JoJo’s Bizarre Adventure Part I: Phantom Blood, tom 1 – recenzja

jojo phantom blood tom 1 recenzja

JoJo’s Bizarre Adventure – czyli Dziwaczna przygoda JoJo – jest jedną z najpopularniejszych i faktycznie najdziwniejszych mang. Chociaż nie bije gołymi liczbami bestsellerów z samego topu, to nie przeszkadza jej być absolutnym popkulturowym fenomenem. Nawiązań do JoJo jest bez liku i mówię zarówno o aluzjach do konkretnych kadrów czy tekstów, jak i o pełnych inspiracjach. Popularna seria jRPG Persona pełnymi garściami czerpie z JoJo, od luźnego konceptu na moce bohaterów po jawny cytat w czwartej grze. Po premierze adaptacji anime status JoJo wyłącznie urósł. Nie tylko dlatego, że seriale David Production są wyśmienite: z nich narodziło się całe multum świeżych memów, które grasują po internecie, często nawet bez kontekstu. Sam autor, Hirohiko Araki – oprócz faktu, że jest nieśmiertelnym wampirem – może też pochwalić się, że jest jedynym mangaką, którego prace zostały wystawione w Luwrze.

Nareszcie, dzięki wydawnictwu J.P. Fantastica JoJo’s Bizarre Adventure trafiło do Polski. W dodatku naprawdę elegancko wydane i ukaże się u nas po kolei, począwszy od części pierwszej: Phantom Blood.

Dziwaczne przygody JoJo są doprawdy dziwaczne

JoJo’s Bizarre Adventure jest o tyle ciekawym przypadkiem, że typowa dla mangi akcji eskalacja odbywa się tutaj na nieco innych regułach, niż w przeciętnych „tasiemcach”. Żeby podnieść napięcie, Araki nie tyle podkręca moce bohaterów do absurdalnych poziomów czy przeskakuje kilka lat do przodu. On wywraca całą mangę do góry nogami. Po zakończeniu każdej części mangaka zmienia bohaterów, miejsce akcji, a nawet gatunek. W pierwszej części „JoJo” jest pseudonimem Jonathana Joestara, angielskiego młodzieńca żyjącego pod koniec XIX wieku; już w drugiej akcja przenosi się do USA, gdzie podąża śladami jego wnuka, Josepha Joestara. Trzecia i najpopularniejsza, Stardust Crusaders, to z kolei przygody Josepha i jego wnuka, Jotaro Kujo, którzy Japonię szybko opuszczają na rzecz Egiptu.

Dzięki odwadze Arakiego, JoJo’s Bizarre Adventure zachowuje świeżość, o jakiej wiele innych sag może po prostu marzyć. Jego decyzje mają daleko idące konsekwencje – tu nie ma bezpiecznych powrotów do status quo rodem z komiksu superbohaterskiego. No i prawie każdy znajdzie sobie tutaj coś dla siebie: swój prywatny zestaw ulubionych postaci, motywów, złoczyńców, mocy. JoJo’s Bizarre Adventure odpływa w dość pokopane rejony, natomiast pierwsza część jest jeszcze dość przyziemna… co na standardy tej serii znaczy bardzo niewiele.

Sercem sagi jest konflikt między klanem Joestarów a Dio Brando i dotkniętymi przez niego ludźmi. Jonathan Joestar jest chłopcem wrażliwym i honorowym do bólu, którego wiary w dobro nic nie może zachwiać. Jego przyrodni brat, Dio zaś złym do szpiku kości i chorobliwie ambitnym; przekonanym, że wszystko mu się należy i to najlepiej kosztem innych. W tę relację zostaje wmieszana starożytna, kamienna maska, mogąca dać nieśmiertelność za cenę człowieczeństwa. Jest to w zasadzie historia o polowaniu na Drakulę… z tym, że tutaj Hrabia i Jonathan Harker zbudowani są niczym John Cena i Dwayne „The Rock” Johnson. Araki w Phantom Blood rysuje chłopów zbudowanych jak szafy dwudrzwiowe, nie stroniąc od brutalności. Dio jest wampirem, ale w żadne podchody z kłami się nie bawi, tylko sam robi z frajerów fontanny krwi.

To jest tak naprawdę tylko prolog do JoJo’s Bizarre Adventure, jakie wszyscy kochają. Dopiero w następnej części autor pokaże, jak kreatywny potrafi być w planowaniu scen walki i wykorzystywaniu zdolności bohaterów. Z kolei moce „Standów”, z których słynie seria, pojawią się w trzecim rozdziale sagi. Nie znaczy to jednak, że Phantom Blood nie ma nic do zaoferowania! Jest to niemal banalna historia o walce dobra ze złem, z bohaterami prostymi jak konstrukcja cepa… ale czyta się ją po prostu z zapartym tchem.

