Kotick

Bobby Kotick to nie tylko niefortunne wypowiedzi.

W 2010 roku, prezes rozpoczyna delikatne ocieplanie wizerunku. Swój cytat o wysysaniu zabawy z produkcji gier tłumaczy jako żart. W wywiadzie dla Kotaku opowiada, że „częścią filozofii Activision jest dać studiom kontrolę nad ich własnym przeznaczeniem, by mogły dokonywać decyzji w sprawie zatrudniania, kształtu produkcji, budżetów, terminarzy, metod produkcji”. Że jego celem jest w rzeczywistości stworzyć firmę, która skupia się na indywidualnym, niezależnym developerze.

Już wtedy, te teksty śmierdziały kłamstwem. Dał tego dowody jeszcze w tym samym roku.

Jak zabić radość

Studio Bizarre Creations, odpowiedzialne m.in. za Geometry Wars i Project Gotham Racing, wydaje dwie produkcje: James Bond 007: Blood Stone oraz Blur. Ta pierwsza, dość przeciętna strzelanina TPP, wydawała się dość dziwnym wydawnictwem; Bizarre to ekipa od „arkadówek” i gier wyścigowych, tymczasem zlecono jej cover shootera. Blood Stone był klapą. Faktycznie udały się tylko sekwencje pościgów, zupełnie, jakby tytuł zrobili spece od ścigania. Grze zabrakło też filmu, na barkach którego mogłaby się promować.

“Poważny Mario Kart”, czyli Blur, udał się znacznie lepiej i miał też więcej sensu jako produkcja Bizarre Creations. Gra została jednak wydana w gęstym okresie wydawniczym, brakowało też maskotki do promocji i również na siebie nie zarobiła. Activision uznało te problemy za dowody na nierentowność studia i pół roku później posłało firmę do piachu. Były to problemy, które wydawca w zasadzie sam stworzył.

Dowody na to, że słowa Koticka były mydleniem oczu można znaleźć w statusie ich najsłynniejszych serii. Guitar Hero odeszło w niebyt po szeregu rozczarowujących, produkowanych taśmociągiem sequeli. Kolejne części Call of Duty produkują w sumie trzy studia, żeby wyrobić się z corocznym cyklem wydawniczym. Tony Hawk został z kolei rozmieniony na drobne. Ostatnia gra w serii, Tony Hawk Pro Skater 5, była żałosna i powstała tylko po to, by Activision zatrzymało licencję.

Dzielić i rządzić

Największa afera dotyczyła jednak Infinity Ward, twórców Call of Duty. W marcu, założyciele studia, Vince Zampella i Jason West, odeszli z firmy; jak się szybko okazało, w rzeczywistości zostali wyrzuceni. Wieści na temat afery napływały szybko. Infinity Ward miało nie dostawać tantiem ze sprzedaży Modern Warfare 2, zaś Zampella i West nie otrzymywać wypłat na tygodnie przed ich nagłym zwolnieniem.

Activision kontrowało, że dwóch panów spotykało się potajemnie z Electronic Arts, swoimi dawnymi pracodawcami w 2015 Games; później, obaj założą Respawn Entertainment pod egidą właśnie EA. Sprawa skończyła się w sądzie. Zampella i West próbowali dochodzić swoich praw, konkretnie do marki Modern Warfare, a Activision dowodziło, że doszło do zerwania kontraktu.

Z miesiąca na miesiąc pojawiało się jednak coraz więcej detali, w których Activision jawiło się jako oprawca, nie poszkodowany. Miesiąc po ugodzie z Zampellą i Westem, 38 obecnych i byłych pracowników Infinity Ward pozwało firmę za niewypłacanie należnych im bonusów. Wydawca miał wstrzymywać wypłaty, by przymusić pracowników do pozostania w studiu i pracy nad Modern Warfare 3.

