Tytuł siódmego tomu komiksu Żywe trupy – “Cisza przed burzą” – idealnie oddaje jego zawartość. Po ucieczce z Woodbury i odzyskaniu kontroli nad więzieniem, grupa Ricka ma chwilę na złapanie oddechu. Nie na długo…
Okładka również sugeruje czego możecie spodziewać się w środku. Całość kręci się wokół próby odnalezienia choć odrobiny normalności w absolutnie popieprzonej rzeczywistości, w której przyszło żyć tym, których jeszcze nie dopadł straszliwy koniec, gorszy nawet od śmierci.

Choć sposób narracji Roberta Kirkmana bardzo mi się podoba, muszę po cichu przyznać, że delikatna odmiana od ostrej jazdy bez trzymanki była mi potrzebna. Co ciekawe, nieustannie łapałem się na myśli “ciekawe czym za chwilę przywali”. Nauczony, że po chwili odpoczynku autor zawsze atakuje czymś mocnym, z każdą stroną spodziewałem się solidnego pierdolnięcia. Owszem, jest kilka punktów zwrotnych, ale wszystkie skupiają się na relacjach między mieszkańcami więzienia. O ile w poprzednich zeszytach Kirkman zawsze znajdował na to nieco przestrzeni, o tyle w siódmym tomie to właśnie na to kładzie największy nacisk.
Podobnie jak w każdym z poprzednich tomów, także w rzeczonym bardzo wybrzmiewa to, z jak wieloma problemami zmagają się ludzie po tym, jak świat upadł. O życie walczyć trzeba nie tylko z tytułowymi żywymi trupami, ale też z ludźmi, którym coraz bliżej do dzikich zwierzą. Do tego każdy ma własne demony, z którymi musi indywidualnie się zmierzyć.Tom siódmy to w miarę spokojna, ale bardzo przygnębiająca opowieść.

Odpowiedzialny za rysunki Charlie Adlard w tym zeszycie nie miał zbyt wielu okazji do wykorzystania pełni swoich możliwości, ale w tych scenach, które tego wymagały – pokazał klasę.
Końcówka siódmego tomu nie pozostawia wątpliwości – w kolejnym zeszycie będzie się działo. Uwielbiam takie cliffhangery, które sprawiają, że naprawdę ciężko doczekać się kontynuacji. Byle do “ósemki”!