Battlefront II
GWIEZDNE WOJNY trwają w najlepsze.
Statki REBELII dogorywają pod karcącą pięścią NAJWYŻSZEGO PORZĄDKU.

Niewielu pamięta o WOJNACH HAZARDOWYCH sprzed tygodni.

Z wyjątkiem jednego USTATKOWANEGO GRACZA, który nie może zostawić NIEKTÓRYCH RZECZY w spokoju i bacznie obserwuje, czy GALAKTYKA będzie świadkiem ODRODZENIA…

Minęło już trochę czasu od premiery Battlefront II, co nie znaczy, że nie mamy o czym pisać. Poniższa, trzecia część naszej ustatkowanej recenzji ma charakter podsumowujący; w końcu nadarzyła się ku temu świetna okazja – przy premierze filmu Ostatni Jedi, ukazała się jeszcze darmowa kampania „Odrodzenie” wieńcząca fabułę gry. Przyjrzysz się ze mną także owocom katastrofalnej implementacji mikropłatności, które były na ustach wszystkich przez tygodnie od wydania gry.

To wszystko nudy. Każda chwila

Kampania Battlefront II kończy się, kolokwialnie rzecz ujmując, bezjajecznie. Ostatnia misja nagle przeskakuje mocno w przyszłość, w erę Przebudzenia Mocy, nie wypełniając trzydziestoletniej luki między trylogią sequeli a oryginałem. Epilog, w którym wcielasz się w Kylo Rena próbującego wydostać informacje z rebelianta, jest ciekawie wyreżyserowany i wizualnie obiecujący, kończy także grę zaskakująco dołującą nutą, ale… nie finalizuje wątku głównego gry. Konkluzja miała dopiero nadejść w darmowym DLC, którego premiera zbiegła się z przybyciem ósmej części Gwiezdnych wojen do sal kinowych. Notabene, podkręcono napięcie przed wydaniem dodatku sugerując, że będzie on kluczowym elementem fabularnej układanki nowej trylogii. Nic z tego! Dostajesz w oczywisty sposób uciętą konkluzję kampanii, przepakowaną pod szyldem DLC, która nie wnosi niczego ważnego zarówno do gry, jak i samej sagi.

Odrodzeniu brakuje urzekającego fanserwisu, jakim upstrzona była kampania. Wchodzisz, teoretycznie, na nieznane wody nowej trylogii. Również teoretycznie, powinno to uwolnić fabułę gry i dać scenarzystom okazję, by popuścić wodze fantazji – nieobecność bohaterów sagi jak najbardziej da się przekuć w atut. Oto bowiem Battlefront II mógłby uwolnić się od służby promocji filmu i opowiedzieć historię, której niepotrzebne są epizody z Hanem Solo czy Skywalkerami. Udało się przecież za czasów poprzedniego kanonu z Oddziałem Delta czy awanturnikiem Kyle’em Katarnem. To jednak epilog pokazujący, jak pozbawiona konsekwencji jest cała kampania – nie wniosła ona kompletnie nic do świata Gwiezdnych Wojen i nic tego tak nie udowadnia, jak „wielkie sekrety”, o których szeptano przedpremierowo.

Battlefront II

Darmowy epilog dobitnie obnaża, że gry służą obecnej sadze wyłącznie do dopowiadania detali z użyciem postaci, które bezstresowo można odstrzelić. Jedną z fanowskich teorii było, że to właśnie w kampanii dla pojedynczego gracza skrywa się odpowiedź na tajemnicę rodzicielstwa Rey, co zresztą ostatnia misja podstawowej wersji gry mocno sugeruje. Stara się wręcz z tego kpić – córka Iden Versio i Dela Meeko ma na imię… Zay. Również tytułowe „Odrodzenie”, projekt Najwyższego Porządku, którego tajemnicą kuszono tuż przed napisami końcowymi, okazuje się być tylko wytłumaczeniem siły następców Imperium. Otóż porywają oni dzieci do indoktrynacji. To ledwie ciekawostka, którą ciężko jest nawet nazwać spoilerem.

