Po lekturze piątego tomu Żywych trupów z niecierpliwością czekałem na kolejny zeszyt. Wiedziałem, że w historii musi nastąpić jakiś przełom. I oto jest.
Choć sytuacja wydawała się beznadziejna, dzięki pomocy kilkorga mieszkańców więźniowie Gubernatora uciekają z Woodbury. Przepełnieni goryczą, ale też ogromem nadziei Rick, Glenn i Michonne wracają do bliskich. Tam zastają obraz z najgorszych koszmarów.
Myślałem, że w poprzedniej części Kirkman wspiął się na wyżyny kreatywności, jeśli chodzi o brutalność. Bum, niespodzianka! Pierwsza część zeszytu poświęcona jest wspomnianej ucieczce, przy czym Michonne postanawia wyrównać rachunki z Gubernatorem. Jest bardzo intensywnie. Ponownie naszła mnie refleksja, że w całym tym piekle to nie tytułowe żywe trupy są największym problemem ludzkości, lecz sama ludzkość. A właściwie jej brak u niektórych jednostek…

Przez szósty tom przedarłem się szybciej niż rozpędzony kamper przez stado szwędaczy. Tempo opowieści ponownie jest bardzo wysokie. Gdy dochodziłem do punktu kulminacyjnego jakieś sceny moja nadzieja na chwilę odpoczynku była skutecznie gaszona kolejną bombą przygotowaną przez Kirkmana.
Druga połowa tomu przynosi pozorne uspokojenie, ale to tylko dobry zabieg scenariuszowy. Kirkman doskonale wie, jak dawkować napięcie. Powrót ocalałych do więzienia i próba powrotu do względnej normalności obnaża narastające konflikty wewnętrzne. Autor świetnie rozwija tutaj psychologię postaci. Obserwujemy zmęczonego, przytłoczonego wątpliwościami Ricka, którego przywództwo zostaje wystawione na najcięższą próbę. Relacje między bohaterami stają się gęste od niedomówień, a strach przed nieuchronnym odwetem ze strony Woodbury wisi w powietrzu jak ciężka, burzowa chmura.
W warstwie wizualnej Charlie Adlard trzyma swój charakterystyczny, surowy poziom. Jego charakterystyczna kreska idealnie współgra z ponurym klimatem opowieści. Skupienie na detalach i mimice twarzy bohaterów potęguje emocjonalny rollercoaster, jaki funduje nam autor scenariusza. Przemoc nie jest tu bezcelowa – każde starcie i każda decyzja niesie za sobą potężny ładunek emocjonalny, który rezonuje w czytelniku jeszcze długo po zamknięciu zeszytu.

Komiks Żywe trupy, tom 6 to absolutny majstersztyk w budowaniu napięcia. Kirkman nie pozwala na moment oddechu, mistrzowsko łącząc dynamiczną akcję z głębokim dramatem psychologicznym. Oby tak dalej!