Nasze hobby to nie tylko ambrozyjska zabawa i relaks płynący z rozgrywki, ale także często spotykane błędy techniczne, nieodłącznie związane z grami wideo. Czy podczas eksploracji wirtualnego świata widząc drażniące glitche uśmiechasz się pod nosem czy takie sytuacje raczej Cię frustrują?

Zaczynając jakąkolwiek grę staram się uzbroić w cierpliwość. Tłumaczę sobie, że całkowita eliminacja błędów jest niemożliwa i nawet wybitne ekipy developerskie tworzące najlepiej dopracowane produkcje najpewniej coś popsują. Z mojego – wypracowanego przez lata* – punktu widzenia mogę podzielić błędy w grach na trzy kategorie, z których jedne śmieszą, inne frustrują, a skumulowana ich ilość potrafi skutecznie zepsuć rozgrywkę.

Błędy zabawne

Zwiedzając mroczne lokacje w Dead Space 2 doskonale pamiętam wielką arenę z balkonem i wyczuwalny w powietrzu zapach niebezpieczeństwa. Kilka chwil później pojawił się opancerzony stwór. Twarz miałem bladą niczym dziecko… Walka z bossem polegała na trywialnym stosowaniu uników i posyłaniu kul w odsłonięty tył oponenta. Okazało się jednak, że już na początku starcia bydlak po walnięciu w jeden z filarów nie mógł się cofnąć. Zadowolony z życia, wesoło gwiżdżąc pod nosem obszedłem wroga i wystrzelałem trzy magazynki w obnażony zad. Bardziej cieszyłem się jednak nie z samego błędu technicznego, ale z szybkiego pokonania obrzydliwej maszkary.

Podczas klimatycznej podróży po Dzikim Zachodzie w fenomenalnym Red Dead Redemption natrafiłem na błąd związany z Marstonem ujeżdżającym niewidzialnego konia. Przyznam szczerze, że uśmiech mimowolnie pojawił się na mojej twarzy. Cała ta sytuacja była nie tylko  niezwykle komiczna ale dawała również do zrozumienia, że nawet tak doświadczonym developerom jak ludzie pracujący w Rockstar Games przytrafiają się pocieszne wpadki. Na szczęście więcej takiego rozmiaru bugów nie odnotowałem, a ten świetny tytuł pozostaje w mojej pamięci na szczęście z całkiem innych powodów.

Mijają kolejne godziny rozgrywki w Far Cry 4, skupienie w kolejnej misji sięga zenitu. Klimat wielkiego, żyjącego wręcz świata porywa mnie bez reszty, gdy nagle po drugiej stronie wielkiej bramy słychać przegrupowujących się wrogów. Przeładowuję broń, sprawdzam poziom zdrowia i liczbę apteczek, wstrzymuję oddech… po czym widzę cztery wystające za bramę, poruszające się lufy karabinów rwących się do walki przeciwników. W takim wypadku nie pozostaje mi nic innego jak uśmiechnąć się pod nosem i wybaczyć twórcom błąd związany z detekcją kolizji. W grze miały miejsce również inne, komiczne wręcz sytuacje z dzikiem wbitym w samochód na czele, ale jednak przepięknie skonstruowany świat i górski klimat rekompensowały niespodziewane i mimo wszystko rzadkie “atrakcje”.

Błędy frustrujące

Długo nie zapomnę mocno drażniącego błędu jaki napotkałem w Tomb Raider: Definitive Edition na PS4. W pobliżu plaży pełnej wraków, po kilku godzinach intensywnej rozgrywki, pojawił się komunikat nazwany “Error CE-34878-0”. Okazało się, że bug ten nie tylko nieoczekiwanie i agresywnie przerwał zabawę, ale także usunął punkt zapisu całej gry. Już w tym przypadku – w odróżnieniu do opisywanych wyżej – po wyrwaniu włosów z głowy, nerwowo zaciskając zęby uruchomiłem grę powtórnie. Przy drugim podejściu udało mi się już bezproblemowo dotrwać do napisów końcowych.

Pamiętam również długie sesje z przygodami Nathana w Uncharted 3: Oszustwo Drake’a. Nic nie jest w stanie sprawić, aby wyleciała mi z głowy niebezpieczna wizyta w płonącym Chateau. Spowity płomieniami zamek to nad wyraz dopracowana część gry, w trakcie której jednak napotkałem “drobny” problem. Główny bohater, w trakcie wymagającej wymiany ognia z oponentem, utknął na schodach. Nate przez kilka sekund nie potrafił poradzić sobie z magicznie wciągającymi go do wewnątrz stopniami. Jak łatwo się domyślić, całą sekwencję musiałem zaczynać od nowa, złorzecząc na Bogu ducha winną rodzinę.

