Złodzieje lata

Persona 5 Strikers zabiera Jokera i resztę Widmowych Złodziei Serc na wakacje, by stawili czoła nowym, nieco lżejszym tematycznie opresjom. Konwencja zmieniła się z turowego jRPG w grę akcji inspirowaną serią Dynasty Warriors. W związku z tym, produkcja zadaje dwa dość konkretne pytania. Po pierwsze: czy bardzo tęsknisz za Widmowymi Złodziejami Serc? Po drugie: czy jesteś gotowy znowu się z nimi spotkać niezależnie od okoliczności? Ja, po pierwszych dziesięciu godzinach – a wcześniej po ok. 3 tysiącach godzin z Personą 5wydaniem Royal – na oba pytania mogłem odpowiedzieć stanowczym “echhh”.

Później zmieniłem odpowiedź na dużo bardziej entuzjastyczną, natomiast nie będę krył: do pewnego momentu smażyłem w głowie bardzo gorzką recenzję. Ale po kolei.

Kabaret Koń Japoński

Żeby nie było – pomimo zmiany gatunku, Strikers to nie jest spin-off, tylko pełnoprawny, fabularny sequel Persony 5. Na wejściu jesteś rzucany na głęboką wodę: gra nie bawi się ponowne przedstawienie realiów, reguł świata i bohaterów. Nawet niezbyt spieszy się z dobitnym wprowadzeniem dynamiki między postaciami. Jeśli to jest Twoja pierwsza gra w serii, to gwarantuję Ci, że niewiele z tego zrozumiesz. Może nie zaszkodziłoby trochę więcej wstępniaka dla nowych graczy. A czego mogłoby być mniej?

Morgany. Nienawidzę Morgany, „maskotki” Persony 5, kociego złodzieja. Jest namolny, irytujący, a jego historia jest kserokopią tej Teddie’ego, maskotki z czwartej części. Kiedy Morgana nie męczy buły przypominając, co masz do zrobienia, to mizdrzy się żenująco do blondwłosej Ann i ciągle wyzywa Ryujiego od idiotów. Ba, z jego winy odbywa się najgorszy wątek Persony 5. Morgana jest tak zły, że jakimś cudem psuje koncept gadającego kota.

W otwierających grę godzinach jest bardzo dużo Morgany, który robi wszystko powyżej.

Bardzo dużo, więcej niż w poprzedniczce, jest też słownego znęcania się nad wspomnianym Ryujim Sakamoto, którego pomysły i żarty są stale komentowane wyzwiskami od idiotów. Więcej jest też komedii natury, ekhm, damsko-męskiej. Jesteście gotowi na rzecz zabawniejszą nawet od chłopa przebranego za babę? Co powiecie na chłopa, który podgląda – albo komuś się wydaje, że podgląda – babę i babę, która potem leje tego chłopa? Bo ja bawię się szampańsko. Persona 5 pozbawiona była klasycznej dla anime przezabawnej sceny w łaźni, dlatego uraczono nas aż DWIEMA w Persona 5 Strikers. Jezu, ale beka.

Spoiluję żart: ktoś ma duże piersi.

Miałkie dobrego początki

Jestem być może rozgoryczony natężeniem tych rzeczy, których akurat w Personie bardzo nie lubię. Nie wszystko jest jednak złe w tych otwierających grę godzinach. Ryuji i grający go Max Mittelman są ponownie w szczytowej formie. Bardzo się cieszę z rozszerzonej roli Haru Okumury – najbardziej zaniedbanej bohaterki oryginału – która dostaje w sequelu sporo do roboty i jedne z najlepszych kwestii („przepraszamy, ale gardzimy policją” wypowiedziane w kierunku pomagającemu drużynie glinie to zdanie roku 2021). Super jest nowa bohaterka, sztuczna inteligencja Sophia, która uczy się lepiej rozumieć ludzi. Postać jest przeurocza, dostaje najlepsze kwestie po Haru i byłaby z niej lepsza maskotka niż Morgana. Podobnie glina Zenkichi, z którym Złodzieje nawiązują niełatwą współpracę.

Najgorzej jednak, że tego negatywnego nastawienia nie umiał załagodzić gameplay. Strikers niby jest autorstwa Omega Force, czyli ekipy Dynasty Warriors, natomiast to nie jest żadna gra z tej serii podmalowana w kolory Persony 5. Pojawia się tutaj zaskakująco wiele mechanik z oryginału, a tempo gry jest mocno inne niż możesz kojarzyć z musou. Podobnie jak w poprzedniczce, Złodzieje mogą przemykać z kąta w kąt by łapać przeciwników z zaskoczenia; demony mają słabości, których wykorzystywanie uruchamia mechanikę „All Out Attack”, pozwalając całej drużynie zlać osłabionego oponenta. No i oczywiście tytułowe Persony – trzymając R1 możesz rzucić na nich klątwy, uleczyć kompanów. W wymiarze Aksamitnego Pokoju możesz tworzyć nowe, łącząc ze sobą napotkane/pobite demony w nowe kombinacje, żeby przygotować się na każdą okazję.

