auto jest jedno i każdy ma takie samo, z pominięciem kolorów i dekoracji. Jego obsługa zawiera się w sześciu klawiszach: są to strzałki i dwa przyciski restartu, od początku i checkpointa. Ścigasz się z innymi graczami tylko pośrednio, bo z ich czasami – nawet jeśli na trasie są bolidy, to i tak nie ma kolizji. Inni służą przede wszystkim jako barometr dla Twoich postępów. Szczerze, im szybciej usuniesz sobie innych z głowy i skupisz na sobie, tym lepiej.

Gra wyścigowa dla tych, którzy nie lubią gier wyścigowych

Łatwo się zdeprymować widząc wynik lepszy o 30 sekund na jakiejś pokopanej trasie. Równie łatwo jest jednak dać się ponieść pędowi: gdy wbijesz się w rytm danego toru, to TrackMania staje się jazdą bez trzymanki. Model jazdy jest specyficzny i auta w bardzo konkretny sposób „płyną”, jakby znajdowały się na granicy utraty kontroli. Podwaja to satysfakcję z wykręconego wyniku: wrażenie prędkości jest takie, że zawsze masz wrażenie jakbyś jedynie przypadkiem dojechał do mety.

Pięknie nie jest, ale potrafi być całkiem estetycznie!

Oprócz służalczej dedykacji do prędkości wspomniane pokopane trasy wyróżniają TrackMania. Często one zbliżają tę grę do wspomnianego gatunku masocore. Na wielu z nich zanim zaczniesz myśleć o biciu rekordów trzeba najpierw rozgryźć „zagadkę” w centrum wyścigu. Czasem trzeba zgadnąć trasę, bo niektóre zakręty czy przeszkody stanowią zmyłkę lub meta jest gdzieś ukryta. W innych musisz wydedukować prędkość, jaką musisz utrzymać na danym odcinku, bo inaczej nie uda Ci się dojechać/dolecieć do następnego segmentu. Stale trzeba rozgryzać zachowanie auta na różnych typach nawierzchni – „zaprzyjaźnienie” się np. z lodem to w zasadzie przymus na wielu torach.

To właśnie albo dla szybkości, albo dla „zagadek” gracze sięgają po TrackMania – w tym drugim przypadku również, by je tworzyć. Nic zresztą dziwnego, bo edytor jest banalnie prosty w użyciu: dosłownie kleisz je z gotowych elementów. Jest ich przy tym tak dużo, że łatwo jest dać upust swojej kreatywności. Narzędzie jest to na tyle wygodne i przyjemne, że nawet ktoś tak oporny i pozbawiony wyobraźni przestrzennej jak ja jest w stanie zrobić całkiem funkcjonalny tor w kwadrans.

TrackMania przyjmuje model free to play – albo free to pay

Niemniej ja zaliczam się do entuzjastów raczej szybkości niż tworzenia i grania w wyścigową grę logiczną. Przy czym grając na wielu serwerach odnoszę wrażenie, że jestem raczej w mniejszości. Nie jest to problemem, bo TrackMania zawiera całą masę zawartości i każdy znajdzie tutaj coś dla siebie. Szkoda tylko, że to szukanie tak strasznie męczy.

Nowa TrackMania przyjęła model free to play. Grając za darmo, masz dostęp do 25 tras w ramach kwartalnych „sezonów” oraz trybu arcade, w którym losujesz mapy stworzone przez społeczność. To jednak najwyżej demo, pozbawione funkcji tak podstawowych, jak czat – jak chcesz pograć konkretnie, trzeba wybulić pieniądze. TrackMania operuje modelem subskrypcji na dwóch poziomach. Jest akces standardowy, który daje Ci… minimalnie więcej niż to demo, bo np. dostęp do zaawansowanego edytora oraz do codziennych, fanowskich tras wybranych przez twórców. Póki co, lipcowy zestaw wypada średnio na jeża. Do połowy bawiłem się nieźle, bo choć tory były lepsze i gorsze, to różnorodne i całkiem interesujące. Drugą część miesiąca zdominowały wspomniane „trasy-puzzle” i to często dość wątpliwej jakości. Wiele z nich cierpiało na szwankującą przejrzystość, frustrujący projekt czy „metodę”; często trudno było nawet zrozumieć jak trzeba jechać, co dopiero jak wyciągnąć dobry czas.