Bobby Kotick: Modern Warfare

Firma Koticka wciągnęła do sądu jeszcze EA, oficjalnie oskarżając konkurencję, że działali w konspiracji z Westem i Zampellą, a byłymi pracownikami kierowała „zazdrość i chciwość”. Kotick wyzna później w wywiadzie, że założyciele Infinity Ward go „zdradzili”.

Kotick kazał szpiegować tę dwójkę: Jasona Westa i Vince'a Zampellę

Sprawy skończyły się ugodami i nie trafiły ostatecznie do sądów. W 2012 roku, Patrick Klepek ze strony Giant Bomb wszedł w posiadanie dokumentów na temat „Project Icebreaker” (Lodołamacz). Na miesiące przed premierą Modern Warfare 2, Kotick zlecił szefowi działu IT szpiegowanie Westa i Zampelli, by znaleźć dobry powód, by ich zwolnić. Obaj panowie mieli cierpieć na przerost ego i bano się, że odchodząc z firmy zabiorą kurę znoszącą złote jajka ze sobą.

Firma kazała założyć im podsłuchy, włamywać się na ich skrzynki e-mail i przeglądać wiadomości na Facebooku. Ów szef IT, Thomas Fenady wyznał, że nakazano mu nawet zorganizowanie kontrolowanych pożarów, by odciągnąć Westa i Zampellę od swoich stanowisk. Próby te spełzły ostatecznie na niczym. Na wszystko są papiery.

725

Po aferze z Infinity Ward, świat gier raczej zapomina o Bobbym Koticku. Ułatwia mu to konkurencja: Warner Bros. ujawnia się jako jeden z najbardziej antykonsumenckich wydawców, a EA zalicza kompromitację za kompromitacją. W 2013 roku próbowano pozbyć się Koticka, ale ten utrzymał się w firmie. W dodatku, ostatecznie wyswobodził Activision Blizzard z kontroli Vivendi. Activision przypomni o sobie dopiero jesienią 2018 roku, gdy zaczną się pojawiać problemy w Blizzard, a faktycznie głośno zrobi się parę miesięcy później.

Nowiną lutego tego roku były masowe zwolnienia w Activision Blizzard, gdzie pracę straciło ok. 725 osób, czy też 8% całej firmy. Kotick ogłosił to chwilę po tym, jak przyznał, że 2018 był dla hegemona najlepszym rokiem w całej jego historii. Prasa i gracze – zasłużenie – podnieśli wrzawę. Powrócił temat związków zawodowych w branży gier, wnet powstała też śmieszna petycja, żeby go zwolnić.

Oczywiście, znajdują się obrońcy decyzji Koticka. Mówi się, że te zwolnienia były czystym pragmatyzmem. Mimo rekordowego roku, firma najpewniej zaliczy spadek przychodów w 2019 roku, z czym musi się liczyć. Pod szyldem Activision nie ma już przecież Destiny. Ci wszyscy pracownicy supportu, PR czy administracji projektem nie są więc potrzebni. Zwolnienie ich to ruch praktyczny.

Proszę o zrozumienie”

Niejako w odpowiedzi na te argumenty, przypomina mi się historia zmarłego już Satoru Iwaty, prezesa Nintendo. W 2012 roku, japońska firma stała na krawędzi kryzysu wynikającego z letniej sprzedaży konsoli przenośnej 3DS. Konsolka się udała, natomiast w ciągu pierwszego roku padła ofiarą braku gier oraz sukcesu poprzednich sprzętów Nintendo: po co kupować 3DS-a, skoro DS i Wii jeszcze wystarczają? Nie był to zresztą pierwszy raz – do podobnych wniosków docierano w latach 90., dlatego SNES nigdy nie przegonił NES-a.

