XCOM

XCOM z Cthulhu? Odruchowo potraktowałem “Achtung” w tytule jako ostrzeżenie. Zanim nawet zacząłem grę, zdążyłem znaleźć dwa powody, żeby podejrzliwie spoglądać na tę produkcję.

Po pierwsze, nie ufam jakoś grom opartym na mitologiach pisarza z Providence. Teksty H.P. Lovecrafta są szalenie trudne do adaptacji. Ich horror skupia się na sprawach, jakich człowiek nie jest w stanie zrozumieć; przedstawia monstra i sytuacje, jakich nie da się wytłumaczyć albo dobrze opisać. Monstra w dosłownych interpretacjach ryboludzi czy macek tracą atmosferę niewyobrażalnych istot podążających całkowicie obcą dla nas logiką. Można, oczywiście, czynić z tych mitów podkładkę pod typowo pulpowe, awanturnicze historie, z tym, że marnuje się wtedy ich potencjał.

Po drugie, Achtung! Cthulhu jest adaptacją gry planszowej/RPG. Taktyczna walka rozpisana na kilka rzutów kostką świetnie sprawdza się na żywo. Rachu, ciachu i po strachu – strasznie lubię rozgrywki w “Posiadłość szaleństwa”, bo nie wymagają takiego zaangażowania, jak pełna sesja RPG. W grze wideo wymagam jednak więcej niuansu od moich strategii: więcej okoliczności utrudniających zabawę, więcej możliwości. Wspomniany XCOM i pochodne dokładają do turowego strzelania rozbudowaną metagrę właśnie po to, by dopisać graczowi dodatkowe zmartwienia.

Szeregowiec Lovecraft

Akcja Achtung! Cthulhu Tactics rozgrywa się podczas II wojny światowej. Naziści szukają w Ardenach magicznego sposobu, żeby w końcu wygrać wojnę – pada na sekrety przedwiecznych istot. Tobie przychodzi pokierować oddziałem, który ma ich powstrzymać.

XCOM

Produkcja reklamuje się, że jest “story-driven”. Bez przesady, bo fabuła to raptem dwie cutscenki i trochę listów pomiędzy misjami. Wszystko sprowadza się do ratowania świata przed złymi Hitlerowcami przez grupę w zasadzie bezimiennych postaci, które zastana sytuacja mocno dziwi – być może nie dość. Marnują się nawet przyjemne archetypy: Francuzki z ruchu oporu, której towarzyszy nietoperz czy hinduskiego komandosa o zdolnościach magicznych. W końcówce gry zaczyna wchodzić totalny absurd, bo nagle stajesz w szranki z… czołgami opętanymi przedwieczną mocą. Mam co do tego pomysłu mieszane uczucia, ale może gdyby twórcy od początku puścili wodze fantazji, to cieplej bym się odniósł do tego szaleństwa.

Sami naziści reprezentują tutaj dieselpunkowe klimaty rodem z Wolfensteina. Szturmowcy mają zdolności elektryczne, jeden konkretny typ wroga biega zresztą z pukawką, która przypomina defibrylator. Wszystko to mocno sztampowe i kontrybuuje do ogólnego braku charakteru, jaki gnębi Achtung! Cthulhu. Nie robi się lepiej, kiedy do akcji wkraczają potwory Lovecrafta – Auroch Digital popełnili jedną z nudniejszych interpretacji shoggotów. Dalej też biegasz głównie po monotonnych lasach i fioletowych ruinach.

XCOM dla ubogich

Rozgrywka w Achtung! Cthulhu w większości odtwarza formułę współczesnej taktycznej gry turowej, jaką utrwaliło wydane w 2012 XCOM: Enemy Unknown. Sprowadzono je zresztą do najczystszej formy, bo ilość potencjalnych wariacji sprzętu i uzbrojenia została mocno okrojona, podobnie jak i skład drużyny – w grze sterujemy jedynie czterema, z góry ustalonymi bohaterami. Nie ma też zarządzania bazą pomiędzy misjami. Spróbowano natomiast urozmaicić same zadania: nie tyle rozwalasz wrogów na jednej z kilku map, co podążasz w konkretnym kierunku przez dość liniowe przestrzenie.

Próba została podjęta, co nie znaczy, że się udała. Na tych etapach po prostu nie ma czego zwiedzać, z wyłączeniem kilku banalnych zadań pobocznych z cyklu “podnieś trzy rzeczy”. Motyw eksploracji jeśli już, to przeszkadza, bo bohaterowie biegają wtedy w kupie. Nie pozwala to odpowiednio się przygotować do starć – każdą otwierającą turę trzeba zmarnować na pozycjonowanie.

