MotoMyszy z Podlasia

Na pierwszy rzut oka, Biomutant wygląda na najdziwniejszą grę nawet nie tyle 2021, co ostatnich lat w ogóle. Oto post-apokaliptyczna przygoda z puchatymi, zmutowanymi zwierzątkami w roli głównej i walką w klimatach filmów Johna Woo. Brzmi to jakby za adaptację przygód Rocket Raccoona zabrał się Matthew Vaughn – albo mniej pozytywnie, Zack Snyder. Albo przynajmniej przywodzi na myśl produkcje z generacji minionych, na Dreamcasta czy pierwszego Xboksa; albo ten dziwny okres w karierach Ratcheta i Clanka czy Jaka i Daxtera, gdy próbowano z nich zrobić “mroczne” historie.

Być może najdziwniejszą rzeczą w Biomutant jest natomiast to, jak ostatecznie… mało dziwna i wyjątkowa jest ta gra. O tym za moment, na razie zostańmy jeszcze przy estetyce – bo to ona w dużym stopniu ciągnie ten wózek. Gra Experiment wygląda jak coś, co wykoncypował trzynastolatek, potencjalnie po wyjściu z filmu na który trzeba wejść z osobą dorosłą. Tak, wiem, to nie brzmi obiecująco, ale piszę to w możliwie najbardziej pozytywnym znaczeniu.

Teenage Biomutant Ninja Furries

Wizualnie, Biomutant jest edgy w sposób przypominający Heavy Metal czy oryginalne Wojownicze żółwie ninja. Grasz zmutowanymi zwierzakami i są one wszystkie brzydkie i poszarpane, trochę brudne – sprintują na czterech łapach, „synchronizują mapę” znacząc teren – ale też dość urocze. Paleta kolorów jest bogata i niemożebnie nasycona. Zieleń nie jest zielona, tylko radioaktywnie zielona, a nad wszystkim unosi się specyficzna, rozmyta aura, jakby właśnie załadowało Ci się albo LSD, albo choroba popromienna. Po opisie można spodziewać się gry o intensywności i koncentracji jakiegoś Sunset Overdrive; ale jedynym ostrzejszym krokiem estetycznym są co najwyżej okazjonalne komiksowe onomatopeje podczas walki, notabene wyglądające nieco nie na miejscu. Zupełnie jakby ktoś uznał, że włochate stworki w środku kwiecistego, radioaktywnego pustkowia wystarczą za stylistykę. Było w tym założeniu całkiem sporo prawdy, bo Biomutant wygląda wyjątkowo i swobodnie.

Jest to dziwna gra, ale mniej dziwna, niż by się człowiek spodziewał

„Dziecięcy” klimat widać też w samej fabule. Biomutant prezentuje prostą jak konstrukcja cepa opowieść: jest sobie toksyczne pustkowie pozostawione kiedyś przez ludzi; jest sobie Drzewo Życia w środku świata, które zostało zatrute po wielu latach przez owe toksyny – to z kolei zwabiło cztery bestie, które chcą zeżreć świętą sadzonkę. Problem polega na tym, że mutanci są zbyt zajęci wewnętrznymi konfliktami. Sześć plemion walczy ze sobą w tym czasie o dominację i ostateczną decyzję, co zrobić: czy uratować Drzewo Życia, czy pozwolić mu umrzeć, by „zresetować” świat. Do tego dochodzi jeszcze totalnie nieprzekonujący wątek zemsty, która to napędza Twoją postać. Biomutant aspiruje do bycia radioaktywną bajeczką dla dorosłych i niczym więcej. Zupełnie jakby ktoś uznał, że koncept pt. „zmutowane zwierzęta walczą ze sobą o dominację i swoje pomysły na ratowanie świata na radioaktywnym pustkowiu” wystarczy – i ten ktoś miał prawie rację. Szybko po wyjściu z tutoriala napotykasz starcie dwóch zwierzęcych plemion i kontrast puszystych futerek z jatką robi wrażenie. Jest w tym inherentny, nietypowy patos, niemal jak z powieści Wodnikowe Wzgórze.

