Beat Cop Pixel Crow

Twórcy Beat Cop, warszawskie studio Pixel Crow, obiecują w trailerze do gry, w którym gościnne występy zaliczyli Kojak, Crockett i Tubbs czy Magnum, że takiego gliny jak Jack Kelly jeszcze nie widziałeś. Faktyczne, jest inny niż wszyscy: nie ma ani stylowego garnituru, idealnego wąsa ani nie wcina na potęgę lizaków. Ma za to czapkę, niebieski uniform i niezawodny kajecik, w którym każda wypisana kartka oznacza zepsuty dzień niejednego delikwenta. Tak, Kelly to dzielnicowy – ale taki, który żyje na krawędzi i nie ma niczego do stracenia. Wrobiony w morderstwo, zostaje zdegradowany do patrolowania Brooklynu i sprawdzania parkometrów, zaś w międzyczasie próbuje zadbać o zebranie niezbędnej kwoty pieniędzy na alimenty. Ma 21 dni żeby się zrehabilitować i powrócić do gry. Sprawy komplikują się jednak, kiedy podczas pierwszego dnia w nowej dla niego roli ginie Gruby Mike, poprzednik Kelly’ego. Wszystko wskazuje na to, że zabójcy polowali właśnie na naszego glinę…

Beat Cop, czyli point-and-click, który żyje według własnych reguł

Beat Cop to dynamiczna gra przygodowa utrzymana w konwencji point-and-click, doprawiona wyborami moralnymi i zarządzaniem zasobów. Przyjdzie Ci patrolować ulicę, starając się o porządek oraz dobre stosunki z mieszkańcami i właścicielami sklepów. Dni spędzać będziesz na sprawdzaniu zaparkowanych samochodów, pilnowaniu parkometrów i kopert parkingowych, a także na pilnowaniu stanu technicznego pojazdów, zgłaszając złe opony i problemy ze światłami. Gdy coś się nie zgadza, należy wystawić mandat – wypisywanie ich pozostaje Twoim głównym celem, musisz bowiem dziennie odbębnić daną ilość świstków. Gra ożywia patrole losowymi wydarzeniami i zadaniami pobocznymi. Może się okazać, że trafi się właściciel samochodu, za którego wycieraczką wylądował mandat – może on chcieć zaproponować łapówkę lub próbować ubłagać Cię w najlepsze, tłumacząc się np. chorym dzieckiem. Ponadto ze sklepów wybiegają kieszonkowcy i złodzieje, których należy złapać, czekają koty do odnalezienia, szemrane paczki do dostarczenia, a także małżeńskie kłótnie, bójki oraz zabłąkane trupy, którymi trzeba się zająć, aby nie rozsiewać paniki. Gra robi dobrą robotę, żeby zżyć Cię z losami dzielnicy i nauczyć poszczególnych lokacji – dzięki takiemu rozwiązaniu Twój codzienny patrol jest bardzo organiczny; faktycznie czuć, jak to miejsce tętni życiem i reaguje na działania swojego szeryfa na krawężniku.

UWAGA! Poniższy tekst opiera się na wersji pre-alfa gry – opisane w nim rzeczy mogą się jeszcze mocno zmienić do czasu premiery planowanej na czwarty kwartał fiskalny 2016.

Równie interesująco wypadają wybory – zarówno te bardziej moralne, jak i dotyczące rozkładu dnia. Beat Cop jest o tyle ciekawy, że pomniejsze decyzje – np. czy dasz wymigać się komuś od mandatu – nie zawsze są oczywiste. Dobrze obrazuje to jedna z pierwszych sytuacji, w której zostaniesz wezwany do sex-shopu, jaki pewien dzieciak próbował okraść. Potraktowanie go łagodnie oznaczać będzie spadek reputacji wśród mieszkańców (okaże się bowiem, że chłopak to członek gangu). Z kolei postąpienie z nim ostro wyzwala z Twojego bohatera prawdziwego łachudrę, która grozić będzie wszystkim wkoło pobytem w celi i nie zawaha się wziąć napiwek za wystawiony mandat – co jednak spotka się to z uznaniem obywateli. Cieszy, że Beat Cop wrzuca do tym podobnych małych winietek nieco niuansów, bo bardzo łatwo byłoby zrobić z tego papierowy konflikt.

Beat Cop

Skupienie na rozsądnym zarządzaniu zasobami – w tym wypadku czasem i wytrzymałością – przy jednoczesnej atmosferze moralnej dwuznaczności przywodzi na myśl Gods Will Be Watching – moją ulubioną grę 2014 roku. Z tym, że tutaj jest o wiele dynamiczniej: świetnie łączą się przygodowe motywy z wiecznie stresującym upływem czasu. Odczuwa się szaleńcze tempo i presję, by być perfekcyjnym policjantem. Zastanawiam się jedynie, czy aby czasu na to nie ma za mało. Szaleńcze tempo jest ważne, ale moim zdaniem można by je nieco przykręcić, a gra nie straciłaby wiele na emocjach. Pozwoliłaby za to graczowi na większe zżycie się z ulicą i ograniczyła nieco zbędnej frustracji, która niepotrzebnie spłyca rozgrywkę. Choć czas zatrzymuje się podczas konwersacji, nie dzieje się to już np. w trakcie aresztowania. Wytrzymałość kończy się również bardzo szybko, a wpływa to na prędkość poruszania się i często można się łatwo zagonić w kozi róg.

