Można zamknąć ten otwarty świat

Och, Borderlands 4. Znajdujesz się w tym niekomfortowym miejscu między naprawdę udanym strzelaniem i fajnymi questami, a umiarkowanym stanem technicznym i światem, przez który nie chce mi się w ciebie grać. Coś, co powinienem – chciałbym! – wchłonąć naraz ciągnęło się miesiącami.

Nowa planeta, ale czy te same problemy?

Borderlands 4 porzuciło Pandorę na rzecz nowej planety, Kairos, w sam raz na przejście w otwarty świat. Szybko poszukiwacze przygód wpadają w tarapaty, zostając pojmani przez niejakiego Strażnika Czasu, dyktatora kontrolującego niemal wszystko i wszystkich na planecie. Jest jednak ruch dający jemu i jego zakonowi opór. Wątek jest mocno pretekstowy i sztampowy, a Kairos niespecjalnie „żyje” jako miejsce. Również główny złoczyńca to nie Handsome Jack – brakuje mu charyzmy i intrygi. Przynajmniej nie wkurza, jak bliźniaki z „trójki”.

Tonalnie, scenariusz „czwórki” zszedł tak dwa biegi niżej w porównaniu do poprzednich dwóch gier z serii. Inaczej balansuje pomiędzy powagą a robieniem sobie jaj. Humor w serii jest kontrowersyjny i nie musisz się w jego sprawie ze mną zgadzać. Dla mnie, problemem tych tytułów był zawsze fakt, że często nie umiały się zamknąć. Każdy żart musiał pójść o krok za daleko albo za długo, na czym traciły poważniejsze momenty, bo albo były podkopywane dowcipasami, albo niedogotowane. Żeby nie było: Borderlands 4 dalej obfituje w kretynizmy z których słynie seria, ale jakoś są one mniej namolne, bardziej rześkie.

Obsada złoczyńców i postaci pobocznych zostawia sporo do życzenia

Te znajdziesz przede wszystkim w zadaniach pobocznych, o dziwo bardzo udanych. Więcej w nich mięska, także gameplayowego, pomysły na nie są często ciekawe (problem niewybuchu, którego pokładowe SI chce właśnie wybuchnąć) i zabawne (np. zadanie z teoretykiem płaskiego Kairos). Dość powiedzieć, że udały się tutaj dobrze questy z Claptrapem! Męcząca maskotka serii pojawia się trochę rzadziej, ale tym razem pozwala się jej też na trochę więcej godności. Kiedy zakończyłem jedno zadanie poważnie traktujące przeszłość robota, zmartwiłem się, że dość chwytający za serce finisz zaraz zostanie rozbity żartem… i Borderlands 4 się powstrzymało.

Borderlands 4 to najlepsze strzelanie w serii

Borderlands 4 jest strzelaniną, ale nie zawsze czuć, żeby strzelanie było na szczycie priorytetów serii. Tutaj akurat trzeba Gearbox Software oddać honor. Już w Wonderlands było bardzo dobrze, a tutaj walczy się wyśmienicie, najlepiej do tej pory. Duża w tym zasługa wielu cwanych rozwiązań i udogodnień. Po pierwsze, masz teraz linkę z hakiem którą możesz przyciągać się do wybranych obiektów, ale też wyrywać wrogom tarcze z rąk czy miotać wybuchającymi beczkami. Po drugie, prócz wspomnianej linki zwiększono mobilność gracza. Masz do dyspozycji unik, podwójny skok i spowalniający spadanie jetpack, więc możesz całkiem nieźle miotać się od wroga do wroga, od osłony do osłony.

Borderlands 4 dalej obfituje w pozytywną głupotę, również w rozgrywce

Na plus wyszło też przerobienie granatów. Nieco wzorem zaklęć z Wonderlands, teraz funkcjonują jako „ciężki sprzęt” do którego trafiły też do tej pory mało użyteczne rakietnice. Bardzo mocno poprawia to płynność starć i daje bardzo przydatne narzędzie do kontroli tłumu, otwierając Twoje opcje.

