man of medan

Czy twórcy świetnego Until Dawn poszli za ciosem i rozpoczęli swoją nową antologię od solidnego straszenia na ekranie?

Pierwsza część The Dark Pictures Anthology jawi się jako próba badania gruntu, bojaźliwego otwarcia nowej serii i gry zrobionej na szybko. Studio Supermassive Games po udanym Until Dawn idąc do przodu robi dwa kroki w tył i proponując pierwszy z pięciu epizodów niezależnych od siebie horrorów, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Szczerze mówiąc, o wiele więcej spodziewałem się po dość tajemniczej wyprawie młodych poszukiwaczy skarbów. Czemu więc nowa odsłona serii horrorów nie zaczyna się z przytupem?

Koszmarny incydent na Medan

Czwórka młodych ludzi i pani kapitan wyruszają na zagadkową i niezwykle ekscytującą morską wyprawę w celu zbadania zatopionego wraku samolotu z II wojny światowej. Po dotarciu do celu okazuje się, że bohaterowie bonusowo poznają miejsce położenia tajemniczego wraku statku z ukrytym na nim skarbem. Niestety frywolna sytuacja i chęć odkrycia tajemnicy nieco się komplikuje, a bohaterowie muszą nie tylko poradzić sobie w okropnych momentach ich wycieczki ale też walczyć o swoje życie. W poprzedniej produkcji brytyjskiego studia zżyłem się z bohaterami i zależało mi na ich losie, jednak tutaj postaci nie wywołują już takich emocji, a ich los może nie jest obojętny ale nie wywiera choćby przybliżonych emocji znanych z poprzedniego horroru. Nieco charyzmy, wygadania i pewności siebie posiada Fliss, pani kapitan łajby, którą podróżują głodni przygody bohaterowie, no i na tym koniec.

W grze dostępny jest tryb dla pojedynczego gracza oraz dwa tryby sieciowe – pierwszy to zabawa dla dwóch osób – jedna kieruje swoim bohaterem, inna kolejną postacią na podzielonym ekranie, a podjęte decyzje mają wpływ na rozgrywkę i po pewnym czasie krzyżują się. Takie doświadczenie wraz ze znajomym może polepszyć odbiór gry, a emocje z pewnością są o wiele większe. Druga możliwość to lokalny multiplayer z akcją na jednej konsoli. Pięć osób wybiera swojego bohatera i wymieniając się padem osobno podejmuje decyzje, przez to ich własne wybory mają wpływ na zakończenie przygody. Taka zabawa na koniec zakrapianej imprezy może być bardzo niecodziennym doświadczeniem. Grając w pojedynkę co jakiś czas zmienia się kierowana postać, jednak opcja kooperacji chyba wkradła się do single playera, bo niektóre sceny są jakby urwane, wyglądając na niedokończone czy brakuje im kilku sekund. Czyżby twórcom trochę pomieszały się tryby gry?

Straszenie zza winkla i QTE

Rozgrywka to penetracja ciasnych pomieszczeń, odkrywanie sekretów, sekwencje Quick Time Event oraz wybory moralne także te związane z ucieczką przed śmiercią. Za sprawą rozlokowanych po świecie gry obrazów, powracają wizje z przyszłości dotyczące postaci i ich losu (takie jakby totemy w Until Dawn). To ciekawe doświadczenie wybiegające w przód i ukazujące możliwą rychłą przyszłość. Zbierane co jakiś czas przedmioty czy notatki potrafią ujawnić więcej odnośnie statku i jego załogi oraz tym co stało się na pokładzie. Samo sterowanie postaci jest nieco drętwe i potrafiło sprawić problem podczas rozgrywki. Z kolei zabawa w straszenie nie polega na potęgowaniu mrocznej atmosfery ale na popularnych “jumpscare’ach”, czyli nagłym pokazaniu okropności wraz z towarzyszeniem głośnego dźwięku. Parę razy udało mi się dać zaskoczyć przez co nie mogę powiedzieć, że produkcja w ogóle nie straszy.

Sekwencje QTE są o wiele mniej odczuwalne i krótsze niż było to w Until Dawn, jednak momenty ukrywania się i bicia serca, gdy trzeba stukać przyciskiem w odpowiedni rytm potrafią sprawić problem. Natomiast dziwną sytuacją są spadki klatek na sekundę w grze, w której w zasadzie od technicznej strony nic się nie dzieje. Nie ma ani ogromnych, efektownie wykonanych pomieszczeń, ani dynamicznych starć z dużą liczbą wrogów, a ubytki w płynności są zauważalne.

Przewaga gór nad oceanem

Niestety ale przygody grupki przyjaciół w chatce w górach w Until Dawn były o wiele bardziej wciągające niż ten tajemniczy wrak na oceanie. Oczywiście trzeba mieć na uwadze rozmiar gry, jej przeznaczenie czy długość rozgrywki, bo Man of Medan to nieco ponad cztery godziny zabawy i odpowiednia cena (połowa normalnej gry) do zawartości. Twórcy chwalili się niemal 70 sposobami na śmierć w trakcie przygody, ale wtedy grę trzeba przejść ok. ośmiu razy, co z pewnością wykonają tylko najbardziej wytrwali gracze. Kilka nudnych momentów czy brak możliwości przerwania cut-scenek nie poprawiają raczej sytuacji i już za drugim podejściem wdziera się lekkie zniechęcenie.

Jakby tego było mało morska przygoda nie posiada polskiej lokalizacji, co w takiej produkcji i przy ograniczeniach czasowych może być większą niedogodnością. Potencjał był wielki, jednak nie udało się go należycie wykorzystać, szczególnie jeśli myśli się już o kolejnej części antologii. Mimo średniego rozpoczęcia cyklu opowieści grozy, to jednak mam nadzieję na kolejne lepsze epizody – bardziej straszne, dłuższe i lepiej przemyślane. Zaginiony statek, pełny tajemnic i dziwnych zdarzeń zasługuje na równie wyjątkową przygodę. Tutaj można mówić o namiastce spełnionych oczekiwań i uczuciu niedosytu.

Kopię gry The Dark Pictures Anthology: Man of Medan (PlayStation 4) do recenzji otrzymaliśmy od firmy CENEGA.

Man of Medan potrafi przestraszyć, wyborów i konsekwencji jest wiele, filmowo-kooperacyjne doświadczenie może się podobać, a cena gry jest adekwatna do zawartości.

Krótka przygoda to jednak niewykorzystany potencjał, posiadający problemy techniczne, nieciekawych bohaterów, dziwnie urywające się sceny i brak polskiej wersji językowej.

Autor Marcin Wronka

Choć Marcin od dziecka wychowany był na prymitywnych wirtualnych światach, zauroczony jest nimi do dziś. Gry wideo nosi w sercu i od wielu lat przelewa myśli z nimi związane na papier. Recenzjami stara się zaintrygować odbiorcę, w publicystyce zarażać zaś swoją pasją. Poszukiwacz pozytywnych stron życia, ceniący doświadczenie i nieprzychylnie nastawiony do szeroko pojętej głupoty. Ustatkowany gracz.