Wszystko wskazuje na to, że na pełnoprawne, mięsiste gry w nowym kanonie Gwiezdnych Wojen przyjdzie Ci poczekać na koniec nowej trylogii. Dość naiwnie wydawało mi się, że silne sprężenie Battlefront II z kampanią reklamową ósmej części sagi przełoży się na nadanie grze większej wagi narracyjnej; niestety, gry spełniają tu tylko funkcję haczyków na głodnych każdej ciekawostki fanów. Straszna szkoda, że to bogate w historie uniwersum ląduje w limbo, aż nie skończy się plan Disneya na nową trylogię.

Pora, by gra się skończyła

Jeśli Battlefront II zostanie zapamiętany z czegokolwiek, to z kompletnie niepotrzebnej, szkodzącej na dłuższą metę grze aferze związanej z mikropłatnościami. Część fanów szlag trafił, że muszą płacić wyśrubowane kwoty wirtualnych kredytów za odblokowanie Dartha Vadera, a później kolektywną społeczność graczy, gdy udzielono kompromitującej odpowiedzi na owe obawy. Ciągnący się za produkcją smród był tak silny, że do sprawy podobno włączył się sam Disney i to właśnie gigant wymusił wyłączenie możliwości płacenia w grze prawdziwymi pieniędzmi. W końcu premiera gry odbyła się na krótko przed wejściem Ostatniego Jedi do kin.

Okazało się jeszcze po premierze, że Battlefront II może odegrać kluczową rolę w rozwoju interaktywnej rozrywki – chociaż nie z przyczyn, które miałyby związek z jakością samej gry. Belgijski wymiar sprawiedliwości oraz Hawaje zapowiedziały bowiem, że będą badać kwestię skrzynek – popularnej metody wprowadzania mikropłatności do gier – i innych „drapieżnych zachowań” wydawców, także po to, by móc ewentualnie zakwalifikować je jako hazard. Battlefront II nie jest oczywiście pierwszą grą, która uciekała się do podobnych metod; spierałbym się też, że nie jest najbardziej bezczelnym ich przykładem. Kiedy jednak zdawało się, że gry wideo są w miarę bezpieczne od uwagi polityków odkąd znudziły się nam tematy przemocy czy seksu, oto nasze ukochane medium wraca na świecznik. A że w grę wchodzi czysta kasa, możesz być w zasadzie pewien, że czekają nas wszystkich nieodwracalne zmiany.

Battlefront II

Z bardziej praktycznej perspektywy, mikropłatności w Battlefront II są tak złe także przez to, jak ciasno spięte zostały z rozgrywką. To ewidentnie musi być problem także dla samych twórców, bo system lootboksów wciąż siedzi w grze – mimo to, że EA dalej nie przywróciło możliwości płacenia za nie prawdziwymi pieniędzmi (choć wydawca zapowiedział kilka tygodni temu, że na pewno wrócą). Sprawia to, że ślamazarna, przekombinowana progresja w grze razi jeszcze bardziej. To system, który nie został zaprojektowany do „normalnej” gry, tylko jako wehikuł dla dalszego zarobku po premierze.

Między innymi przez swój dziwaczny, pozostawiony w pół drogi charakter punktowania, Battlefront II sprawia wrażenie gry osieroconej przez twórców. Mikropłatności na pewno wrócą – może w formie ozdóbek czy skinów, może z dostosowanymi cenami. Pytanie, czy kogoś to jeszcze będzie obchodzić, poza legislatorami z Belgii i Hawajów? Nie mnie, nie powinno również Ciebie. Zarówno darmowe DLC jak i zagubiona, zakłopotana reakcja na „aferę hazardową” wysyłają prosty sygnał – to tonący statek z dymu i luster. Do zobaczenia przy Battlefront III.