SNES

Można zaryzykować stwierdzenie, że we współczesnym świecie gier wideo najbardziej pokrzywdzeni są użytkownicy konsol. Bo przecież atakowani są przez wyznawców ideologii hołdującej wyższości komputerów osobistych nad innymi platformami do grania. Przy tym są jednocześnie skazani na zabawę w maksymalnie 30 klatkach na sekundę, w dodatku z grafiką niejednokrotnie odstającą od komputerów klasy PC. Tyle złości i niepotrzebnej frustracji, gdy tymczasem w przeszłości… gdy poszczególne gry odtwarzano z kartridży… świat był o wiele prostszy i pozbawiony sztucznych podziałów.

Warto więc dziś – szczególnie w dobie horrendalnie wysokich cen zarówno gier, jak i samych konsol – przeprosić się z zakurzonym SNES-em (lub zakupić go w internecie w bardzo okazyjnej cenie), aby uświadomić własne dzieci, jak wyglądały ówczesne gry. Taka lekcja może być nie tylko pouczającą, ale przede wszystkim przyjemną odskocznią sprawiającą dużo frajdy – szczególnie z tytułami na swój sposób wyjątkowymi, których listę przygotowaliśmy poniżej:

Contra III: The Alien Wars

Zaprezentowana światu w 1992 roku „Contra III: The Alien Wars” to tytuł, za którego wydanie odpowiada Konami, firma znana współcześnie z serii Pro Evolution Soccer oraz Street Fighter. Akcja gry osadzona została w 2636 roku, kiedy kosmici postanowili przeprowadzić zmasowany atak na naszą planetę. W niesamowitych protagonistów – Jimba i Sully’ego – wpatrujemy się z olbrzymim szacunkiem i podziwem (bo przecież nie ojciec, a amerykański twardziel ratujący świat będzie w tym miejscu autorytetem). Wcielając się w ich skórę zmuszeni jesteśmy do eliminacji wrogów przy pomocy różnego rodzaju uzbrojenia, zbierania power-upów i pokonywania nad wyraz potężnych bossów (na każdego z nich trzeba znaleźć indywidualny sposób). Contra była grą kultową! Nic dziwnego, że wzorowały się na niej późniejsze legendy, takie jak seria Metal Slug, ogrywana namiętnie na reliktach lat 90. – automatach w salonach gier.

Earthworm Jim

W poszukiwaniu robaków na wędkę dawniej grzebało się w ziemi – teraz wystarczy pogrzebać w pudełku z kartridżami, aby doszukać się Earthworm Jim, który może być dla Twojej pociechy niezłą przynętą do wejścia w świat oldschoolu.  To kolejna gra platformowa, tym razem z 1994 roku, w której główną postacią jest tytułowy Jim – dżdżownica posiadająca humanoidalne zdolności, które zawdzięcza kosmicznemu skafandrowi. Galaktyczne wdzianko przyda się do ocalenia księżniczki „Jak-Jej-Tam” i pokonania pozaziemskich niemiluchów. Absurdalny humor okazał się najmocniejszą stroną produkcji. Nic dziwnego, że rok później została wydana jej druga część.

Super Mario World

Wiek nie gra w tym przypadku żadnej roli. Przygody hydraulika Mario, w czasie których wąsaty heros nieustannie musi ratować księżniczkę Peach, zna chyba każdy gracz na naszej planecie. Tym razem ukochana bohatera zostaje porwana przez Bowsera – ogromną smokopodobną istotę będącą głównym nemezis protagonisty – w czasie wakacyjnego pobytu na Wyspie Yoshiego. To chyba najlepsza część gry, która może uzmysłowić dzieciom fenomen Mario – łączy bowiem pierwotną formę zabawy z nowymi rozwiązaniami (takimi jak chociażby dinozaur, którego nasz hydraulik może dosiadać).

