bannermen

Jestem zdania, że jednym z w miarę pewnych przepisów na udaną grę jest mądre wykorzystanie sprawdzonych rozwiązań funkcjonujących w świadomości graczy i deweloperów oraz odpowiedniej porcji przemyślanych nowości.

Można powiedzieć, że chodzi tu o skuteczne połączenie filozofii inżyniera Mamonia („Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem”) z postawą niegdyś zdefiniowaną przez J. W. von  Goethe („Kto nie idzie do przodu, ten się cofa”).

Z tym, że kluczowe w tym podejściu jest osiągnięcie prawidłowego balansu obu punktów widzenia, a zbyt mocne faworyzowanie któregoś z nich powinno być postrzegane jako co najmniej ryzykowne. Może się przecież okazać, że powstanie produkt odtwórczy, będący niemalże kopią znanych patentów albo tytuł dalece wybiegający swoimi pomysłami w przyszłość.  Tak, czy tak, efekt finalny zainteresuje jedynie garstkę zagorzałych fanów. Bannermen, RTS szwedzkiego studia Pathos Interactive, jest niestety właśnie ofiarą zbyt dużego przywiązania do przeszłości.

To wszystko już było…

Moje pierwsze wrażenie, oparte na zapoznaniu się z kilkoma zapowiedziami video oraz opisem na stronie dewelopera, było raczej pozytywne. Zobaczyłem tytuł przywodzący na myśl stare, dobre Age of Empires, z delikatnym ukłonem w kierunku Starcrafta lub Warcrafta III. Po cichu liczyłem też na wspomniany wyżej powiew świeżości, zaskoczenie ciekawymi mechanikami lub wciągającą fabułą. Tym bardziej, że twórcy powoływali się na hołd klasycznym rozwiązaniom przy jednoczesnej chęci zaserwowania nowego podejścia do gatunku RTS.

Okazało się, że Bannermen rzeczywiście potrafi zaskoczyć, ale absolutnie nie tak jak się tego spodziewałem. Tytuł ten jest niczym więcej jak kliszą tego co znane i lubiane w świecie strategii czasu rzeczywistego, przy czym niestety odwołuje się do założeń gatunku w sposób nieudolny.

Trudno mnie zaliczyć do gorących entuzjastów RTS-ów i leżąca u ich podstaw mechanika nigdy specjalnie mi nie pasowała, dlatego w podobnych grach często szukam solidnego punktu zaczepienia w sferze opowiadanej historii. Bannermen oferuje jednak uczestniczenie w przygodzie, która jest co prawda całkiem zgrabnie przedstawiona (szczególny ukłon w kierunku wokalu w trakcie narracji oraz ciekawych przerywników graficznych), ale poza poprawnymi wrażeniami audio-wizualnymi nie wnosi do rozgrywki wiele więcej.

… a do tego funkcjonuje bardzo słabo.

Jako gracz wcielamy się w postać bohatera, kiedyś sromotnie pokonanego przez odwiecznego wroga, teraz starającego się od zera odbudować dawną chwałę i finalnie rozprawić się z armią rywala. Całość jest mocno przewidywalna, a dodatkowo cut-sceny nie zakładają możliwości ich pominięcia. Już po niecałej godzinnie rozgrywki, zwłaszcza w przypadku przydługich dialogów, a także w obliczu konieczności powtarzania misji, brak tak oczywistego rozwiązania okazał się skutecznie frustrować.

Jeżeli chodzi o wrażenia z rozgrywki, to też niestety do porywających nie można ich zaliczyć. Wszyscy obeznani z mechanikami zastosowanymi we wspomnianych przeze mnie klasykach z pewnością doświadczą uczucia deja-vu. Tu i ówdzie twórcy pokusili się o implementację takich schematów jak np. elementy rpg w kontekście rozwoju postaci głównego bohatera, czy włączenie sił natury do wachlarza dostępnych ataków, ale jest ich tak mało, że praktycznie nie przebijają się przez kokon utartych praktyk.

Bannermen wpada do worka podobnych tytułów, gdzie w zasadzie nie liczy się nic więcej niż odpowiednia dystrybucja robotników zbierających surowce, a następnie jak najszybsze wyszkolenie jak najliczniejszej (nie mylić z najsilniejszą) armii. Ktoś może poddać w wątpliwość aż tak daleko idące uproszczenie, ale kiedy dane mu będzie zmierzyć się z wrogą AI momentalnie przyzna takiemu stanowisku rację. Delikatnie mówiąc, daleko jej do miana wybitnego stratega.

Z pewną obawą podszedłem też do trybu multiplayer, głównie z uwagi na przewidywania związane z brakiem zbyt dużej ilości graczy chętnych na wirtualne pojedynki. I rzeczywiście, przynajmniej w chwili kiedy piszę ten tekst, czas oczekiwania na znalezienie dostępnego oponenta trzeba liczyć w kilku, a nie rzadko kilkunastu minutach. A kiedy już potyczka się rozpoczyna, to jedyną różnicą w stosunku do rozgrywki z AI jest poziom trudności wynikający z mierzenia się tym razem z myślącym przeciwnikiem. Niestety jednak dla Bannermen, nawet możliwość rywalizacji online nie ratuje tego tytułu przed bardzo słabym odbiorem.

Szkoda, szkoda, szkoda…

Bannermen, jako gra mająca odświeżyć podejście do gatunku rts oferuje zdecydowanie za mało, aby skutecznie się ze swojej roli wywiązać. Naprawdę ciężko jest w tym tytule wskazać na konkretne pozytywy i potrzeba wiele samozaparcia, aby utrzymać chęć dłuższego kontynuowania rozgrywki nie mówiąc już o sferze regrywalności.

Rzadko zdarza mi się kończyć swoje recenzje brakiem polecenia opisywanego tytułu, jednakowoż w przypadku produktu studia Phatos Interactive innego werdyktu być nie może. Bannermen to pozycja zdecydowanie tylko dla zagorzałych fanów młócki w czasie rzeczywistym, a i to też nie powinno być regułą.


W trakcie rozgrywki Bannermen prezentuje się solidnie, praktycznie wcale nie racząc gracza błędami. Jest jednak chyba wszystko co pozytywnego o tym tytule można powiedzieć.

Lista zaniechań w odniesieniu do gatunku rts jest jednak bardzo długa, a dodatkowo mocno razi kurczowe wręcz trzymanie się dotychczasowych, znanych mechanik. Nawet inżynier Mamoń by tego nie pochwalił.