Warto powiedzieć również dwa słowa o oprawie gry. Twórcy zdecydowali się na elegancki, poprawnie animowany pixel art. Tytuł faktycznie wygląda wyjątkowo i nie jest to jedynie kwestia mojej słabości do przywołanej stylistyki. Szkoda, że nie ma w grze większej ilości animacji, zwłaszcza podczas rozmów ze sklepikarzami. Gorzej wypada ekran odpraw, który jest znacznie mniej schludny od reszty gry i kłóci się z estetyką całości. Kapitalnie za to wypada realizacja dźwięku. Patrole w Beat Cop nie byłyby takie przyjemne, gdyby nie orgia dźwięków otaczająca gracza – każdy sklep ma swoje wyjątkowe odgłosy, muzykę i dźwięki, które płynnie robią się głośniejsze lub bardziej ciche w zależności od pozycji postaci. W połączeniu z rozgrywką, ulica Kelly’ego faktycznie żyje.

Opowiedz ten żart jeszcze raz, Sam!

W Beat Cop przeszkadzała mi jednak pewna rzecz, dość ważna w skali całej gry – scenariusz. Problem leży w rwanych dialogach, nierównym humorze i ogólnym przegadaniu całości.

UWAGA! Poniższy tekst opiera się na wersji pre-alfa gry – opisane w nim rzeczy mogą się jeszcze mocno zmienić do czasu premiery planowanej na czwarty kwartał fiskalny 2016.

W netfliksowym (bardzo, bardzo dobrym) serialu animowanym BoJack Horseman jest świetna scena, w której cały komisariat policji dramatycznie i intensywnie zastanawia się, jak poprawnie zaklasyfikować jednego ze swoich niesfornych oficerów. Nie mogą się zdecydować, czy jest jak „odbezpieczony granat”,  czy może „niepokorny renegat” lub „glina na krawędzi, który nie ma nic do stracenia”; ostatecznie decydują, że nie obędzie się bez tablicy, markerów i oficjalnego zaszufladkowania go jako „odbezpieczonego granatu, który działa według własnych reguł” nim departament wyruszy na akcję. Wzięto dobrze znane widzowi klisze, podlano postmodernistycznym sosem i wyszedł z tego dobry gag. Beat Cop próbuje podobnych zabaw z oczekiwaniami odbiorcy i ogranymi tropami, wychodzi to jednak różnie. Archetypy postaci, takie jak Włosi, którzy wiedzą wszystko o wszystkim i wszystkich czy szemrany właściciel sklepu gdzieś z Europy Środkowej, który stwierdza, że lodówka była idealnym remedium na jego „problem” wypadają sympatycznie, podobnie jak sierżanta Hollowaya, który opieprza swoich podopiecznych tak wulgarnie, jak tylko potrafi. Żarty o dupczeniu, łapaniu syfa i rozmiarze przyrodzenia, które przewijają się na odprawach są już jednak czerstwe i zdecydowanie zbyt długie. A dialog, w którym właściciel jednego ze sklepów zauważa „wielką spluwę” Kelly’ego i zaprasza go na wizytę po pracy to już zwyczajna dziecinada…

Same rozmowy często prowadzone są w nierównym tempie i skaczą pomiędzy emocjami. Wygląda to dziwnie, kiedy Kelly nagle zmienia się w dobermana lub odpowiada, jakby prowadził jeszcze jedną konwersację z niewidzialnym interlokutorem. Nie pomaga fakt, że gra ma lekkie problemy z interfejsem i łatwo można sobie te dialogi… przeklikać, zwłaszcza, że często są o wiele za długie. Najbardziej wychodzi to wszystko w odprawach na początku każdego dnia rozgrywki – rozmowy są mało śmieszne, za długie i przeciętnie poprowadzone. To zdecydowanie najsłabszy element gry, co przeszkadza tym bardziej,  że otrzymujesz tutaj sporo informacji o rozwoju fabuły oraz cele misji. Jest nierówno i mam nadzieję, że jeszcze można co nieco poprawić i przepisać, bo ma się to przeciętnie do świetnie poprowadzonej rozgrywki.

Beat Cop

Miałem z Beat Cop jeszcze jeden kłopot, choć nie jest to wina samej gry. Dziwnie się bowiem czułem z pastiszowym tonem gry w kontekście afer, które trawią od kilku lat amerykańską policję. Dzieciak, w którego zamordowanie został wrobiony Kelly jest czarnoskóry. Pomyślałem wtedy od razu o Michaelu Brownie z Ferguson w stanie Missouri czy Philando Castile, najświeższej ofierze napięć między stróżami prawa a społecznością afroamerykańską i nie będę ukrywał, że ciarki mi przeszły po plecach. Podejrzewam, że nie będę jedyny. Beat Cop jednak nie zdradza ambicji szerszego komentarza społeczno-politycznego, więc nie należy traktować mojej uwagi jako wytknięcia nietaktu. Po prostu muszę przyznać, że Pixel Crow wydaje swoją grę w naprawdę popieprzonych czasach i jestem ciekaw, jak spojrzą na to inni.

Reasumując, czekam na oficjalną premierę Beat Cop. Pixel Crow odwalili kawał dobrej roboty, biorąc na warsztat świeży pomysł. Pozostaje mi tylko trzymać kciuki, aby twórcy wyrównali kilka problemów z mechaniką i usprawnili obsługę tytułu. Martwi mnie jedynie obrana droga w kwestiach scenariuszowych. Beat Cop powinno być napisane tak, żeby niejednego wbiło w glebę, a tymczasem jest to najsłabszy element całości. Wciąż jest jednak bardzo dobrze. Byle do jesieni.

Autor Jacek Wandzel

Niegdyś student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, teraz doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan Hideo Kojimy, Chrisa Avellone'a, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Jeśli spotkasz go na żywo, przygotuj się na awanturę o to, że nie oglądasz JoJo's Bizarre Adventure / nie ukończyłeś Red Dead Redemption II. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.