Nie martw się, to wciąż Persona 5.

Najbardziej wyraźną różnicą względem Dynasty Warriors jest mniejsza ilość wrogów. Zamiast lać się z armiami, w większości przypadków okładasz garstkę przeciwników – na początku gry działa to jednak na jej nie korzyść. Starcia są bardzo chaotyczne: udana zasadzka pozwala Ci w zasadzie od razu naklepać cały zastęp wrogów. Bez zrobienia im niespodzianki nie trwa to wiele dłużej: Twoi niekontrolowani kompani zalewają wrogów czarami, Ty biegasz za niedobitkami. Nie pomaga fakt, że Strikers karmi Cię mechanikami jak łyżeczką – minie 10 godzin zanim odblokujesz rzeczy, które są wręcz fundamentalne dla zabawy – ale niespecjalnie chce je tłumaczyć czy zademonstrować. Walka ma konkretne tempo, Twoi bohaterowie walczą bardzo różnie, natomiast pierwszych kilkadziesiąt potyczek niespecjalnie pozwala nauczyć się, co i jak dokładnie robić, kiedy nie ma na kim.

Minie i 10 godzin, zanim Persona 5 Strikers się rozkręci – ale warto czekać

Czy to znaczy, że Persona 5 Strikers jest grą niedobrą? Nie, niedobry jest po prostu pierwszy loch. Pod sam jego koniec zaczynają się pojawiać wreszcie tłumy, podczas których wreszcie dochodzi do satysfakcjonującej, efektownej rozpierduchy. Niedługo potem nadchodzi pierwszy pełnoprawny boss i tutaj wreszcie wychodzą niuanse rozgrywki. Każdego z Widmowych Złodziei obsługuje się nieco inaczej: kombosy zostają, ale ich funkcjonalności już niekoniecznie. Ryuji rzuca piorunami, ale jedno wciśnięcie trójkąta czyni go odpornym na przerywanie ruchów; może więc w spokoju ładować bardzo potężne, obszarowe ataki. Haru jest w stanie przedłużyć każdy ze swoich mięsistych „finisherów” – więc np. przez bardzo długo atakować czarem wieńczącym jedno kombo i to nie zużywając many. Artysta Yusuke z kolei na polu bitwy szaleje niczym Vergil z Devil May Cry, kontrując ataki i machając kataną jak pędzlem. Ta trójka to moi ulubieńcy (zwłaszcza Haru), ale każdy z członków drużyny się tutaj udał.

Jest to, z braku lepszych słów, w pytę. Zwłaszcza te walki z bossami – w przeciwieństwie do Persony 5 Royal, tutaj każda jest świetna. Nawet ostatnia, bo chociaż finałowe starcie jest dość proste, to mechanicznie interesujące i bardzo spektakularne. W tych bardziej wymagających bitwach czy pojedynkach gra odnajduje rytm znany z Shin Megami Tensei. Sporo w nich wykorzystywania słabości wrogów, zbijania ich, egzekwowania nagłych zmian w równie nagle pokrzyżowanych planach. Chaos nieco się porządkuje. W połączeniu z tym, jak szalenie efektowne i stylowe te walki są, towarzyszy im sporo ekscytującego napięcia. Z nadejściem tych starć okazuje się, że wrogowie lani po drodze są przystawkami przed sytym daniem głównym. Po prostu gospodarz trochę przegiął z wszystkimi smakołykami po drodze. Nie szkodzi – warto jest je szybko przeżreć.

Haru to gwarant zabawy w Persona 5 Strikers

Wielka szkoda, że nie ma tutaj żadnego trybu wyzwań czy areny, w których można by dostosować parametry walki. Mam zresztą nadzieję, że to nie jest ostatni projekt w tym stylu ani Omega-Force, ani Atlus. Persona 5 Strikers przypomina mi wydane jeszcze na PlayStation 2 jedyne dwie pozostałe gry akcji w kanonie Shin Megami Tensei, czyli Devil Summoner: Raidou Kuzunoha. Oby ta gra zwiastowała chęć do dalszych takich eksperymentów.

Za przynajmniej ćwiartkę mojego entuzjazmu wobec tego systemu walki odpowiada oprawa. Strikers czerpie całymi garściami z estetyki Persony 5, serwując nowy zestaw ślicznych, stylizowanych menu i plansz. Płynnie przeskakujesz z ekwipunku do walki wręcz, z niej do spektakularnych ataków specjalnych Showtime, a z nich: do menu sklepu czy gotowania w kamperze. Nie da się oderwać od tego wzroku, jakby ktoś przeniósł najlepszy zin na świecie na ekran kinowy. Mogę być Personą 5 już nieco zmęczony, ale nie jej stylówą; Strikers wygląda oszałamiająco, nawet na PS4, gdzie w oczy kłuje aliasing. Na równie wysokim poziomie stoi muzyka. Do starych kompozycji dołączyło kilka nowych, w tym remiksy kultowych numerów Shojiego Meguro i sztos nad sztosy: utwór „Daredevil”.