Podczas eksploracji wirtualnego Steelport w Saints Row IV udało mi się “zwiedzić” powszechnie niedostępne dla graczy rejony. Biorąc udział w jednej z akcji, w trakcie której trup ścielił się gęsto a wielkie eksplozje były na porządku dziennym, przez przypadek wypadłem poza teren dedykowany odbiorcy. I chociaż taki wyjątek to (niestety) nic nadzwyczajnego, wciąż dane mi było eksplorować “nicość”, jednocześnie widząc u góry makiety budynków i jeżdżące po ulicy samochody. Efekt? Musiałem załadować grę od początku, marnując tym samym cenny czas i dotychczasowe osiągnięcia w grze.

Kumulacja wad

Wiodącą serią w tym przypadku jest z pewnością Assassin’s Creed z odsłoną Unity na czele. Twórcy zapowiadając piękną i pełnoprawną część mającą ukazać się jedynie na konsolach obecnej generacji, całkowicie zapomnieli o niedługim czasie produkcji i co najważniejsze – kontroli jakości tytułu. W finalnym rozrachunku okazało się bowiem, że cyfry na koncie Ubisoftu po raz kolejny były ważniejsze niż oddany w ręce zainteresowanych, dopracowany produkt. Testerzy z pewnością od samego początku zgłaszali kumulujące się różnego typu omyłki i olbrzymie problemy z płynnością rozgrywki. Niestety ich praca poszła na marne bo znany wydawca dał programistom tylko dwa tygodnie (tyle właśnie wynosiło opóźnienie gry) na pocerowanie tej pełnej dziur produkcji…

Nogi w podłodze, trzęsący się jak galareta zabity przeciwnik, biegający w kółko mieszkaniec Paryża, w przerywniku filmowym pozbawiony twarzy bohater czy spadki animacji osiągające 17 klatek na sekundę wołały o pomstę do nieba. Liczne łatki dużo poprawiły, a zadośćuczynieniem dla graczy był darmowy fabularny dodatek “Dead Kings”. Niestety niesmak, zawiedzenie i brak zaufania do programistów pozostał, czego wynikiem była słaba (jak na tę serię) sprzedaż Assassin’s Creed: Syndicate.

Kolejna frustracja udzieliła mi się podczas eksploracji lasów w Assassin’s Creed III. Choć jestem zatwardziałym fanem serii, to akurat ta część nie przypadła mi do gustu, nie tylko przez nudne lokacje czy konkretnie zniechęcające spadki płynności rozgrywki, ale właśnie przez liczne błędy. Zastygnięty jeleń nie dający się upolować, wiszące w powietrzu muszkiety przeciwników czy wielokrotnie próbujący wskoczyć na kamień Connor skutecznie zraziły mnie do tej części. Śmiech śmiechem ale zarobione pieniądze do czegoś zobowiązują. Ukończyłem ją w bólach, co rusz natrafiając na kolejne techniczne wady.

Choć uwielbiam grę State of Decay i spędziłem w świecie nieumarłych dziesiątki godzin, tak wersja Year-One Survival Edition na Xboksie One potrafiła zszokować. Najbardziej raziły niewyeliminowane błędy dobrze znane z wersji na Xboksa 360, dotyczące w większości przypadków detekcji kolizji. Nagminne przenikanie przez zamknięte drzwi, czy też wszechobecne zombie wystające ze ścian potrafiły irytować, szczególnie jeśli chodzi o – w teorii wycyzelowaną – ponownie wydaną edycję. Z drugiej zaś strony wiele tytułów potrafi nagrodzić niedopracowanie głęboką immersją, dzięki której nawet liczne niedociągnięcia zostają wybaczone. Podobnie było w opisywanym przypadku.


Patrząc na samego siebie przez pryzmat oczu osoby postronnej, uznaję się za spokojnego, dawno ustatkowanego już gracza, nie rozniecającego niepotrzebnie ogniska w Internecie. Twórcy to przecież także ludzie, niejednokrotnie działający pod presją deadline’ów. Wpadki zawsze były i będą częścią wirtualnej zabawy. Gorzej gdy zbyt wielka ilość bugów zaczyna drażnić, a radość płynąca z rozgrywki schodzi na drugi plan. Wówczas najlepiej jest poczekać na aktualizacje usuwające zauważone i zgłoszone przypadki. Nie ma przecież sensu denerwować się niepotrzebnie. Gry mają bowiem relaksować i dostarczać rozrywki – takie jest przecież ich podstawowe założenie.

*Autor felietonu – Marcin Wronka – gra już od ponad ćwierć wieku i nie od dziś spisuje swoje wnioski w Internecie. Stara się od ustatkowanej strony spoglądać na swoją pasję, jest również zapalonym entuzjastą death metalu.

Autor Marcin Wronka

Choć Marcin od dziecka wychowany był na prymitywnych wirtualnych światach, zauroczony jest nimi do dziś. Gry wideo nosi w sercu i od wielu lat przelewa myśli z nimi związane na papier. Recenzjami stara się zaintrygować odbiorcę, w publicystyce zarażać zaś swoją pasją. Poszukiwacz pozytywnych stron życia, ceniący doświadczenie i nieprzychylnie nastawiony do szeroko pojętej głupoty. Ustatkowany gracz.