Najbardziej znienawidzony typ nawierzchni

Koniec końców żeby cokolwiek sensownego z TrackMania wycisnąć musisz wydać pieniądze na akces Club. W nim otrzymujesz dostęp do „klubów” – tutejszej wersji serwerów. Kluby zbierają autorskie trasy czy skiny do bolidów, a także organizują tory w sekwencje. Żeby pograć na fanowskich mapach z innymi, trzeba podołączać do tysiąca klubów i odwiedzać ich pokoje. Taka przyjemność kosztuje ok. 30 dolarów na rok. Po co jest to wszystko tak pomieszane? Nie mam pojęcia. TrackMania nie oferuje nic nowego w serii poza byciem „nówką” i takie ograniczanie dostępu nie robi większego sensu. Szczególnie, że cały urok tej serii leży w fanowskich kreacjach – po co ktoś miałby grać w wersję darmową w tym kształcie?

TrackMania poza wyścigami cuchnie starością

O wiele łatwiej szukałoby się czegoś dla siebie, gdyby klient nie był tak słaby. TrackMania to nigdy nie była piękna seria i najnowsza część też nie zgarnie nagród za stronę wizualną. Nadrabia natomiast działaniem na tosterach i dobrą optymalizacją: to ma przede wszystkim szybko działać, a nie wyglądać. Tą filozofią nie podąża interfejs poza wyścigami. Menu wygląda doprawdy paskudnie, jak z gry na MiniClip sprzed 14 lat. Gry takie jak TrackMania potrzebują przede wszystkim wygody. Te wszystkie kluby, wielkie menu, tryby arcade stoją w jej zaprzeczeniu. Dajcie po prostu wyszukiwarkę serwerów.

TrackMania ma brzydkie, toporne, niewygodne menu

Dominują wielkie kafelki i przyciski, dużo przewijania i mało przejrzyste podsekcje. Celem była prostota, ale mimo to ciężko się czasem w tym odnaleźć. Wyjaśnienia trybu arcade szukałem w internecie, nawigacja po klubach i ich pokojach oznacza tonę przewijania i klikania, by dotrzeć do ich zawartości… Nie można tutaj nawet dodać nic do ulubionych. Pewien bajzel w menu można niby wybaczyć, bo to trochę sygnatura TrackMania. Nie da się natomiast faktu, że ten klient lubi się też wieszać lub blokować, zwłaszcza podczas wychodzenia przedwcześnie z wyścigów lub dołączania pod ich koniec. Kilkanaście razy zaliczałem twardą „zwiechę”, na którą pomagał tylko menedżer zadań.

TrackMania fantastycznie odmóżdża i oczyszcza kubki smakowe pomiędzy grami. Obsługa gry jest banalna – czy jeździsz, czy też tworzysz – a zabawa dostarcza prostej satysfakcji nieważne, czy pograsz kwadrans, czy może cały wieczór. Potrafi być brutalnie, natomiast tę brutalność regulujesz Ty. Niewiele gier jest w stanie dorównać dzikiemu poczuciu prędkości na skraju kontroli, jaką oferuje TrackMania. Szkoda, że trzeba przeskakiwać przez kłody, żeby się tym cieszyć. Model biznesowy jest niepotrzebnie pokomplikowany, zmuszając każdego, kto chce poważniej pograć do wydania co rok lub trzy lata 30 dolarów. Wszystko z kolei opakowano w wadliwy klient, który ani nie jest wygodny, ani banalny w obsłudze, ani nawet stabilny. Są to niepotrzebne rysy na produkcie, który normalnie dostarcza emocji z górnej półki.

Plusy

  • świetny edytor
  • poczucie prędkości
  • prostota jazdy
  • cała tona tras

Minusy

  • mało przejrzyste, słabe menu
  • niestabilność
  • okropna, ograniczona muzyka
  • niepotrzebnie skomplikowany model subskrypcji
  • ograniczona wersja darmowa
4

Dobry

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.