Klasyki z GOG-a: Herkules

Klasyki z GOG-a: Herkules

Kiedy byłem mały, na pececie mojego wujka grałem jak dziki w dwie gry. Pierwszą z nich był bootleg pierwszego Donkey Kong Country. Ale nie taki w stylu tych z Super Mario Bros. które krążyły po sieci: gdzie World 1-1 był wzięty z pierwszej części, sprite Mariana z Super Mario World, a reszta znikąd. Ktoś wziął oryginalne Donkey Kong Country ze SNES-a i wsadził ją w plik .exe na PC. Drugim z tych tytułów był Herkules na podstawie filmu Disneya.

Po dziś dzień, DKC to jedna z moich ulubionych gier, bo jest świetna. Wtedy Herkules też był, bo, jak niemal każde dziecko z mojego pokolenia, kochałem film.

Kto tu jest gładki jak gladiator? Herkules!

Nietrudno zgadnąć, czemu. To śmieszny film, który nic nie stracił w procesie tłumaczenia. Filip Łobodziński świetnie poradził sobie z piosenkami, a Elżbieta Łopatniukowa z tekstem oryginalnym. Dobrze wypadła obsada z Jackiem Kopczyńskim i Witoldem Pyrkoszem na czele. Nawet Paweł Szczesny poradził sobie z rolą Hadesa, a zadanie miał trudne – dla Jamesa Woodsa, król piekieł pozostanie życiówką. No i jest to też jeden z najpiękniejszych filmów animowanych Disneya. Za projekty postaci odpowiadał tu Gerald Scarfe, rysownik odpowiedzialny m.in. za grafiki na „The Wall” Pink Floyd. Jego skwaszone interpretacje greckiej mitologii były tak odważne i przyciągające uwagę, że trudno uwierzyć, że trafiły do filmu Disneya.

Herkules to nie jest dobra gra, niestety

Po latach, kiedy zacząłem rozumieć więcej z tego, co oglądam, Herkules już nie robił takiego wrażenia. Hades jest świetny, ale się marnuje, bo w zasadzie nie rozmawia z głównymi bohaterami. Fabuła jest poszatkowana i postaciom brakuje w niej rozsądnych motywacji. Historia jest, w gruncie rzeczy, o niczym: to ani film o bohaterstwie, ani o odnajdywaniu siebie, ani o sporcie. Braki filmu celnie punktuje krytyczka Lindsay Ellis w świetnym wideoeseju.

Pomimo to, dalej fajnie ogląda mi się filmowego Herkulesa. Nie kryję jednak, że na starość wyraźnie stracił w moich oczach, czego nie mogę powiedzieć o innych dziełach animowanego kanonu Disneya. Byłem dlatego ciekaw, jak zestarzała się gra, w którą tyle łupałem jako dziecko. Raczej nikogo bardzo nie zaskoczę wyznając, że tak sobie.

Kto podczas grania powoduje zator? Herkules!

Co ciekawe, nie pod względem wizualnym! Herkules wygląda zaskakująco ambitnie i pomysł na stylizację sprzedałby się i w 2019 roku. Gra łączy proste 3D z ręcznie animowanymi sprite’ami. Jest trochę pikseli, nawet w oryginalnej rozdzielczości, ale produkcja jest schludna i po prostu ładna. Ba, (konieczną) kompresję przetrwały nawet wycięte z filmu przerywniki. Daje radę nawet muzyka, sklejona z motywów kinowej ścieżki dźwiękowej – choć np. pętla audio pierwszego etapu.

Wizualnie, Herkules broni się nieźle

Rozgrywka natomiast to już inna para kaloszy. Disney’s Hercules Action Game to do bólu typowa platformówka ze środka lat 90. Choć ukazała się na komputery i pierwsze PlayStation, bliżej jej do tysiąca i jednego platformera z Segi Genesis. Biegasz w prawo, skaczesz, zbierasz znajdźki, bijesz wrogów. Trzy wymiary od czasu do czasu pozwalają na zabawy perspektywą: w poziomach zdarzają się ścieżki prowadzące w głąb poziomu, które rozbijają monotonię projektów. Bossowie wymagają konkretnej taktyki, żeby ich pokonać, często niezwiązanej z bezpośrednią walką. Wydłużają się strasznie, ale to całkiem przyjemny ślad ambicji. Są jeszcze sekcje, w których Herkules biegnie w stronę ekranu, nie mogąc się zatrzymać. Unikasz wtedy pułapek i próbujesz skakać po platformach uzbrojony w perspektywę, która się do tego nie nadaje. Te etapy są okropne.

Problem Herkulesa nie leży jednak w braku oryginalności. Jest to po prostu dość średnia, frustrująca platformówka. Poziom trudności jest tutaj zaskakująco wysoki w sposób, który jest dość nie fair. Skakanie jest niewygodne i trudno cokolwiek tu wyczuć, podobnie z hitboksami ataków. Nie możesz ratować się tzw. klatkami nieśmiertelności, więc giniesz łatwo i często. Wrogowie są irytujący – ci latający zaś to może najgorszy szrot, jaki przyszło mi bić w jakiejkolwiek platformówce. W 2019 roku, na korzyść Herkulesa działa nie przestarzały dizajn, a jedynie nostalgia.

Gra o Herkulesie to teraz ciekawostka mitologiczna

Łatwo byłoby bronić Herkulesa, że to przecież gra z 1997 roku i to jeszcze na podstawie filmu, po co nad nią myśleć i tak dalej. Byłoby to niesprawiedliwe i wobec wielu innych tytułów, jak i właśnie tego konkretnego. Herkules to może nie jest dobry tytuł i nie przetrwał próby czasu – trochę jak i film – ale warto mu się przyjrzeć po wielu latach.

Designy bossów dają radę, trochę!

Disney’s Hercules jest bowiem podręcznikowym przykładem gry, która adaptuje film – te bardziej współczesne przykłady rzadko od tego wzorca odbiegają. Za główne punkty programu robią tutaj fragmenty wycięte z filmu i znajome głosy Jamesa Woodsa czy Danny’ego DeVito. Motywy z kina zostały mniej lub bardziej udolnie zaadaptowane na gameplay. Zdrowie Herkules regeneruje pijąc swój napój energetyczny, a pasek życia wydłuża zbierając swoje figurki. Jest to też gra, która już na premierę była anachronizmem. W 1997 roku, gry platformowe wyglądały całkiem inaczej. Rok wcześniej ukazały się przecież Super Mario 64 czy Crash Bandicoot, tymczasem Herkules małpował tytuły z Genesisa i schyłku SNES-a.

To cały czas będzie trend wśród interaktywnych adaptacji filmów – zrobić coś bez ambicji, tanim kosztem, na kanwie rozpoznawalnych scenek. Nawet te bardziej udane, jak X-Men Origins: Wolverine, będą tylko zrzynać z lepszych gier, bez dodawania czegoś od siebie. Różnica między adaptacją z 1997 a 2007 roku pozostaje kosmetyczna.

A jednak nie żałuję powrotu do Herkulesa. Nie była to traumatyczna wizyta w świecie nostalgii; tak jak nie bolało odkrycie, że moja ulubiona animacja z czasów dzieciństwa nie jest wcale tak genialna. Jak się okazuje, naciskam klawisze – Z, X, C, D, S – równie cienko, jak robiłem to jako dziecko. Jedynie frajda mieści się w innych rzeczach.

Grę otrzymaliśmy dzięki uprzejmości sklepu GOG.com

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*