recenzja Doom

Marka Doom kojarzy mi się przede wszystkim z sentymentalnym powrotem do czasów szkoły podstawowej, gdy nocami „tłukliśmy” z kolegami w dwie pierwsze odsłony gry Romero i Carmacka. Nikt nie przejmował się ograniczeniami wiekowymi i wiadrami upuszczanej demonom krwi. Produkcja id Software zapisała się na kartach historii złotymi literami, definiując do spółki z Wolfenstein3D, gatunek First Person Shooter.

Było jedynie kwestią czasu, aby Doom doczekał się nowej odsłony. Wszak już sam tytuł powinien gwarantować komercyjny sukces. Rzeczywiście tak było – najnowsze dzieło id Software cieszyło się sporym zainteresowaniem od momentu ogłoszenia rozpoczęcia prac nad pierwszymi linijkami kodu. Choć daleko tej produkcji do FPS-a moich marzeń, nie koliguje on na szczęście z kultowym shooterem jedynie nazwą.

Nowy Doom ma fabułę, ale ta szybko schodzi na drugi plan

Po uruchomieniu gry czekałem na jakiekolwiek, choćby najkrótsze intro wyjaśniające co się stało i dlaczego akurat ja mam zmierzyć się z hordami demonów. Zamiast tego już po kilkudziesięciu sekundach posłałem do piachu pierwsze maszkary. Co ciekawe, nie odnotowałem jednak poczucia niedosytu. Od początku byłem nastawiony na konkretną jatkę, którą i Ty otrzymasz kupując rzeczony produkt.

Aby jednak nikt nie zarzucił twórcom pójścia po najmniejszej linii oporu, ci postarali się o zalążek fabuły, będący pretekstem do przedzierania się przez kolejne obszary stacji badawczej UAC i przy okazji pozbawiania życia wszystkiego, co nawinie się pod lufę. Co ciekawe, pseudo skrypt fabularny wypada całkiem znośnie, ponieważ odnajdywane w trakcie eksploracji poziomów notatki i wizualizacje wydarzeń podkręcają i tak wystarczająco ciężki klimat. Oczywiście kierowany rządzą demonicznej krwi nie zawracałem sobie głowy wyznaczonymi mi celami. Bez zbędnych pytań obierałem wyznaczony azymut w nadziei, że za rogiem czekają na mnie kolejni oponenci. Trzeba dojść do wieży i odciąć zasilanie? Żaden problem, byleby tylko po drodze pojawił się digitalizowany odpowiednik mojego przełożonego z pracy, któremu z miłą chęcią… Wróć! Ogromny demon do odstrzelenia – miało być…

Nowy Doom nie dostarczył niestety chwil, które sprawiły, że krew zmieniła się w firn, co jest zresztą w mojej opinii największą wadą rzeczonej produkcji. Zdecydowanie brakuje sekcji, w których zlany potem nerwowo rozglądałbym się w ciemności i dzierżąc w drżących dłoniach shotguna z ostatnią łuską czekał, aż złowrogo jęczący oponent wyskoczy w najmniej oczekiwanym momencie. Niemniej jednak gra dostarcza sytuacji, w których nadnercza nie wyrabiają z produkowaniem adrenaliny, a nerwy napinają się jak postronki. Wszystko za sprawą sekcji, w których przewaga liczebna demonów jest tak przytłaczająca, że trudno się zdecydować do którego z nich strzelać. Hurtowe przerabianie demonów w krwawą papkę zapewnia sporo przyjemności, jednak na dłuższą metę może nudzić; w szczególności mam na uwadze zabójstwa chwały (czyli typowe finishery) możliwe po uprzednim uszkodzeniu potworów. Gdy którykolwiek z nich zostanie podświetlony w odpowiedni sposób wystarczy szybko podbiec i wciśnięciem jednego przycisku wykończyć go w efektowny sposób. Problem w tym, że powtarzalność opisywanej akcji jest tak duża, że szybko staje się ona standardowym zagraniem, nie noszącym znamion wyjątkowości.

Recenzja Doom

Doom śmierdzi nie tylko infernalną siarką, ale przede wszystkim oldschoolem

Twórcom udało się umiejętnie połączyć staroszkolny klimat z nowoczesną oprawą graficzną. Musiałem więc zapomnieć o samo regenerującym się zdrowiu i polegać na apteczkach oraz szukać uzupełnienia pancerza. Całość została wzmocniona sprawdzonymi mechanizmami oraz znaną z pierwszych odsłon „obsadą”.