Opowieści durnej treści

Niestety, Biomutant jednocześnie zakłada, że jesteś nie tyle dzieckiem, co po prostu baranim łbem. Fabułę gry można podsumować nawet jednym zdaniem, a jedynym warunkiem do przewidzenia jej zwrotów akcji jest przeczytanie w swoim życiu czegokolwiek, nawet etykiety na szamponie. Gra jednak w ogóle Ci nie ufa, że sobie z tym poradzisz i dlatego katuje godną podziwu łopatologią. Głównym winowajcą jest tutaj narrator. Narrator jest cwanym pomysłem, żeby zaoszczędzić na dubbingu i przy tym nadać opowieści bardziej epicki sznyt – wystarczy spojrzeć na Bastion czy Call of Juarez: Gunslinger. Tutaj natomiast jest on całkowicie nie do zniesienia, bo ten facet ciągle gada i to w sposób naprawdę infantylny.

Biomutant opowiada historię, jakbyś był idiotą

Aktor David Shaw Parker opowiada Ci na głos to, co widzisz i zawsze zbyt długo. Apogeum osiąga to już w ciągu pierwszej godziny, gdy tłumaczy przez trzy minuty slajd przedstawiający wlewanie toksycznych odpadów do rzeki. Mutanty nie mówią, tylko bełkozą w swoim języku, więc narrator streszcza Ci wszystkie rozmowy. Wszystkie są rozwleczone, z wszystkich dowiesz się niemal tego samego. Obecność narracji tworzy też dystans z bohaterami, w efekcie Biomutant nie ma nawet jednej postaci godnej zapamiętania. Wszystko opowiadane jest tym samym, infantylnym i upupiającym językiem – można się pochlastać, gdy narrator nazywa szczyny „żółtym sokiem”. Parker dopowiada też podczas walki, ale jego komentarz do starć ogranicza się do „ratatat”, „bum” i „trach”.

Serio. W pewnym momencie powiedział „bangarang” i ja już wtedy po prostu nie mogłem. Całkowicie go wyłączyłem – po patchu na szczęście można już to zrobić. Miał być David Attenborough albo Krystyna Czubówna, a wyszły flashbacki do najnudniejszych wykładów. I to jeszcze na kacu. Żeby nie było, to nie jest ani wina Davida Shawa Parkera, ani polskiego lektora Aleksandra Wysockiego; za to wszystko odpowiadają tylko scenarzyści.

Są tu wszystkie składniki potrzebne do smakołyka – tylko coś się przypaliło

W kwestii gameplayu Biomutant odhacza co się da na liście otwartych światów spod znaku action adventure czy action RPG z ostatniej dekady. Jest crafting, jest synchronizowanie mapy. Występuje też bardzo dużo śmiecia wypadającego z wrogów, są proste questy z kategorii „przynieś, podaj, pozamiataj (wrogami mapę)”. Jest i odbijanie wrogich obozów – bliźniaczo do siebie podobnych – jak i starcia z minibossami na szlaku i zbieranie znajdziek. Tego wszystkiego jest bardzo dużo i pod tym względem Biomutant nie odstaje od czołówki otwartych światów. Brakuje przy tym dobrego powodu, żeby to wszystko robić; czasem wystarczy po prostu dobra historia, choćby na jedno zadanie, ale tutaj już o to ciężko.

Jest w tym wszystkim jeszcze system moralności zbliżający grę do pierwszej części Fable Petera Molyneux – i to w zasadzie na krok, bo to niemal dokładna kalka pod względem zniuansowania. Nad Twoim futrzakiem unoszą się dobry i zły duszek walczące o Twoją uwagę w takich sytuacjach jak np. uwolnienie grupy niewolników, w których dobrze wiesz, która jest słuszną. Współpracuje to z osobnym systemem frakcji zbudowanym wokół wspomnianych wojujących plemion; tam też wiesz, że pomysły „tych złych” są kretyńskie i niczego nie rozwiążą. Niuansów nie zastaniesz – możesz najwyżej zdecydować, czy jakieś plemię będzie dominować, czy zawiąże z kimś sojusz – co w zasadzie jest okej.

Biomutant całkiem słusznie zakłada, że nie musi budować jakichś rozbuchanych kontekstów do tego, co robisz. Wystarczy, że nawrzuca Ci zabawek do piaskownicy i sam sobie zorganizujesz zabawę, wzorem np. Breath of the Wild. Czysto teoretycznie mają rację, tylko ta koncepcja działa, gdy cokolwiek z tego wszystkiego bawi. Tymczasem w przeważającej większości to wszystko nudzi. Włącznie z eksploracją, chociaż post-apokaliptyczna kraina jest rozległa; sam jej design jest jednak mało ciekawy, a nieczytelna mapa nie ułatwia zwiedzania czy nawet namierzenia trasy.