Araki od samego początku wykazywał talent do naprawdę mocnych, dynamicznych kadrów, którymi przekazuje wszystko, co trzeba. Jednym ujęciem na Dio wiążącego rękawicę bokserską zarysowuje całą charyzmę i grozę bohatera; innym razem za pomocą pojedynczego zbliżenia na Jonathana przedstawia przemianę, jaką przeszedł z naiwnego głąba w herosa. Mangaka świetnie i czytelnie prowadzi akcję, kapitalnie eskalując przy tym wydarzenia. JoJo jest często naprawdę głupią mangą, w całkowicie pozytywnym znaczeniu. Podczas lektury po prostu czekasz na to, co wydarzy się dalej i w jaki sposób scena stanie się bardziej dzika. Czytać JoJo to być wiecznie zaskoczonym: tym, jak bohaterowie złamią prawa fizyki podczas walki, jakim fortelem odpowiedzą na kolejny podstęp. A nawet tym, do czego tym razem posunie się Dio.

Pora jeszcze na marudzenie zgreda (czytaj: fana serii)

Porozmawiajmy jeszcze o samym polskim wydaniu. Na pierwszy tom składa się pierwszych 14 zeszytów pierwszej części. Nie jest to omnibus, ale to kawał solidnej lektury za ok. 50 złotych. JPF wydaje JoJo doprawdy elegancko: na kanwie wydania z 2003 roku, w twardej oprawie, bez zbędnych fajerwerków poza posłowiem autora. Oszczędzono również cudów przy tłumaczeniu nazw. Manga funkcjonuje u nas po prostu jako JoJo’s Bizarre Adventure Part I: Phantom Blood i podobnie będzie z następnymi częściami. Przyznam, że „Dziwaczne przygody JoJo” mają swój urok. Za to podtytuły jak „Krew widmo”, „Tendencja bojowa” czy „Krzyżowcy gwiezdnego pyłu” brzmiałyby już dość karkołomnie.

Nieźle jest również w środku. Nie mogę wypowiedzieć się o samym tłumaczeniu prócz tego, że nie napotkałem żadnych byków. Choć sam jestem przyzwyczajony do pewnych rzeczy z angielskich wydawnictw (nie mogę się przyzwyczaić, że Speedwagon nie mówi do Jonathana per „panie Joestar”), to w tej kwestii ufam tłumaczom. Gorzej ma się sprawa z onomatopejami, w sprawie których J.P. Fantastica podjęło decyzję, o której było dość głośno jeszcze przed premierą pierwszego tomiku. Onomatopeje pojawiające się w JoJo mają status memiczny. Dzieła nawiązują do mangi Arakiego również poprzez charakterystyczne dla niego wyrazy dźwiękonaśladowcze: „dodododo” (ド) czy sygnalizujące grozę „gogogogo” (ゴ), a także krzyki, jakie wydają z siebie walczący bohaterowie.

Jest to ikoniczny element mangi, stąd zachowano go we współczesnej adaptacji anime i nie rusza ich też wiele wydań zachodnich. JPF natomiast zdecydował się na ich przetłumaczenie i podmianę grafik. Decyzję poniekąd rozumiem, natomiast uważam, że był to błąd. Kojarzą się one jednoznacznie z JoJo i „dododo” jest równie nietykalne, co dźwięk „snikt” towarzyszący wysuwaniu pazurów przez Wolverine’a. Źle też wpasowują się w rysunki Arakiego. Nigdy nie wyglądają lepiej od japońskich, a w wielu miejscach już po prostu amatorsko. Również z oczywistych względów zmieniają miejsce w kadrach względem oryginalnych: czasem zakrywając detale, a czasem odkrywając miejsca, w których tych detali nie było. Wygląda to lepiej niż się spodziewałem, ale w bardzo wielu miejscach efekt jest po prostu niezręczny.

Ostatecznie jednak najważniejsze jest to, że mogę mieć jedną z moich ulubionych mang na półce i to w eleganckim, godnym wydaniu; a ci, dla których język do tej pory był barierą mogą wreszcie zanurzyć się w pokopany świat Hirohiko Arakiego. Do ideału trochę brakuje, ale JoJo’s Bizarre Adventure to pozycja obowiązkowa dla fanów epickiej, często głupiej, zawsze ekscytującej i pięknej akcji. Czekam z wypiekami na resztę wydań, żeby móc wyłożyć nimi półki.

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*