Satoru Iwata pokazywał, że nie każdy prezes jest jak Bobby Kotick

Pieniądze zarobione na Wii zaczęły się kończyć, co oznaczało chudy okres w firmie. Iwata, zarabiający wtedy ponad 700 tysięcy dolarów rocznie, zdecydował się wraz z zarządem na obcięcie swojej pensji. Nie chciał, żeby ofiarą kryzysu padły gry oraz szeregowi pracownicy. Nintendo odbiło się wtedy, ale krótko potem nastąpił kolejny kryzys wywołany porażką Wii U. Iwata i pozostałe „szychy”, w tym Shigeru Miyamoto, ponownie zrezygnowali z pieniędzy na rzecz firmy i swoich podwładnych. Notabene: Kotick zarabia 28,6 miliona rocznie, czyli 306 razy więcej niż przeciętny pracownik Activision Blizzard.

Nie przytaczam tej anegdoty by pokazać, że Nintendo to rycerz na białym koniu wśród kapitalistycznej zgnilizny. Japoński gigant to w dalszym ciągu korporacja, przez długi czas twardogłowa i niechętna do zmian. Obecna siła i przyjazny developerom wizerunek firmy to efekt długoletnich, mozolnych wysiłków m.in. właśnie Iwaty czy Reggie’ego Fils-Aime’a; obu tych panów nie ma już w japońskiej firmie i trudno się tym nie zmartwić. Decyzja Iwaty nie wynikała tyle z wyjątkowej kultury korporacyjnej w Nintendo, co z osobistej przyzwoitości pracowitego człowieka.

Przyzwoitość

No właśnie, przyzwoitości. Satoru Iwata wielokrotnie pokazywał, że inny kapitalizm jest możliwy. Taki, w którym o robaczkach na ostatnim szczebelku się choć trochę myśli. Bobby Kotick jest groźny i budzi odrazę nie dlatego, że podejmuje praktyczne decyzje. Kotick przeraża, bo to gość, który zwalnia ponad 700 osób zaraz po jowialnym ogłoszeniu, że jego firma nigdy nie zarobiła więcej pieniędzy. To facet, który bez kozery „żartuje”, że chciałby podnieść ceny gier jeszcze bardziej. Ktoś, kto mówi, że chciałby wycisnąć zabawę z robienia gier wideo; ktoś, kto instaluje podsłuchy pracownikom.

Mentalność Koticka współdzieli pewnie wielu prezesów. Widać to zresztą na dłoni choćby w historii Visceral Games czy wpychaniu mikropłatności gdzie tylko się da. Wydawcy nie liczą się z twórcami gier. Przykład dało Deep Silver, na ostatnią chwilę wchodząc w umowę z Epic Games na wyłączną dystrybucję Metro Exodus na PC. Zrobiło to wbrew autorom, a nawet firmie-matce, THQ Nordic.

Decyzja ta wywołała kontrowersje – mocno przesadzone – natomiast odbiła się ona negatywnie przede wszystkim na 4A Games, które musi przyjmować na klatę gniew publiczności. Konsekwencje wszystkich lekkomyślnych decyzji i gonitwy za maksymalizacją profitów ponoszą właśnie twórcy. Konsumenci i szeregowi pracownicy są na samym dnie wszelkich piramid.

Wydawcy nie są Twoimi przyjaciółmi

W 2013 roku, australijska organizacja konsumencka pozwała Valve za nielegalną według tamtejszego prawa praktykę: nabywcom gier na platformie Steam nie przysługuje podstawowe prawo konsumenta, czyli możliwość zwrotu. Nie było wiele argumentów po stronie firmy Gabe’a Newella. W końcu zwroty oferowała nawet platforma Origin należąca do EA, wydawcy, który całkowicie zasłużył na łatkę firmy antykonsumenckiej.

A jednak, Valve broniło się rękami i nogami przed wprowadzeniem funkcjonalności. W ich terms of service pojawił się zapis, że wraz z zakupem czegoś na Steam klient zrzeka się prawa do zwrotu. Australijskiemu sądowi zaoferowali zaś wytłumaczenie, że nic Australijczykom nie sprzedają – nie mają tam biura ani sklepów, więc prawo ich nie obowiązuje. Była to odpowiedź absurdalna i wręcz obraźliwa: zakładała, że urzędnicy i konsumenci to kretyni. Ostatecznie, Valve tę walkę przegrało, zapłaciło kilka milionów kary i wprowadziło zwroty pieniędzy.