Walka to niestety galopująca nuda

Walka stanowi największy potencjał Biomutant

Najgorzej, że nie domaga najbardziej reklamowany ze smakołyków Biomutant, czyli walka. Rozgrywka jest hybrydą trzecioosobowego shootera i slashera, więc na zmianę łupiesz lub sieczesz i strzelasz. Czysto teoretycznie nadaje to grze dynamicznego sznytu, energii rodem z kina końca lat 90. ubiegłego wieku; albo z tej sceny w Strażnikach Galaktyki vol. 2, w której Rocket skacze bandzie zbirów po głowach. No i faktycznie trochę tak jest? Dużo jest skakania, płynnie zmieniasz bronie, do tego przeskakujesz pomiędzy mocami i robisz fikołki czy salta nad czy pod wrogami.

Pomimo solidnych i liczebnych fundamentów nie zawsze gra się w to najlepiej. Problemy z walką są relatywnie drobne, ale się nakładają. Np. sterowanie jest zbyt nabite, szczególnie na klawiaturze i myszce. Operujesz w zasadzie jeszcze większą liczbą przycisków niż w Doom Eternal, tylko trudniej jest rozpisać to intuicyjnie; zwłaszcza, że gros Twoich zdolności wymaga konkretnych kombinacji. Nie pomaga w ich wykonywaniu fakt, że gra jest bardzo, bardzo nieresponsywna. Wystarczy że wciśniesz dwa klawisze szybko po sobie i już nie wykonasz ani jednej z przypisanych im akcji; to wybitnie frustrujące, bo w walce będziesz dużo klikać i naparzać, a przez to wcale nie można polegać na uniku.

Biomutant pozwala na zrobienie swojego własnego, futrzastego wojownika - w teorii

Pomimo głębi i skomplikowania starcia nie dają frajdy. Naboje wchodzą we wrogów jak kapiszony, moce dają za mało feedbacku żeby ich siła była odczuwalna… W zasadzie tylko bicie bronią białą daje jakąś satysfakcję, a i tego jest niewiele. Animacje są ambitne, ale trochę pokraczne, przede wszystkim zaś brakuje im i samym ciosom ciężaru. Efekty audio i wideo są zbyt miękkie, a przeciwnicy zbyt gąbczaści. Przez to, walka wygląda trochę jakbyś nie tyle kogoś bił, co machał mu czymś przed nosem. Chyba tylko bronie zdobywane dzięki podbijaniu obozów relatywnie dobrze leżą w łapkach; a nawet one nie są wolne od tego koślawego, pozbawionego pompy „feelingu”.

Gra nie z tego czasu

Nie mogłem porzucić w trakcie zabawy wrażenia, że Biomutant jest grą trochę z innej epoki. Kojarzy się z tym momentem w środku generacji PlayStation 3 i Xbox 360, kiedy zachłyśnięto się nieco możliwościami generowania otwartych światów. Nosi ta gra znamiona ówczesnego poczucia, że wystarczy po prostu rozsypać po mapie znaczniki niczym groch i to wystarcza za tzw. „kontent”.

Brzmię w tym tekście na bardzo zniechęconego, ale Biomutant sam w sobie nie jest złą produkcją. Z wyłączeniem narratora nie ma tutaj konceptów totalnie nieudanych czy obraźliwych. Nie jest to jednak najdziwniejsza gra roku, a wręcz przeciwnie. Gra jest to jak najbardziej średnia i typowa, po prostu jest jej bardzo dużo. Jestem pewny, że ktoś się z nią polubi i zapewni mu ona kilkadziesiąt godzin dobrego wypełnienia czasu, zwłaszcza jeśli nie zjadł zębów na sandboksach w ostatniej dekadzie. Ja natomiast nie mogę powiedzieć, żebym przez ten około miesiąc spędzony z grą kiedykolwiek faktycznie dobrze się przy niej bawił.

Grę do recenzji otrzymaliśmy dzięki uprzejmości sklepu GOG.com

Plusy

  • styl
  • dużo mechanik, zawartości
  • ładne widoki

Minusy

  • żenujący narrator
  • nudna, nieresponsywna walka
  • niedopracowanie
  • jest tutaj sporo do zrobienia - ale motywacji brak
3

Dostateczny

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.