Maciej Miąsik

Ustatkowany Gracz: Polska Wikipedia podaje, że Maciej Miąsik to polski twórca gier komputerowych, producent, projektant, programista, sound designer. Tylko skrawkowo wspomina o wykładowcy akademickim, nie rozwija również ostatniego z wykonywanych zawodów. Z czym jeszcze można kojarzyć Twoją osobę?

Maciej Miąsik: Poza kwestiami zawodowymi, z których pewnie jestem najbardziej rozpoznawany, to jeszcze jestem dość znaną osobą w kręgach libertarian, czyli skrajnych wolnościowców. Jestem właścicielem Forum Libertarian i przez wiele lat zajmowałem się hobbystycznie propagowaniem ideologii wolnościowej. Ale tworzenie gier i kwestie z tym związane wypełniają obecnie większość mojego czasu.

Ustatkowany Gracz: Przewinąłeś się przez co najmniej kilka firm – chronologicznie, przez XLand i Chaos Works, LK Avalon i Detalion, CD Projekt Red, one2tribe oraz Pixel Crow. Którą z nich wspominasz z największym sentymentem i dlaczego?

Maciej Miąsik: Oczywiście okres Detalionu, nawet jeszcze wtedy, gdy nasz zespół był formalnie częścią LK Avalon – robiliśmy fajne gry, odkrywaliśmy sporo nowych rzeczy, zespół był mały i zgrany, jakoś tak wszystko było milsze niż później. Detalion już jako samodzielne studio dał nam też możliwości rozwinięcia się w zakresie działania na własny rachunek, choć nie było to łatwe i skończyło się zamknięciem biznesu po paru latach.

Mam wrażenie, może mylne, związane z tym, że to już prawie 15 lat upłynęło, że wtedy było w tym procesie tworzenia więcej radochy.

CP Projekt Red dał mi możliwość posmakowania pracy w dużym zespole, za duże pieniądze, nad grą, która jakoś tam miała szanse zarezonować na całym świecie. To też spory skok doświadczenia, mnóstwo świetnych ludzi, ciekawe wyzwania. Ale też, niestety, konieczność zajrzenia w te ciemniejsze strony gamedevu. W efekcie zdałem sobie sprawę, że nie czuję się najlepiej w takich projektach i takich organizacjach, co zaowocowało moim powrotem do korzeni, czyli projektów mniejszych, bardziej personalnych.

Ustatkowany Gracz: Różne źródła podają, że po ukończeniu prac nad Fire Fight odszedłeś z Chaos Works. Co było powodem tej decyzji w czasach, kiedy odnosiłeś, wraz z Januszem Pelcem, niepodważalne sukcesy na polu tworzenia gier?

Maciej Miąsik: Problem w tym, że to wcale nie były sukcesy. Owszem, fakt, że udało się nam zdobyć ten kontrakt z EA, był jakimś osiągnięciem, ale było w tym mnóstwo szczęścia, a mniej naszej szczególnej zasługi. Sama gra, mimo przychylnych recenzji, sukcesem się nie okazała i pogrzebała sporo pokładanych w niej nadziei na przyszłość.

Źródeł konfliktu pomiędzy mną a Januszem było wiele, nawet nie pamiętam tego za dobrze, bo przecież upłynęło dobrze ponad 20 lat. Były to niewątpliwie kwestie ambicji oraz sporo problemów personalnych związanych z tym, jak przebiegała produkcja. No i ów „sukces” rozbudził może zbyt wiele oczekiwań, w których nie było dla mnie miejsca. Oczekiwań, jak historia pokazała, zupełnie bezpodstawnych.

Ustatkowany Gracz: Pomimo tego, że wciąż jesteś aktywny zawodowo i pomagasz młodszym od siebie kolegom, kojarzony jesteś przede wszystkim z początkami rodzimego gamedevu. Czy przemycasz zamiłowanie do rozpikselizowanych gier w obecnych dokonaniach?

Maciej Miąsik: Ja niespecjalnie mam sentyment do moich wczesnych dokonań i wolałbym być raczej pamiętany z tego, co zrobiłem w XXI wieku. Zresztą, większość młodych ludzi, z którymi mam do czynienia, nie zna moich starych gier, bo niektórych nie było jeszcze wtedy na świecie (upłynęło ponad 27 lat od premiery Electro Body).

Pracując nad każdą kolejną grą, staram się tworzyć ją na miarę współczesnych czasów, nie sięgając do przeszłości. Robię współczesne gry, choć nie boję się sięgać po prezentację nawiązującą do dawnych czasów, choćby przez użycie grafiki 2D, ale nawet wtedy jest to jakieś unowocześnione użycie tych starszych technik prezentacji.

Ustatkowany Gracz: Tęsknisz za trudno uchwytną duszą tamtych pozycji, czy ze zrozumieniem postrzegasz progres, który dokonał w tej branży?

Maciej Miąsik: Mnie wyłącznie interesują współczesne gry. Rzadko kiedy sięgam po tytuły sprzed dekady, a już na pewno nie grywam w gry vintage i nie mam do nich żadnego sentymentu. Rozumiem, że jest mnóstwo graczy, którzy taki sentyment posiadają, ale ja do nich nie należę. Stare gry mi się nie podobają, nie umiem w nie grać – czy to z powodu przestarzałego User Experience, czy z powodu wyśrubowanego poziomu trudności. Jedyną starą grą, która jeszcze czasem wzbudza jakąś moją ekscytację, to DOOM.

Całe szczęście, że gry cały czas się rozwijają, bo dzięki temu dostajemy coraz ciekawsze formy rozrywki, które dostarczają mi znacznie więcej satysfakcji niż gry sprzed dekad.

