Oglądając pierwszy zwiastun Maneater byłem nastawiony na totalny arcade z rekinem w roli głównej, w którym rozgrywka skupia się jedynie na pożeraniu plażowiczów. Dzięki uprzejmości Koch Media – oficjalnego wydawcy produkcji Tripwire w Polsce – miałem okazję sprawdzenia gry w akcji.

Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że Maneater bliżej do sandboksowych inFamous czy Far Cry (porównywanie tej gry do Grand Theft Auto to jednak, według mnie, przesada), aniżeli do prostej gry akcji. W rzeczonej produkcji wcielasz się w młodego rekina, który stracił matkę z rąk Pete’a – zawodowego łowcy. Aby móc wziąć odwet na swoim nemesis, musisz jednak urosnąć w siłę…

Manetaer, czyli o tym jak zostałem rekinem

Siadając do zabawy, najpierw obejrzałem krótką prezentację i dziennik developera. Z każdą kolejną minutą nabierałem coraz większej ochoty na wskoczenie do wody. Po krótkim intro, z którego dowiedziałem się kim jest wspomniany Pete, zaczęła się właściwa rozgrywka, a konkretniej samouczek, w którym miałem okazję wcielić się w matkę głównego bohatera. Twórcy zaimplementowali niezwykle proste sterowanie, którego kręgosłup stanowią eksploracja zbiorników wodnych oraz polowanie.

Samo kierowanie rekinem jest banalnie proste, aczkolwiek trzeba przywyknąć do poruszania się we wszystkich płaszczyznach. Kamera oczywiście czasami lubi spłatać figla, przez co ciężko zorientować się w sytuacji, jednak i tak ostatecznie jest dobrze. Lewą gałką (grałem na kontrolerze Microsoftu, podjąłem próbę opanowania rekina klawiaturą i myszką, ale po kilku minutach zrezygnowałem) poruszasz żarłocznym bohaterem, a prawą rozglądasz się i wskazujesz, dokąd ma płynąć. Z kolei prawy triggerem chwytasz ofiary, aby następnie je rozszarpać mashując prawego analoga. Pozostałe przyciski służą do wykonywania przeróżnych akcji. Do dyspozycji, oprócz ugryzienia, masz jeszcze uderzenie ogonem oraz wystrzelenie pochwyconej ofiary. Do tego dochodzą szarża, wyskok nad powierzchnię wody oraz szybkie zanurzenie. I to właściwie tyle, jeśli chodzi o sterowanie. Wszystko jest bardzo intuicyjne, dzięki czemu można cieszyć się grą bez zastanawiania się podczas intensywnych potyczek z wrogami, który przycisk wcisnąć.

Aby móc stanąć do ostatecznej konfrontacji z Pete’em, musisz najpierw urosnąć. I to dosłownie, ponieważ rozpoczynasz zabawę jako mały rekin. Aby móc tego dokonać, trzeba polować, wykonywać zadania poboczne oraz walczyć z bossami kontrolującymi każdy z 7 dostępnych w grze obszarów. W trakcie playtestu miałem okazję zwiedzić bagna, zamieszkane głównie przez żółwie, kilka rodzajów małych ryb oraz aligatory. Pożeranie ofiar nie tylko regeneruje nadszarpnięte zdrowie, ale również daje punkty niezbędne do wskakiwania na wyższe poziomy doświadczenia. Wraz z ich wzrostem, rekin nie tylko dosłownie rośnie, ale też dobywa nowe umiejętności, jak chociażby wspomniane uderzenie ogonem. Do tego dochodzą upgrade’y, np. lepszy sonar, dzięki któremu łatwiej eksplorować otoczenie, czy rażenie prądem, aby chwilowo unieruchomić przeciwników. Ostatecznie bohater może osiągnąć 30 poziom doświadczenia, stając się prawdziwym postrachem okolicy.

Maneater, czyli o chrupaniu plażowiczów

Sam gameplay daje sporo frajdy, szczególnie polowanie na plażowiczów. Nieco szkoda, że miałem okazję schrupać kilku turystów tylko w samouczku, ponieważ później – pływając po bagnach – spotykałem tylko zwierzęta. Można przeprowadzać całkiem widowiskowe akcje, np. szarżując na zajętego przez czwórkę ludzi pompowanego jednorożca, następnie wyskakując nad powierzchnię wody, a następnie chwytając w locie jednego z nich i wpadając z jego resztkami do wody kilkanaście metrów dalej. Tak, zapomnij o realizmie. Maneater, pod względem rozgrywki, to arcade pełną ostrych jak brzytwa zębów rekinią paszczą.