Secret of Mana SNES

Secret of Mana

Współcześnie każdy może stworzyć grę – wystarczy do tego chociażby RPG Game Maker i podstawowa znajomość jego obsługi. W 1993 roku nie było to jednak tak łatwe. Pomimo tego powstał Secret of Mana – interesujący tytuł, którego świat był pozbawiony magii. W jej zamian można było korzystać z many – o ile wcześniej uzyskało się na to przyzwolenie Duchów. Secret of Mana to pozycja obowiązkowa – szczególnie dla graczy, którzy uważają się za „najlepszych znawców RPG”, bowiem ograli ledwie Wiedźmina…

Super Castlevania IV

Kolejna gra w zestawieniu została w kuźniach Konami. Wydana w 1991 roku Super Castlevania IV bazuje na motywach (nawet muzycznych) dobrze znanych z poprzednich wersji gry. Wcielisz się w nieustraszonego łowcę wampirów, Simona Belmonta, którego zadaniem jest ubicie legendarnego hrabiego Draculi. Znajdziemy tutaj typowy licznik czasu przydzielonego na ukończenie każdego z etapów, a także poziom zdrowia, którego wykorzystanie oznacza konieczność powtórzenia całego poziomu. Jednym słowem jest to oldschoolowa lekcja pokory dla współczesnego gracza wychowanego na krzywdzącym procesie stopniowej casualizacji kolejnych produkcji.

Mortal Kombat I

Wyrywanie kręgosłupów, łamanie kończyn i efekciarskie wykańczanie przeciwników na końcu pojedynku składającego się z maksymalnie trzech rund – za to właśnie kochamy serię Mortal Kombat. Krzywdzenie bliźniego przy pomocy przycisków na padzie nie jest może wychowawcze, jednak warte pokazania starszej dziatwie, że z ojczulka nie takie wapno, bo wie w jaki sposób zakończyć walkę krwawym finisherem. I może nie było tu systemu X-Ray, doskonałej grafiki, czy też setek kombinacji, ale frajda z nabicia umęczonego przeciwnika na kolce pozostaje zawsze ta sama, bez względu na PESEL.

SNES Final Fantasy II

Final Fantasy II

Final Fantasty II to gra niewątpliwie brzydsza od Secret of Mana (przynajmniej część druga, bo najnowsze odsłony FF pozostawiają konkurencję daleko w tyle – nie tylko w kwestii fabuły, ale także oprawy wizualnej), jednak jej siła nie tkwi właśnie w grafice, ale w opowiadanej historii. Ten kartridż był jak dobra lektura; z zaciekawieniem wczytywało się w każdą literkę na nim zapisaną. I chociaż główny motyw to potężna klisza fabularna, to jednak dawniej nie był on tak wyeksploatowany – przez co, w oczekiwaniu na dalszy rozwój akcji i pokonanie Imperatora Palamecii, nie można było wręcz odejść od konsoli.

Street Fighter II Turbo

Kolejna już wirtualna bijatyka, która w dosadny sposób uwrażliwiała nasze dzieciństwo na agresję i walkę. Poziom brutalności był tu jednak o wiele mniejszy – bo i oprawa graficzna była bardziej komiksowa, i brak było ewidentnego łamania kości i sugestywnego wyrywania serc. Niemniej jednak same potyczki bohaterów sprawiały olbrzymią frajdę i pozwalały wkroczyć w świat wirtualnych sztuk walk również młodszym użytkownikom SNES-a.

Donkey Kong Country

Płatanie małpich figli to świetna forma spędzania czasu. A gdy jeszcze można pozwolić sobie na to przed ekranem telewizora z padem w ręku… W 1994 roku koncern Nintendo wypuścił na rynek przygody Donkey Konga, czym zdobył sobie przychylność graczy. Produkcja była przede wszystkim bardzo ładna, a przy okazji dosyć wymagająca (chociaż bazowała na schematach utartych dla SNES-owych platformówek).

The Legend of Zelda

Gra, obok której nie mógł przejść obojętnie najbardziej znany ustatkowany gracz na świecie – Robin Williams (który, na cześć właśnie tej gry, nadał swej córce tytułowe imię). Dla wielu nieobeznanych z serią wydaje się, że ubrany na zielono skrzat, którym kierujemy to Zelda, jednak nasz spiczastouchy nazywa się Link. Ten często popełniany błąd pokutuje już w popkulturze, głównie w memach bazujących na grze. I chociażby z tego powodu powinieneś dać pograć swoim pociechom w The Legend of Zelda – aby nigdy nie popełniły tego faux pas w towarzystwie.


Autorem tekstu jest Michał Pajda – student III roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach, którego publikacje pojawiały się zarówno w polskich, jak i zagranicznych, doskonale rozpoznawalnych mediach podejmujących tematykę gier wideo.