Tym sposobem nie masz co liczyć na stosowanie skomplikowanej formy taktyki, gdyż napotkani wrogowie kierują się wyłącznie niepohamowaną rządzą posmakowania Twojej krwi. W grze Doom przetrwa ten, kto szybko pociąga za spust i skutecznie unika demonicznych ataków. Musisz wiedzieć, że poziom trudności jest drastycznie wysoki i nawet na domyślnie ustawionym powinieneś nastawić się na prawdziwe wyzwanie. Wszystko przez fakt, że zdecydowana większość przeciwników, zanim zdecyduje się ostatecznie zdechnąć, wymaga wpakowania weń sporej ilości ołowiu. Amunicja natomiast, szczególnie w trakcie najbardziej intensywnych potyczek, kończy się w zastraszającym tempie. Areny zostały jednak zaprojektowane w taki sposób, aby zmusić Cię do ciągłego poruszania się i poszukiwania lokacji dającej przewagę. Tutaj bowiem ten, kto stoi nie tyle się cofa, lecz ginie w straszliwych męczarniach. Levele mają prostą jak bambusowy kij budowę, a oddana w Twoje ręce mapa nie jest często wykorzystywanym narzędziem. Liniowość jednak nie nastręcza problemów, bowiem tempo rozgrywki nie pozwala jej odczuć. Sterowanie zostało do granic możliwości uproszczone. Choć osobiście jestem zwolennikiem takiego minimalizmu, aż prosi się o pewne dodatkowe zagrywki, chociażby dashowanie, które w zbliżającym się wielkimi krokami Shadow Warrior 2 jest podstawą przetrwania.

Miłym akcentem, będącym jednocześnie ukłonem w stronę graczy ze stażem dłuższym niż 20 lat, jest możliwość zagrania w klasyczne levele, które możesz wspominać z łezką w oku. Na każdym poziomie kampanii ukryto sekretne pomieszczenie, które niczym portal ukryty w szafie pewnych nastolatków przeniesie Cię w przeszłość. Gra jest również naszpikowana rozmaitymi easter eggami. Wpadnij np. do basenu z płynnym metalem a sam przekonasz się o czym mowa…

Giwery z piekła rodem

Oprócz niczym nieskrępowanej eksterminacji demonów, Doom kojarzy mi się przede wszystkim z narzędziami zagłady, których nie powstydziłby się żaden shooter. Ekipa id Software, tworząc najnowszą odsłonę znanej serii, stanęła na wysokości zadania, oddając w Twoje ręce pokaźny arsenał broni. Oczywiście w jego skład weszły klasyczne, doskonale znane z oryginału maszyny eksterminacji z piłą łańcuchową na czele. Musisz wiedzieć, że dawno nie bawiłem się tak sympatycznie; wszak nie ma to jak biegając z grymasem szaleństwa na twarzy, jednocześnie pod zęby ostrza pakując kolejne poczwary i zabryzgując tym samym ekran chlustającą wesoło posoką.

Ciekawym ficzerem jest możliwość ulepszania śmiercionośnych zabawek. Nie dość, że możesz zainstalować w nich dodatkowe dwa tryby strzału, to każdy z nich wzmocnisz czterema cechami. Za przykład niech posłuży wyrzutnia rakiet doczepiona do karabinu. Możesz ją upgrade’ować skracając czas niezbędny do ponownego odpalenia pocisków. Kombinezon bohatera również da się ulepszać. Oprócz wydłużenia pasków zdrowia oraz pancerza, zwiększysz maksymalną ilość przenoszonej amunicji. Na tym jednak nie koniec, bowiem da się również podnieść odporność na obrażenia powstałe od wybuchających beczek, poprawić działanie urządzeń skanujących okolicę, zmodernizować działanie wzmocnień, czyli power-upów chwilowo dających potężnego kopa np. poprzez przemnożenie zadawanych obrażeń. Wszystko powyższe jest możliwe dzięki specjalnym chipom odnajdywanym przy ciałach poległych w walce wojaków oraz żetonom zdobywanym za wykonywanie dodatkowych zadań oraz eksterminację demonów. Na każdej z map ukryto ponadto sekretne pomieszczenia, po odkryciu których zdobędziesz żetony niezbędne do ulepszania broni i pancerza.