Samo strzelanie też kontynuuje trend ze wspomnianego spin-offa z Tiny Tiną: klamki wreszcie mają odpowiedni impet audio i na spuście. W tej części pokuszono się, żeby starcia z bossami były bardziej dynamiczne. Więcej jest projektów przypominających wrogów z gier MMO. Jasne, są wciąż gąbkami, ale angazują dużo bardziej. Trzeba unikać odpowiednich ciosów, wypatrywać schematów, czasem niemal rozwiązać zagadkę, by kogoś pokonać. To był dobry ruch, bo te walki są teraz po prostu ciekawsze. Nie bój żaby: jeśli jesteś odpowiednio mocny, to takiego gagatka stopisz ogniem swoich dział tak czy siak.

Płynniej, ciekawiej…

Niczego sobie są dostępni bohaterowie. W serii bywało różnie z odpowiednim ich zbalansowaniem. Łatwo było wybrać jako gracz solowy klasę i build, który ma sens tylko w towarzystwie. Tutaj klasy łączą ciekawe pomysły i drużynowe archetypy tak, żeby nikt się nie nudził. Moją faworytką była syrena Vex, której moce oparte na przywoływaniu pomagierów i nakładaniu statusów na wroga łączyły moje ulubione nisze z poprzednich części serii.

Postacie to jasny punkt gry

W starciach bawiłem się nią dobrze i solo, i w kooperacji. Notabene chyba najprzyjemniejszej w serii, jeśli chcesz grać z kimś na jednej kanapie: wystarczy wpiąć drugiego pada i jazda, żadnych tutoriali, profilów, nic z tych rzeczy. Gra dynamicznie dostosowuje poziom wyzwania wrogów do obu graczy naraz, więc nikt nie będzie czuł się bezużyteczny. Nawet interfejs domaga – co nie musi być oczywiste dla tych, którzy napotkali problemy z jego skalowaniem w części trzeciej.

Jeśli coś może być tu kontrowersją, to nowe podejście do łupów. Producentów broni jest nieco mniej i ci, którzy zostali, mocno się wyspecjalizowali. Fanatykom serii na pewno będzie brakować jakiegoś podgatunku strzelby czy SMG. Ma wyrównywać to istnienie modyfikatorów z – możesz wylosować tę samą broń, ale z modem diametralnie zmieniającym jej działanie. W praktyce będziesz polować na bardzo konkretne z nich. Przypomina to raczej polowanie na konkretne pierścienie z czasów Diablo II niż faktyczne otwarcie Twojego arsenału. Również same „dropy” są różnie zbalansowane. Niestety, wciąż zbyt często zdarza się, że drogi unikat jest dużo słabszy od losowej, fioletowej broni.

…i niestety nudniej – w otwartym świecie

Będę brutalny: otwarty świat w Borderlands 4 nie wnosi praktycznie nic dobrego do zabawy. W zasadzie większość problemów tytułu można zrzucić na garb właśnie nowej formuły. Mapa jest wielka i poruszanie się po niej przytłacza, mimo teoretycznych ruchów ku lepszemu. Zniknęły stacje Catch-A-Ride i co-opowe furgony, teraz każdy gracz może w dowolnym momencie materializować skuter niczym Płotkę. Jest to wygodne, ale nie zmienia faktu, że Kairos jest wielkie i ubogie w checkpointy do szybkiej podróży. Przemierzanie planety szybko zaczyna po prostu męczyć. Również dlatego, że nie ma minimapy, jedynie niewygodny kompas i radar. Borderlands nigdy nie słynęło ze świetnego ekranu mapy, tu nie jest wcale lepiej, a ogrom przestrzeni tylko utrudnia orientację w terenie.

