Dreams Journal #1: Marzenie Arta

Dreams Journal #1: Marzenie Arta

Spędziłem prawie dwa miesiące z najnowszą produkcją MediaMolecule: Dreams. Okazuje się, że to ambitniejsza zabawka, niż mogliśmy się spodziewać nawet na podstawie wycieków z wersji we wczesnym dostępie.

Pierwsza gra studia, LittleBigPlanet, była zaskakująco ambitną platformówką. Chociaż narzędzia kreacyjne i społeczne były główną przynętą, to przed nimi czekała jeszcze solidna, platformowa kampania dla jednego gracza (chociaż autor tego tekstu przyznaje, że na platforming LBP ma po prostu alergię). W związku z czym, była ta gra propozycją do rozważenia także dla tych, którzy chcieli po prostu sobie poskakać. Dreams już taką propozycją nie jest, bo tej autorskiej, cyzelowanej zawartości MediaMolecule jest już znacznie mniej. Najnowsza produkcja nie posiada bowiem kilkugodzinnej kampanii i nie jest nawet spięta jakimś fabularnym spinaczem.

Trzeba o tym pamiętać przed zakupem: to zdecydowanie nie jest typowa gra. To rozbudowany silnik, na którym możesz robić gry, instalacje, animacje, rzeźby, wideoklipy… W praktyce co dusza zapragnie. Demonstracją tego jest Marzenie Arta, autorska kreacja MediaMolecule, która demonstruje możliwości platformy. W polskim ta oczywista gra słowna w tytule (Art’s Dream) się gubi – główny bohater nazywa się Art, ale w dużej mierze chodzi o zachwyt nad sztuką i jej możliwościami.

Sen o sztuce

Art jest basistą jazzowym, który rozstaje się ze swoim zespołem w dość nieprzyjemnych okolicznościach: gdy wokalistka zwraca mu uwagę, by grał ciszej, bo nie zgrywa się zresztą kapeli, ten nagle rezygnuje. Słowa „bądź ciszej” są dla Arta ewidentnym stresorem i mężczyzna ucieka w świat depresji i wyobraźni, ale też chamstwa. Nie jest trudno zgadnąć, kto kazał Artowi siedzieć cicho w przeszłości. Marzenie Arta jest więc typową historią o traumie, subtelną niczym GRIS, choć ostatecznie owijającą znacznie mniej w bawełnę, również dlatego, że jest bardziej otwarcie infantylna. Trzeba oddać, że nie utyskuje ona przesadnie nad samym Artem: napotkani bohaterowie rugają go za buractwo i samą sytuację gra traktuje dość z lekkim przymrużeniem oka. Jednak ze wszystkich tych interaktywnych historii o męskich traumach, ta jest może najmniej potrzebna.

Marzenie Arta wygląda fenomenalnie

Mogę tej fabule jednak wiele wybaczyć dzięki formie, jaką przybiera. Raz, że jest to musical, więc dosłowność i infantylność wielu rzeczy łatwiej przechodzi przez gardło. Dwa: sen Arta rozgrywa się na kilku płaszczyznach i każda bawi się formułą gry wideo. Mamy tę najbardziej przyziemną, która przybiera formułę prostej gry przygodowej. Art rozmawia z napotkanymi bohaterami i rozwiązuje proste zagadki, a także przeżywa musicalowe sekwencje. Te fragmenty demonstrują reżyserskie możliwości Dreams: wrażenie robią kompozycje i oświetlenie statycznych scen, podwójnie zaś musicalowych cutscenek, w szczególności trzeciej, „Password/Hasło”. Popis następuje zresztą w finale, w którym produkcje serwuje już pełnoprawny teledysk do coveru utworu „Time Moves Slow” zespołu BADBADNOTGOOD. Mimo, że to najbardziej „uziemiona” część produkcji, to wygląda fantastycznie: kupę roboty odwala tutaj światło, które jest może największym osiągnięciem całego silniczka.

Są wreszcie te dwie prawdziwie dziecięco-oniryczne warstwy snu, już bardziej przypominające o platformowych korzeniach MediaMolecule. Wcielasz się w nich w dwie pary maskotek o uzupełniających się umiejętnościach: dwie przytulanki, którym przypadają bardziej zręcznościowe segmenty oraz dwójkę robotów rozwiązujących proste zagadki. Obie grupy starają się uratować smoki symbolizujące stłamszoną wolność i wyobraźnię Arta. Może Ci być trudno przeboleć infantylność całego konceptu i jest to zrozumiałe. Szczególnie dwa urocze roboty pasują do całej koncepcji trochę jak pięść do nosa. A jednak można to szybko wybaczyć.

Marzenie Arta byłoby imponującą produkcją także bez Dreams

To właśnie w tych segmentach zręcznościowych Dreams wspina się na wizualne i koncepcyjne wyżyny. Światy te pękają w szwach od kolorów i reagujących na Twoje ruchy elementów, przypominając nieco Pode na sterydach – przez co faktycznie można kupić, że ktoś w nie uciekł. To w nich animacja stoi na najwyższym poziomie. To tutaj MediaMolecule pokombinowało z ujęciami kamery, zmianami perspektywy i rozgrywki, płynnym przełączaniem się pomiędzy różnymi stylami muzycznymi. W tych fragmentach najmocniej widać intermedialną naturę Marzenia Arta; ostatnią grą, która tyle kombinowała językiem audiowizualnym gier wideo w jaką grałem była nieodżałowana NieR: Automata. Mówimy o trochę innej skali, ale gra w podobnie przyjemny sposób bombarduje Twoje zmysły różnymi mediami. Ta gra może nie wzruszać opowiadaną historią, ale już na pewno robi to ogromem szczerej, niemal dziecięcej wyobraźni, jaka została w nią władowana.

Marzenie Arta to szereg przeuroczych, kreatywnych sekwencji

To wszystko przede wszystkim showcase możliwości Dreams, ale też dość wyjątkowe doświadczenie. Cała gra jest dość prosta i skusić możesz się tutaj najwyżej parę razy, ale wynika to raczej z natury całego przedsięwzięcia – Marzenie Arta da się wchłonąć dzięki temu w około dwie godziny, zanurzając się w specyficzne flow dzieła na pograniczu animacji, teledysku i gry wideo. Fakt, że bierzesz w tym udział z poziomu niepozornego edytora, w którym można dokonać o wiele więcej, dodaje mu tylko pikanterii. Trzeba jednak przyznać, że ta imponująca przygoda nie jest sama w sobie powodem, żeby sięgnąć po Dreams – choć może Sony kiedyś „wytnie” ją z silnika jako osobny zakup.

Muszę pochwalić przy okazji polską wersję. Generalnie unikam „naszych” wersji gier Sony – angielskie oryginały są zwykle niemal perfekcyjne, a mam też czasem problem z decyzjami podjętymi przez Polaków na castingach. Marzenie Arta robi jednak bardzo dobre wrażenie po polsku, zwłaszcza piosenki. Najlepsza z nich, wspomniane „Hasło”, po polsku brzmi po prostu lepiej i klimatem przypomina kultowe już dla mojego pokolenia przygodówki: Hokus Pokus Różowa Pantera i Na kłopoty Pantera. Natomiast osobę, która imię robota „D-Bug” przetłumaczyła na „Roboczek” chciałbym po prostu przytulić.


Marzenie Arta to dwugodzinna jazda bez trzymanki i broni się nie tylko jako pokaz możliwości Dreams – a po prostu małe dzieło sztuki.

Szkoda, że ktoś do tego oceanu kreatywności wlał trochę soku z naprawdę mało oryginalnej opowieści o strudzonym artyście.

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

*