Orgia krwi, flaków i cierpienia

Ekipa developerska postarała się o to, aby nowy Doom nie tylko zapewniał przypływ adrenaliny, ale także pieścił zmysły wzroku oraz słuchu. Gra wygląda bardzo dobrze, a co najważniejsze, nie zalicza drastycznych spadków animacji nawet w trakcie najbardziej intensywnych potyczek. Lokacje zaprojektowano z pietyzmem. Co interesujące, większość aren, na których dochodzi do starć z demonami została skonstruowana w taki sposób, że odniosłem wrażenie uczestnictwa w… deathmatchu, a nie klasycznej kampanii. Twórcom należą się również słowa uznania za design wysłanników piekieł. Potwory potrafią przerazić swoim wyglądem, a gdy spotkasz badassa w ciemnym tunelu, a jedynym źródłem światła będą rozbłyski wystrzałów, chwilę paniki masz gwarantowaną jak kredyt w banku. Chociaż nie powiem, szkoda mimo wszystko, że po skończonej walce wszystko szybko wraca do normy, a po niedawnej masakrze nie pozostaje drobny chociaż ślad. Ustrzelone maszkary wyparowują bowiem w niebyt…

recenzja Doom

Muzyka potęguje i tak już mroczny klimat. Ciężkie riffy wchodzące w trakcie krwawych starć nakręcają na tyle mocno, że łatwo wpaść w szał zabijania. Z kolei same demony brzmią niezwykle przekonująco, zarówno podczas dzikiej szarży, jak i zachłyśnięcia się własną krwią. Gra została poddana pełnej lokalizacji, co niestety niekoniecznie wyszło produkcji id Software na dobre. O ile samo tłumaczenie wypada poprawnie (o dziwo nazwy potworów przetłumaczone zostały pierwszorzędne), tak już wokale niestety niekoniecznie.

Nie tylko dla samotnych wilków

Doom oferuje zabawę wieloosobową, jednakże zdecydowanie nie jest to tryb, dla którego warto kupić tę grę. Siłą produkcji id Software jest rozgrywka single player. Owszem, deathmatche dają sporo satysfakcji, aczkolwiek w ogólnym rozrachunku i tak wracałem do kampanii. Znacznie ciekawiej wypada natomiast edytor poziomów. Od zawsze marzyłem, aby móc stworzyć własny level, a następnie podzielić się nim ze znajomymi. Oddane Ci możliwości są naprawdę spore. Oprócz zaprojektowania rozłożenia komnat i umiejscowienia broni oraz potworów, możesz ustawiać rozmaite zależności i interaktywne elementy. Sekretne drzwi uruchamiane ukrytym za skrzyniami przełącznikiem? Żaden problem! Wielka arena z dziesiątkami żądnych krwi demonów? Proszę bardzo! Prosta mapa do szybkich potyczek drużynowych? Jak najbardziej! W edytorze spędziłem kilkanaście godzin, a udało mi się wykreować jedynie trzy mapy, z których naprawdę byłem zadowolony.

Nowy Doom urywa głowę przy samej…

Produkcja id Software urzekła mnie przede wszystkim staroszkolnym klimatem podanym w nowoczesnym wydaniu. Gra nie uznaje kompromisów, co może tylko cieszyć. Gra zapewni Ci blisko 14 godzin ociekającej demoniczną juchą kampanii dla pojedynczego gracza, całkiem przyjemny tryb multiplayer oraz edytor poziomów ze sporym potencjałem. To w zupełności wystarcza, aby stracić dla tej gry głowę. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji spróbować swoich sił w walce z siłami piekieł, zaopatrz się w stosowną ilość chmielowego napoju, rodzinę wygoń do kina a sam chwyć za shotguna. I nie stresuj się! Ta półka, której przytwierdzenie obiecałeś małżonce w poprzednim tygodniu, nie ucieknie przecież.


Co przemawia za zakupem tego tytułu? Świetna kampania, wyjątkowy klimat, oprawa audiowizualna oraz design broni i potworów.

Jeśli jednak jesteś fanów rozgrywek online, pamiętaj o średnich lotów multiplayerze.

Autor Adam Ginel

Adam to ustatkowany gracz z krwi i kości. Mąż, ojciec, a także wieloletni miłośnik elektronicznej rozrywki w formie wszelakiej. Gry wideo traktuje jako coś znacznie powyżej zwykłego hobby, wynosząc je ponad inne pasje – muzykę i książkę – dostrzegając jednocześnie, jak wiele mają one wspólnego z innymi sferami jego zainteresowań.