Otwarty świat ewidentnie wpływa też na nieciekawy stan techniczny gry. Tak, tryb performance wyciąga 60 klatek na sekundę, ale nigdy nie jest to stabilna „sześdziesiona”. Jest przy okazji też przez to dość brzydka. Pop-in i niska jakość tekstur już nie są tymi problemami, co w pierwszym miesiącu od premiery, ale nie ma się co czarować. Borderlands 4 wygląda w ten sposób często gorzej niż Borderlands 3, gra z 2019 roku. Szkoda, bo z bliska komiksowa art direction serii prezentuje się naprawdę niczego sobie. To i tak zdecydowanie najlepszy sposób na grę w nowe „Bordery” na konsoli. Tryb jakości po prostu nie gwarantuje dostatecznej płynności zabawy.

Borderlands 4 działają na PS5 całkiem dobrze, ale wyglądają niegodnie

Najważniejsze jednak, jak nowy format wtrąca się w rozgrywkę. Areny do strzelania są po prostu mniej ciekawe, bo muszą być dostępne z wielu kątów. Często więc bijesz się w nijakich, okrągłych osadach albo na podobnych do siebie platformach. W kooperacji możesz też w zasadzie całkowicie niezależnie od partnera zwiedzać świat. Ogrom Kairos zresztą w ogóle niezbyt nadaje się do grania wspólnie: łatwo zgubić siebie i ziomka, areny też nie sprzyjają taktycznym zagraniom.

Do Borderlands 4 nie ma po co wracać

Ponieważ mamy otwarty świat, trzeba ten świat usiać rozrywkami. Są one dość archaiczne, bo znowu czekają na Ciebie tuziny tuzinów bzdurek do zebrania i odhaczenia – bronienie punktów, zbieranie tego, zabranie tamtego. Niektóre aktywności są zresztą po prostu okropne. Koronnym przykładem misje polegające na noszeniu ze sobą kanistrów – musisz trzymać je w ręce, więc nie możesz jeździć na skuterze ani się wspinać. Trzeba więc rozwiązać nudne i mozolne „zagadki” przestrzenne, polegające na rzucaniu kanistrem i modleniu się, że nie zniknie albo nie spadnie, gdy Ty się będziesz do niego guzdrał.

W „czwórce” występuje też być może najgorszy endgame w historii serii. Zawartości jest mało, teoretycznie zapewnić mają ją eventy: rzadcy bossowie spawnujący się gdzieś w polu, cotygodniowe wydarzenia pozwalające zdobyć legendarny loot. Ma to jednak mało angażujący klimat live service. Prócz tego, po zakończeniu wątku głównego zostaje dojechanie brakujących znajdziek i questów. Możesz jeszcze aktywować tryb Ultimate Vault Hunter który mocno podbija poziom wyzwania i dostępnych łupów, windując Twój build w absurdalne rejony, ale to by było na tyle.

Z jakiegoś powodu nie zawarto Nowej Gry+. Robienie nowych postaci jest mocno namolne, ponieważ wszystko trzeba odblokowywać na każdej z nich od nowa. Esencją gier o zbieraniu kolorowych skarbów wypadających z klepanych wrogów jest robienie w kółko tego samego; w Borderlands 4 po prostu mi się tego szybko nie chciało.

Pora wrócić do szkicownika

Borderlands 4 to jeden krok do przodu, dwa w bok i cztery do tyłu. Rozumiem trochę decyzję o przeniesieniu gry w otwarty świat, bo w jaki jeszcze sposób odświeżyć tę mimo wszystko utartą formułę? Niestety, nie zdaje to egzaminu. Zamiast wnieść świeżość, open world jest po prostu stęchły. Serce gameplayu i questy stoją na dobrym poziomie i w swoich najlepszych momentach Borderlands 4 potrafi dostarczyć sporo frajdy. Niestety, przytłaczający świat, wszechobecna nuda i mierny stan techniczny sprawiają, że na tę całą zabawę po prostu nie chce się czekać. Zobaczymy, czy twórcy wyciągną z tego wnioski przy następnych grach.

Otwarty świat, niestety, przynudza

Plusy

  • strzelanie i postacie
  • zadania poboczne
  • humor
  • co-op

Minusy

  • otwarty świat
  • endgame
  • stan techniczny
  • nuda
3

Dostateczny

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.