W Persona 5 Strikers Atlus opowiedział Personę 5 już trzeci raz

Wraz z końcem pierwszego lochu rozkręca się też wreszcie historia. Nastoletni złodzieje, którzy wraz z pomocą tytułowych person – manifestacji ich woli i determinacji – walczą ze złem i samolubnością dorosłych napotykają w Strikers całkiem nowy problem, choć dotyczący wciąż Metawersum, innego wymiaru, w którym emocje przybierają postać. Niejacy Monarchowie sprawują dosłowny rząd dusz nad ludźmi, kradnąc ich pragnienia i zniewalając do swoich często przyziemnych celów. Koncept niby nieco inny niż w poprzedniej grze, ale w praktyce zmienił się tylko charakter Twoich przeciwników. W Personie 5 każdy antagonista był niegodnym splunięcia sukinsynem, tutaj jednak działają w pewnych moralnych szarościach, z często sympatycznymi motywacjami. Pierwszy rozwiązywany przez Ciebie przypadek jest dość ciężki i potraktowany ciut niezdarnie. Twórcy dotykają poważnego tematu, ale jakby nie zadali sobie kilku ważnych pytań w trakcie pisania. Później kaliber jest już lżejszy i wychodzi to grze na dobre, bo pozwala to grze faktycznie dotykać pewnej emocjonalnej szarości.

No i poza tym są wakacje, a Złodzieje zasługują na przerwę od zła ludzkości. Te wakacje to zresztą najlepsza część całej fabuły. Ty i Twoja ekipa macie co prawda robotę do zrobienia, ale po drodze objeżdżacie sierpniową Japonię w poszukiwaniu przede wszystkim widoków, żarcia i czilery, utopii. Nastolatkowie spędzają swoje wakacje w pospolicie piękny sposób, planując obiady na mieście i własnoręczne kolacje, wylegując się w kamperze, chodząc po łaźniach; po prostu słoneczny road trip. Przyznam, że podczas pandemii ten pośredni wyjazd był mi bardzo potrzebny. Szkoda, że tych wszystkich interakcji, scenek, pogaduszek przy snackach nie ma więcej; nie tylko dlatego, że wakacje mogłyby trwać wiecznie. Wyjąwszy je, nie zostaje z tej opowieści zbyt wiele.

Nie było wakacji? Mogą być i w Persona 5 Strikers.

Fani Persony 5 szybko połapią się, że scenariusz sequela jest dość odtwórczy. Powtarzają się tu archetypy, motywy, a nawet konkretne emocjonalne momenty w opowieści. Fabuła Strikers jest naprawdę szalenie odtwórcza – jeden z wątków „piątki” powtarza się tutaj niemal kropka w kropkę. Ba, ta gra ma nawet ten sam zwrot akcji, co zawsze. Co dziwne, te rzeczy pozostają w większości nieskomentowane, jakby bohaterowie niczego się nie nauczyli podczas poprzedniej przygody. Gdyby Persona 5 była serialem, to Strikers byłoby tym „fillerem” wciśniętym w sam środek sezonu. Albo cały sezon byłby fillerem, bo to nie jest lekka zabawa. Skończenie fabuły i zrobienie wszystkich zadań pobocznych zajęło mi ponad 70 godzin, czyli może trzy czwarte tego, ile spędziłem w Personie 5.

Persona 5 Strikers jest godna polecenia, ale…

Natomiast jest to filler dla ludzi, którzy spędzili z tym światem już jakąś chwilę.

Pomimo to, że Strikers bardzo mi się podobała, to znajduję się trochę w kropce, czy jestem w stanie ją polecić. Wspominałem, że gra zadaje dwa pytania. Po pierwsze: czy bardzo tęsknisz za Widmowymi Złodziejami Serc? Po drugie: czy jesteś gotowy znowu się z nimi spotkać niezależnie od okoliczności?

Twórcy powinni byli pomyśleć nad trzecim: czy ma sens się za to brać, jeśli o tym nic nie wiesz? Walka jest wyborna, ale nie jest trudno sobie wyobrazić, jak ktoś się nią nuży jeszcze zanim wybije 70 godzin na liczniku; bez sentymentu do tych bohaterów trudno przeć do przodu. Może fani musou mogliby spróbować, bo to ciekawe spojrzenie na tę utartą, wydawałoby się, formułę. Natomiast niedzielny gracz, który nie grał w Personę 5 raczej nie wyniesie z tej wycieczki zbyt wiele – mimo że twórcy niemal plagiatują w niej samych siebie – poza ładnymi fajerwerkami.

Plusy

  • walka!
  • styl i oprawa audio/wideo
  • Zenkichi, Sophia, Ryuji i Haru
  • wakacyjny klimat wycieczki z przyjaciółmi
  • zabawy z motywami Persony 5...

Minusy

  • …których jest za mało i są zbyt powierzchowne
  • dość długo się rozkręca
  • odtwórcza, dość papierowa fabuła
  • Morgana
4

Dobry

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.