Daredevil Nieustraszony

Choć świat niedawno obiegła informacja o śmierci Stana Lee – człowieka, który współtworzył chociażby postać Matta Murdocka – jego komiksy i ich bohaterowie będą żyć przez jeszcze wiele lat i coś mi mówi, że przeżyją zarówno mnie, jak i Ciebie. Nie bez kozery zresztą we wstępie odnoszę się do postaci Daredevila. Będzie to bowiem jeden z zeszytów, który zrecenzuję w niniejszej odsłonie naszego komiksowego cyklu. Drugim zaś będzie Marzi. Prawdziwa niespodzianka!

Daredevil Nieustraszony #6

Jak już zapewne się domyślasz to szósta odsłona swoistej kolekcji, w oryginale sygnowanej nazwiskami Brubakera oraz Larka (Daredevil – The Man Without Fear! by Ed Brubaker & Michael Lark Ultimate Collection – przyp. red.). Nie bez powodu zresztą. Panowie Ci, wraz z Gregiem Rucka oraz Paulem Azaceta do spółki, są za komiks odpowiedzialni, zatem we dwoje przytulą za chwilę tak krytykę, jak i słowa aprobaty.

A to dlatego, że na rzeczony album składają się dwie różne opowieści, z których jedna trzyma niezwykle wysoki poziom, przeznaczona jest dla osób dorosłych, przekonuje odbiorcę klimatem i brudem unoszącym się nad ulicami Hell’s Kitchen zaś druga jest superbohaterskim zbitkiem kolorowych postaci, pasujących do całości albumu jak pięść do nosa. Czytałeś wspaniałe Gotham Central? Tam w jednym z zeszytów miała miejsce podobna sytuacja, która wyglądała i komicznie, i nijak nie pasowała do wydarzeń dziejących się przed pojawieniem się gości w trykotach. Była jednak minimalną, uzasadnioną fabularnie rysą na szkle, kadrem wręcz naśmiewającym się z tym podobnych pomysłów. Tutaj jest dokładnie odwrotnie.

Po całkiem niezłej pierwszej historii, opowiadającej o powolnym staczaniu się Murdocka na dno swoich własnych problemów, kłopotach z żoną ale przy jednoczesnym wątku zamieszanego w przestępstwo niewinnego człowieka, następuje zwrot akcji o 180 stopni. Grupa dobrych bohaterów walczy ze złymi ninja oraz postaciami z daredevilskiego uniwersum wyskakującymi nagle, niczym królik z kapelusza, z okna budynków, po czym prując się po mordach pokonują wszechpotężne zło… Jezu, to jak jazda bez trzymanki po kadrach z lat 90.!

Daredevil Nieustraszony

Sztuczny dobór tego samego, brutalnego ale tym razem nijak nie pasującego do całości klimatu albumu burzy jego obraz jako całości. Gdyby ten odchudzony został o ostatnią opowieść i kosztował o połowę taniej, otrzymałby moją pełną rekomendację. Ponieważ jednak nie jestem w stanie (jako całości) polecić go dalej, nabycie proponuję jedynie osobom kolekcjonującym każdy poprzedni numer. Pozostałym proponuję zakupić…

Marzi

Tego się nie spodziewałem! Małe dzieło sygnowane nazwiskami Marzeny Sowy oraz Sylvaina Savoia, z których pierwsza jest osobą, na bazie dzieciństwa której cały album jest inspirowany, jest wyjątkowym komiksem z wielu względów.

Po pierwsze, jest pierwszym komiksem francuskim (a w zasadzie francusko-polskim), recenzowanym na łamach Ustatkowanego Gracza. Dotychczas raczej w spektrum naszych zainteresowań bohaterowie amerykańscy z marszu wygrywali z innymi. Komiks ten udowadnia, że CI najwięksi niekoniecznie noszą peleryny powiewające na wietrze, a czasami wyglądają jak 10-letnia dziewczynka. Zatem po europejskie zeszyty będziemy sięgać częściej!

Po drugie, wspomniana dziewczynka to bohaterka, w oryginale, czterech albumów, z których każdy odwołuje się do siły tego komiksu – czasów Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej widzianej oczami dziecka. Dorośli odnajdą w nim zatem własne dzieciństwo, które przez jednych wspominane jest z rozrzewnieniem, przez innych – wcale niekoniecznie. Obecni dziadkowie, zerkając wstecz i czytając bardzo prosto rozłożone kadry, niczym w oryginalnym Koziołku Matołku Makuszyńskiego, zobaczą w jaki sposób ich wówczas dzieciaki postrzegały szarą rzeczywistość PRL-u; jakie pytania zadawały, dlaczego bawiły się tak, a nie inaczej. W końcu dzieci czytając przygody Marzi, na własne oczy zobaczą różnice obecnych standardów do tamtejszej Polski lat 80., którą zdobiły kościelna zaściankowość, kartki na żywność, wakacje na wsi, Pewex, podróże Fiatem 126p przez pół Polski czy szary papier toaletowy.

Tego komiksu nie można nie polecić, ponieważ wpisuje się w szerokie gusta odbiorców. I choć pisany jest infantylnym językiem a niektóre z opisanym zdarzeń mogą wydawać się przekoloryzowane, pamiętaj, że narratorką tych opowieści jest dziecko, obecnie zaś dorosła kobieta. Zresztą, po komiks sięgnęła tak moja żona, jak i córka co niech samo w sobie posłuży za najlepszą rekomendację.

Autor Mateusz Czerwiński

Mateusz jest człowiekiem niebojącym się nowych wyzwań, bez względu na formę, jaką te przyjmują. Propaguje gry wideo gdzie tylko i w jaki sposób może (zarówno na łamach prasy drukowanej, w internecie oraz w telewizji), bowiem uznaje je za krewną sztuki audiowizualnej. Jest jednocześnie ustatkowanym graczem i ojcem kolekcjonującym doświadczenie z różnych dziedzin życia. Kocha gry narracyjne, pamięta czasy NES-a.