Silver Chains (PS4) - recenzja

Za każdym razem kiedy na horyzoncie pojawia się gra stawiająca sobie za cel szarganie emocjami oraz epatowanie strachem, moja masochistyczna dusza cieszy się jak małe dziecko. Uwielbiam te chwile w których mogę czerpać osobliwą radość z całej gamy bodźców atakujących moje zmysły.

W swojej kolekcji posiadam kilka tytułów potrafiących solidnie przetestować system nerwowy (jak np. Until Dawn, Amnesia, Resident Evil VII, Layers of Fear czy Silent Hill), jednak ciągle szukam nowych. W końcu tego rodzaju “frajdy” nigdy za wiele, prawda?

Z wielką więc ciekawością zasiadłem do Silver Chains, mając nadzieję na kawał solidnej, horrowej rozrywki oraz dopisanie kolejnej pozycji do prywatnej biblioteki grozy.

Czasami strach ma wielkie oczy

Tytuł  od studia Cracked Head Games zadebiutował na PC już w 2019 roku, a na platformach PS4 oraz Switch pojawił się dopiero pod koniec stycznia tego roku. Wspomnieć należy, że jego premiera nie odbiła się jakimś większym echem w świecie gamingowym. Często zdarza się iż właśnie te mniejsze produkcje, z niekoniecznie rozbuchanym marketingiem, potrafią narobić dużo zamieszania. Ja miałem okazję przetestować to dzieło na konsoli Sony. Po około 3,5h rozgrywki i ukończeniu całej historii muszę jednak stwierdzić, że Silver Chains niestety nie wniosło zbyt wiele nowego do gatunku.

silver chains mansor

W Silver Chains wcielamy się w postać Petera, który w niewyjaśnionych okolicznościach rozbija swój samochód na jednym z drzew alei prowadzącej do olbrzymiej, mrocznie wyglądającej posiadłości. Odzyskawszy przytomność postanawia poszukać tam pomocy. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się ostrzegać przed tą decyzją, jednak Peter nie ma innej opcji. Będąc na podwórzu zauważa w jednym z okien majaczącą postać, a do jego uszu dobiegają niezrozumiałe szepty. Zagubiony, półprzytomny mężczyzna brnie jednak dalej i walcząc z dziwnymi majakami wkracza na teren domu.

Tak zaczyna się nasza przygoda, a głównym zadaniem protagonisty staje się przemierzanie kolejnych pomieszczeń w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania „co ja tu robię?” oraz „co tu się tak naprawdę dzieje?”. Sposób prezentacji wnętrz w zasadzie z automatu podpowiada, że z pewnością chata tylko wygląda na opuszczoną, a jej ewentualni mieszkańcy już dawno przestali potrzebować tlenu do życia. Poszukiwanie pomocy bardzo szybko zmienia się więc w walkę o przetrwanie, gdyż panującej atmosferze daleko jest do bycia gościnną.

W Sliver Chains strach ma oczy rodem z japońskich kreskówek

Pomysł stary jak świat, pomyślałem jednak, że być może twórcy postanowili podziałać w tym obszarze kreatywnie i zaserwować coś odkrywczego, zaskakującego. Tak się jednak nie stało.

silver chains doll

Podobnie więc jak w niezliczonej ilości innych tytułów mamy tu do czynienia z eksploracją połączoną z poszukiwaniem wskazówek, od czasu do czasu rozwiązywaniem łamigłówek, poznawaniem historii za pomocą odnajdywanych tu i ówdzie fragmentarycznych zapisków oraz oczywiście uciekaniem przed mającą mrozić krew w żyłach zjawą. Dałoby się to jeszcze jakoś przełknąć, gdyby nie siermiężna mechanika, liniowość poczynań oraz skutecznie torpedujące zabawę wyreżyserowane momenty strachu.

Sterowanie daje się we znaki promując precyzję wtedy kiedy liczyć się powinien czas reakcji i szybkość działania – gdy goni Cię stwór zginiesz niechybnie jeżeli nie uda Ci się trafić kursorem dokładnie w miejsce otwierające drzwi. W chwilach relatywnego spokoju natomiast swoje trzy grosze dorzuca wspomniana liniowość, gdyż pójść możemy tylko tam gdzie przewidział to scenariusz. Ataki tajemniczej postaci (piszę ogólnie nie chcąc spojlerować) przestają być w najmniejszym stopniu niespodzianką już po pierwszych kilku spotkaniach, kiedy okazuje się że za każdym razem poprzedzane są tym samym motywem brzmieniowo-muzycznym pojawiającym się na tyle wcześnie, aby się ukryć.

Zdecydowanie za mała jest tu ilość strachu… w strachu

Sama fabuła jest nawet wciągająca, głównie przez fakt stopniowego jej odkrywania. Przyznać też muszę iż zagłębiając się w wykreowaną przez twórców historię raz, czy dwa rady dałem się pozytywnie zaskoczyć mniejszymi lub większymi twistami. Zakończenie jednak okazało się być mocno rozczarowujące. Nie tylko wyjaśnienie na poziomie konceptu dalekie jest, przynajmniej wg mnie, od bycia logicznym i zrozumiałym, ale także jego opakowanie w postaci sekwencji walki z końcowym „bossem” działa jak przysłowiowy gwóźdź do trumny. Dość powiedzieć, że z całego czasu spędzonego z Silver Chains, uporanie się z tym fragmentem całości zajęło mi około godzinę. Do tego godzinę przepełnioną frustracją i wkurzeniem, zupełnie zabijającymi jakiekolwiek, nawet najmniejsze pokłady strachu.

silver chains monster

Całą sytuację ratuje nieznacznie przyjemna dla oka oprawa graficzna, choć i tak daleko jej do aktualnych standardów. Na zdecydowany plus natomiast zasługuje warstwa muzyczna, bardzo dobrze budująca i wzmacniająca klimat grozy. Jest to jednak zdecydowanie za mało, aby obcowanie z tą produkcją zaliczyć do miłych doświadczeń.

Podsumowując, Silver Chains raczej nie zagości na długo w mojej prywatnej kolekcji. Jest to tytuł co najwyżej poprawny, ze zbyt dużą ilością niedopracowanych rozwiązań. Dzieło Cracked Head Games potrafi oczywiście napędzić strachu, ale bardzo małe natężenie tego typu wrażeń w połączeniu z wspomnianymi słabymi stronami może skutecznie do tytułu zniechęcić.

Plusy

  • oprawa audio
  • stopniowo odkrywana tajemnica
  • kilka solidnych momentów jump-scare

Minusy

  • schematyczne rozwiązania
  • wyreżyserowane chwile grozy
  • sztywne i mało intuicyjne sterowanie
  • poziom trudności finalnej sekwencji
  • liniowa fabuła
3

Dostateczny