Ustatkowany Gracz: Jak z perspektywy czasu oceniasz prace przy Electro Body oraz Fire Fight – grami dystrybuowanymi przez znaczących wydawców?

Maciej Miąsik: Prace przy EB były dość ekscytujące, bo było to właściwie odkrywanie wszystkiego – od technologii, po rozwiązania programistyczne. Nie mieliśmy się kogo spytać, nie było gdzie o tym przeczytać, ani też nie dało się tego gdzieś wyguglować. Na szczęście cały proces nie był aż tak skomplikowany. Dodatkowo, prace nad grą nie ograniczały się jedynie do tworzenia kodu i grafiki – musieliśmy także stworzyć kompletny produkt. Oznaczało to odkrycie wszystkiego: jak wyprodukować pudełko, stworzyć podręcznik, nagrać kasetę z soundtrackiem, zduplikować tysiące dyskietek, zapakować całość i dostarczyć do potencjalnych odbiorców. Teraz to wszystko jest trywialne, a wtedy to było odkrywanie nowych terenów.

Fire Fight dorzucił do tej generalnie zabawy mnóstwo poważnych wyzwań – kontrakt na dziesiątki stron, dokumentację projektową, planowanie i terminy, międzykontynentalną komunikację. Trochę nas to, muszę przyznać, przerastało, ale jakoś szczęśliwie udało się doprowadzić projekt do końca i wydać. Co z tego, skoro nie z tego w sumie nie wyszło – całe pieniądze z EA przeznaczyliśmy na produkcję – i bardzo niewiele zostało, aby osłodzić nam gorycz porażki.

Ustatkowany Gracz: Czy pamiętasz jaki był Twój pierwszy hardware i który tytuł nań rozpalił pasję pielęgnowaną po dziś dzień?

Maciej Miąsik: Moja przygoda z komputerami nie zaczęła się od gier – więc pierwsze komputery były dość nietypowe, jak na obecne czasy.  Pierwszy program napisałem na minikomputer MERA 100, potem sporo programowania na komputerze typu mainframe R-32 Jednolitego Systemu Elektronicznych Maszyn Cyfrowych, a dopiero po tym własny komputer czyli Atari 800 XL. Na Atari grałem głównie w Boulder Dasha oraz Road Race, moje dwie ulubione gry tamtych czasów. Moją pierwszą własnoręcznie stworzoną grą, której nie pokazałem nigdy światu, był klon Boulder Dasha na PC, gdzieś w okolicach 1990 roku. Dobra wprawka – polecam ją od lat każdemu, kto zastanawia się, jak zacząć tworzyć gry. Najlepiej klonując jakąś klasyczną gier z lat 80.

Ustatkowany Gracz: Marzy ci się taka gra wideo, która…

Maciej Miąsik: Chciałby kiedyś zrobić FPS-a opartego o świat wykreowany przez pewnego polskiego autora SF, ale to niech pozostanie tajemnicą. Szanse, aby to marzenie stało się rzeczywistością oceniam bardzo nisko, bo FPS jest gatunkiem trudnym, a współcześnie wymagającym raczej sporych nakładów, czyli dużych projektów, w które bym się niechętnie ładował.

Ustatkowany Gracz: Co chciałbyś przekazać po sobie kolejnym pokoleniom pasjonatów gier wideo?

Maciej Miąsik: Jeśli chcieliby swoją pasję do grania zamienić w pasję tworzenia gier, to powinni na początek odpuścić kwestie komercyjne, popróbować swoich sił na czymś prostym (game jamy są dobre do tego), przyciąć ambicje od razu na starcie i być bardzo ostrożnym. Gry współcześnie jednocześnie robi się łatwo oraz trudno. Mamy świetne narzędzia, silniki, wiedzę oraz możliwości dotarcia do odbiorców, ale też stopień skomplikowania współczesnych gier jest dość duży, problemy produkcyjne są znaczące, a szanse na komercyjne powodzenia nie za wielkie. Należy także zawsze pamiętać, że fakt bycia zaangażowanym graczem, z dużą wiedzą dotyczącą wielu gier, nie daje nam żadnej wiedzy dotyczącej tego, jak gry projektować i produkować.

Ustatkowany Gracz: Jesteś ustatkowanym graczem?

Maciej Miąsik: Jeśli użyjemy tego w znaczeniu, że posiadającym niewiele wybranych growych tematów i nie szukającym ciągle nowych, to chyba tak. Gram relatywnie niewiele, czasem przez tygodnie nie odpalam żadnej gierki. Z nowych tytułów udaje mi się zagrać może ze 2-3 rocznie. Jeśli coś mi przypasuje, to wystarcza mi taka gra na lata. Nie wiem czy to kwestia wieku, czy może te dekady pracy nad grami wypaliły we mnie entuzjazm do grania, ale na pewno nie jestem już zapalonym graczem. Moja żona w swoje casualowe gry gra znacznie więcej i częściej niż ja w swoje.

Autor Mateusz Czerwiński

Mateusz jest człowiekiem niebojącym się nowych wyzwań, bez względu na formę, jaką te przyjmują. Propaguje gry wideo gdzie tylko i w jaki sposób może (zarówno na łamach prasy drukowanej, w internecie oraz w telewizji), bowiem uznaje je za krewną sztuki audiowizualnej. Jest jednocześnie ustatkowanym graczem i ojcem kolekcjonującym doświadczenie z różnych dziedzin życia. Kocha gry narracyjne, pamięta czasy NES-a.