Ilekroć opowiadam komuś tę historię – znajomym albo studentom – reakcją jest zwykle przynajmniej uniesienie brwi. Valve ma w świadomości graczy miejsce niemalże święte, jako firma, której jedynym prawdziwym grzechem jest nieumiejętność liczenia do trzech. Wystarczy przypomnieć sobie amok w odpowiedzi na niewydanie Metro Exodus na Steam. Reputacja to w dużym stopniu zasłużona. Steam odegrał znaczną rolę w uratowaniu grania na PC, a szalone wyprzedaże uczyniły zniżki i dobre okazje branżowym chlebem powszednim.

Gabe Newell to nie Bobby Kotick - ale nie jest Twoim kumplem

Kolektywna społeczność zdążyła jednak zapomnieć, że w 2003 roku nikt Steama nie chciał. To przecież forma zabezpieczenia przed piractwem, wymagająca połączenia z internetem w czasach, gdy nie było to oczywistością. Kolektywnie ją przełknęliśmy, żeby pograć w Half-Life 2, a potem o niej zapomnieliśmy, bo kupiliśmy dobrą grę za pół ceny. Po to są w końcu te obniżki, darmówki; po to są Gabe Newell czy Reggie Fils-Aime, dowcipkujący i śmiejący się z memów. To gesty dobrej woli, nadające korporacjom ludzką twarz. Bobby Kotick pokazuje, że nie są one potrzebne, żeby odnieść sukces. Wystarczą dobry brand i zero skrupułów. Jego „inny kapitalizm” jest jeszcze bardziej możliwy.

Przed i po erze Koticka

Chciałem zakończyć ten tekst płomiennym apelem, żeby np. bojkotować gry Activision, albo nie wydawać pieniędzy na mikrotransakcje. W skali branży, nie przeczytałoby go pewnie wielu ludzi, apelu posłuchałoby jeszcze mniej. Ale może tych kilku osób mogłoby przez chwilę poczuć tę moralną wyższość i duchowy spokój, że nie dołożyło się cegiełki do czegoś złego. Rzeczywistość jest jednak brutalna i nic sobie nie robi z tych apeli.

Korporacje trzymające w szachu tę branżę mają nas, czyli szeregowych blogerów, developerów, nabywców, słowem: szaraczków, w podwójnym Nelsonie. Strach było namawiać do bojkotowania choćby Red Dead Redemption 2 wiedząc, że od sprzedaży gry zależy, czy katorżnicza robota pracowników Rockstar będzie się opłacać; w końcu za wyśrubowane wyniki czekają na nich bonusy, dla których wielu znosi kilkunastogodzinne dni pracy.

Casus Activision-Blizzard pokazuje z kolei, że firma nawet nie musi ponosić strat, żeby wykopać masowo swoich pracowników. Takie mamy czasy. Samego Koticka może się pozbędziemy w 2021 roku; wtedy właśnie upływa jego kontrakt z Activision i być może zdecyduje się on udać na bardziej zielone pastwiska. Jego filozofia natomiast dopiero zaczyna raczkować.

W lata dwudzieste XXI wieku, branża gier wideo zdaje się wchodzić pod banderą prezesa Activision i jego szczerości złoczyńcy z filmu o Jamesie Bondzie. Szaraczkom takim jak ja zostało ostrzegać.

Autor Jacek Wandzel

Niegdyś student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, teraz doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan Hideo Kojimy, Chrisa Avellone'a, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Jeśli spotkasz go na żywo, przygotuj się na awanturę o to, że nie oglądasz JoJo's Bizarre Adventure / nie ukończyłeś Red Dead Redemption II. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.