XCOM

Reszta gry to już klasyka znana z gatunku z drobnymi korektami, jak ubogi system rozwoju bohatera. System warty, pozwalający automatycznie strzelić do ruchomych celów w zasięgu, mocno tu okrojono i ograniczono. Pojawiła się swoista “tarcza” nazwana tutaj “szczęściem”, która automatycznie regeneruje się pomiędzy starciami. Bohaterom doskwiera stres, który rośnie w miarę otrzymywania obrażeń i przebywania blisko potworów, co z kolei przekłada się na obniżone statystyki. W końcu, twórcy zadbali o rozbudowaną ilość pasywnych perków, szczególnie tych negatywnych, które są następstwami zaburzeń psychicznych nabywanych podczas zadań.

Podjęto jeszcze jedną próbę urozmaicenia rozgrywki poprzez system momentum. Każdy krytyczny atak napełnia specjalny pasek. Można go zużyć na przemieszczenie się ponad dostępną pulę punktów ruchu oraz na dodatkowe umiejętności. Ten pomysł się twórcom akurat udał, bo system momentum potrafi dostarczać całkiem sporo satysfakcji. Zbiłem z samym sobą piątkę, kiedy kilka zachomikowanych punktów i odrobina szczęścia pozwoliły mi wykończyć trzech przeciwników w jednej turze – i to kiedy skończyły mi się już punkty ruchu. Rzecz w tym, że akurat w tej produkcji jest to mechanika totalnie nie na miejscu.

Horror lajtcraftowski

Bohaterowie Lovecrafta skazani są na porażkę – jedynym zwycięskim ruchem w ich sytuacji to po prostu nie grać. Podążanie za zakazaną wiedzą prowadzi jedynie do zagłady i szaleństwa, a w obliczu napotkanych horrorów są niczym. Żeby mieć z wrogiem nawet teoretyczne szanse, potrzebują interwencji istot co najmniej równie potężnych. A jednak komandosi z Achtung! Cthulhu radzą sobie przede wszystkim za pomocą kalibrów .45 i 9mm. Ewidentnie, potęga Nyarlathotepa i Shub-Niggurath jest niczym wobec mocy Colta i Steyr Mannlicher. Żarty na bok, bo nie o pukawki tu chodzi – balans tej gry złamać jest tak łatwo, że nawet nie trzeba się starać. A winowajcą jest właśnie system momentum.

Najlepiej jest tutaj skorzystać z przykładu. Bardzo szybko można odblokować zdolność oddania dwóch strzałów z pistoletu w cenie jednego – do kosztów dolicza się jeszcze jeden punkt momentum, który gra refunduje, jeśli oba strzały trafią. Wielu przeciwników – ogromne shoggothy jak i nazistowskie hybrydy – stanowi łatwy cel (od 90 do 100 procent szansy na trafienie). W efekcie, można zadać jedną postacią furę obrażeń w jednej turze i spokojnie zabić jednego przeciwnika w zasadzie z miejsca.

XCOM

To tylko jedna z takich umiejętności i łatwych do nadużywania taktyk. Wysysa to z rozgrywki resztki i tak niewielkich ilości napięcia. Achtung! Cthulhu dość sowicie karze porażkę, bo podczas misji nie wychodzi się łatwo z ciężkich ran czy obniżonego stanu psychicznego. Tylko co z tego, jeśli najprzeciętniejszy gracz bez trudu może grać tak, by niemal nigdy się z tym ryzykiem nie spotkać.

Można narzekać na losowość XCOM-a i podobnych gier, która potrafi czasem szalenie frustrować. Jednak tamte zabiegi działają: produkcje są stresujące i generują prawdziwe napięcie. W Achtung! Cthulhu Tactics jest go jak na lekarstwo.

Dlatego lepiej sobie odpuścić tę produkcję. Gra Auroch Digital jest poprawna, kompetentna do bólu; grać niby można, ale tak w zasadzie, to po co? Lepiej sprawdzić choćby polskie Hard West. Lub włączyć któregoś XCOM-a i zacząć nową kampanię – wyjdzie ciekawiej, emocji będzie więcej. Fani twórczości Lovecrafta zaś nie mają tutaj absolutnie czego szukać. Jeśli się do nich zaliczasz, zostań przy bardziej udanych adaptacjach.


Achtung! Cthulhu Tactics jest perfekcyjnie kompetentną grą, jeśli już koniecznie szukasz gry podobnej do XCOM.

Rzecz w tym, że to też produkcja absolutnie przeciętna – lepiej już zacząć nową kampanię w ogranych już strategiach.