John Marston

O Red Dead Redemption można rozmawiać godzinami. Żyjący otwarty świat, westernowa otoczka i przekonujący bohater dostarczyły mi ogromu radości. Krytycy i gracze w olbrzymiej większości docenili opowieść w czasach schyłku Dzikiego Zachodu zaprezentowaną przez programistów Rockstar Games. A czy Ty kiedykolwiek miałeś okazję poznać bliżej najbardziej rozpoznawalnego rewolwerowca ostatnich lat?

pattern_ustatkowanygracz

Nazywam się John Marston. Nigdy nie zaliczałem się do grona aniołów. Byłem nawet członkiem gangu, krzywdziłem ludzi. W swoim życiu robiłem niedozwolone prawem rzeczy. Daleko mi do miana dobrego człowieka, aczkolwiek wiedzieć musisz, że postanowiłem skończyć z takim postrzeganiem mojej osoby. Od dawna żyję normalnie. Ustatkowałem się, jestem wolnym i na swój sposób przyzwoitym obywatelem. Niestety, aż nazbyt bogaty bagaż kryminalnego doświadczenia prześladuje mnie niczym poranny kac po mocno zakrapianej potańcówce.

Po jednym z napadów zostałem ciężko ranny, a reszta kumpli-rzezimieszków porzuciła mnie na pastwę losu. A to banda nic nie wartych oprychów! Zostawili na pewną śmierć! Zrozumiałem wówczas, że dla moich kompanów nie istnieją zasady; liczy się tylko waluta z podobizną Waszyngtona. Nasza ekipa była poszukiwana do tego stopnia, że agenci federalni przyjęli za punkt honoru osadzenie w areszcie każdego członka gangu. Dotarli do mnie, porywając moją rodzinę – ukochaną żonę Abigail oraz moje oczko w głowie – syna Jacka. Wciągnęli w ten brudny świat moich najbliższych, żądając poddania się zwyrodnialców Dutcha van der Linde i Billa Williamsona.

Zdecydowałem się wytropić i oddać w ręce Biura Śledczego moich starych znajomych. Przecież nie miałem innego wyjścia, cały czas myślami byłem z moją rodziną. Podążyłem więc do starej kryjówki bandytów mieszczącej się w Fort Mercer. Już u bram tej nory aktywnych kryminalistów przywitał mnie drwiący, ohydny i na odległość rozpoznawalny śmiech Billa. Nigdy go nie zapomnę. Ten niebezpieczny gangster spoglądał na mnie z murów fortu wraz ze swoimi zepsutymi do szpiku kości kompanami. Wszyscy celowali do mnie ze strzelb, trzymając palce na spustach. Sytuacja już na wstępie była stresująca i pełna napięcia. Na luźniejszą atmosferę nie było szans. Nie z tym pokrojem degeneratów…

Najbardziej poszukiwany bandyta śmiał mi się w twarz i dumnie wygłaszał tezy o szefowaniu moim gangiem. Chciałem żeby się poddał. W ten sposób mogłem ocalić go od rychłej śmierci, niemal błagałem żeby oddał się w ręce sprawiedliwości. Nie udało mi się jednak przekonać go po dobroci. Dosięgnąłem więc broni i… dostałem kulkę od jednego z jego warczących psów. Upadłem. Okropny ból nie pozwolił mi umrzeć. Ponownie zostawili mnie na pastwę krążących wokół sępów, jednak myśli o Abigail i moim drobnym synu trzymały mnie przy życiu przez całą noc. Anioł Stróż czuwał przy mnie do końca. Pozwolił wytrwać spazmy cierpienia, zsyłając przejeżdżającą obok fortu kobietę. Ona mnie ocaliła – niesamowita Bonnie McFarlane!

Zawiozła mnie do lekarza w Armadillo, a następnie troskliwie opiekowała się mną na swojej farmie. Kiedy byłem już w pełni zdrowy, Bonnie zaproponowała zakwaterowanie i wyżywienie w zamian za pomoc przy utrzymaniu rancha. Z dnia na dzień stałem się pasterzem, nocnym strażnikiem oraz poskramiaczem dzikich koni. Po pewnym czasie ludzie Williamsona dowiedzieli się, że przeżyłem. Zaatakowali farmę McFarlane’ów podpalając stodołę pełną zwierząt gospodarczych. Udało mi się je wprawdzie uratować, ale nie da się ukryć, że był to kolejny cios poniżej pasa. Właśnie wtedy postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Przyszła pora na ruch z naszej strony!

W niedługim czasie od opisanego momentu poznałem kilku sprzymierzeńców z szeryfem Johnsonem na czele. Zaczęliśmy walczyć z podrzędnymi oprychami i na poważnie obmyślać plan anihilacji fortu pełnego bandytów. Cały czas myślałem o mojej rodzinie uwięzionej w niedostępnym dla mnie miejscu. Wspomnienia dodawały mi wzmożonej chęci do działania. Dużą rolę w przyjętej koncepcji odegrał obwoźny sprzedawca dziwacznych trunków Nigel West Dickens i jego powóz. Spotkanie go, jak się później okazało, było strzałem w dziesiątkę.

Brakowało jeszcze tylko konkretnego arsenału do walki z zastępem kryminalistów ale po zaciętej strzelaninie z innymi oprychami zdobyłem potężny karabin – Gatling Gun. W jaki jednak sposób pojawić się w forcie z tak potężną bronią? Może wypali strategia konia trojańskiego z powozem Dickensa? Plan musi być przemyślany i perfekcyjnie dopracowany w każdym detalu. Drugiej takiej szansy nie będzie. Dorwę ich – wcześniej czy później, żywych lub martwych. Idę po was parszywe dranie!


Jeśli przeczytany artykuł przypadł Ci do gustu, podziel się nim wykorzystując przyciski Facebooka, Twittera lub Google+.