Gdy zrobisz konkretną zadymę (czyli zeżresz odpowiednią liczbę turystów), do akcji wkracza straż przybrzeżna chcąca Cię powstrzymać. Jeśli ich pokonasz, do gry wchodzą myśliwi uzbrojeni w ostrą amunicję. Ostatecznie, po pokonaniu wszystkich fal łowców, staniesz oko w oko z gwardią narodową. Jeśli uda Ci się przetrwać starcie z żołdakami, możesz liczyć na specjalny bonus. To właściwie jedyne skojarzenie ze wspomnianym we wstępie GTA.

Sama eksploracja daje sporo radochy. Na odkrycie czekają spoczywające na dnie skrzynie z punktami doświadczenia, swoiste punkty widokowe (np. zalany cmentarz) oraz ukryte jaskinie. Główny bohater ma też swoją bazę wypadową w postaci podwodnej groty, w której możesz go ulepszać. Służy ona też jako punkt szybkiej podróży. Nieco szkoda, że w ogrywanym buildzie na cały obszar przewidziano tylko jedną taką grotę, co skutkowało koniecznością przedzierania się przez cały obszar celem dotarcia do nowego zadania. Co gorsze, gdy mojemu rekinowi nie udało się przetrwać starcia z mini-bossem (czytaj – zabrakło mi skilla), respawnowałem się właśnie we wspomnianej grocie i musiałem ponownie przepłynąć całą mapę tylko po to, aby móc spróbować ponownie.

Maneater, czyli chrup, chrup, mlask, mlask!

Sama walka sprowadza się przede wszystkim do uników i kontr. Wdając się w wymianę ciosów najczęściej będziesz skazany na porażkę, ponieważ wrogowie występują raczej w liczbie mnogie, a z kolei pojedyncze osobniki są na tyle silne, że trzeba je podgryzać, aby ostatecznie rozerwać na strzępy.

W trakcie zabawy trafiłem na kilka bugów, w tym jeden, który uniemożliwił mi wykonanie misji pobocznej, ponieważ aligator, którego miałem upolować, szarżując na mnie wystrzelił gdzieś poza mapę i nie mogłem go później znaleźć. Pomogło dopiero wczytanie stanu gry. Zakładam jednak, że do premiery twórcy uporają się z tymi problemami. Szczególnie, że wersja, którą miałem okazję sprawdzić była z grudnia zeszłego roku.

Maneater, czyli błękitna laguna we krwi

Maneater prezentuje się bardzo ładnie. Grałem na zestawie dostarczonym przez Razera – gamingowym laptopie Razer Blade 17′ z kartą RTX20XX na pokładzie. Na maksymalnych ustawieniach grafiki produkcja Tripwire zwolniła tylko kilkukrotnie i to w momentach, gdy na ekranie działo się naprawdę dużo.

Lokacje potrafią oczarować swoim designem. Nawet na szaroburych bagnach znalazło się miejsce dla feerii barw, a zmieniający się cykl dnia i nocy buduje klimat. Eksplorując dno natrafisz na rozmaite ciekawostki, czy to w postaci wraku kutra rybackiego, czy autobusu, którego pasażerowie do dzisiaj podziwiają podwodne pejzaże. Jeśli lubisz zwiedzać, Maneater bez wątpienia da Ci sporo frajdy.

Czy czekam na Maneater?

Zdecydowanie tak. Myślę, że twórcy powinni pokusić się o wersję demo, ponieważ tylko własnoręczne sprawdzenie Maneater rozwiewa wszelkie wątpliwości o miodność tej produkcji. Według mnie tej nie brakuje, ale jest to gra na tyle specyficzna, że nie każdemu przypadnie do gustu.

Jedyne, co budzi moje obawy, to nuda, która może wedrzeć się do rozgrywki dość szybko, jeśli gra nie będzie oferowała ciekawych misji pobocznych i dobrze zaprojektowanych lokacji. Niemniej, czekam do premiery, która zaplanowana została na 22 maja bieżącego roku na PC, PlayStation 4 oraz Xbox One. Planowana jest też wersja na Nintendo Switch.

Trzymam kciuki za Maneater!

Autor Adam Ginel

Adam to ustatkowany gracz z krwi i kości. Mąż, ojciec, a także wieloletni miłośnik elektronicznej rozrywki w formie wszelakiej. Gry wideo traktuje jako coś znacznie powyżej zwykłego hobby, wynosząc je ponad inne pasje – muzykę i książkę – dostrzegając jednocześnie, jak wiele mają one wspólnego z innymi sferami jego zainteresowań.