Serca z kamienia

Na 13 października czekałem z utęsknieniem. Zakreśliłem tę datę w swoim kalendarzu czerwonym flamastrem, a w telefonie ustawiłem przypomnienie. To miał być mój wielki dzień – dostałem główną rolę w szkolnym przedstawieniu!

Do występu trenowałem od kilku miesięcy i już nie mogłem się doczekać, aby stanąć na scenie. Po szkole czekaliśmy z mamą, aż tata wróci z pracy i razem pojedziemy na salę gimnastyczną, w której mieliśmy odegrać razem z innymi dzieciakami „120 przygód Koziołka Matołka”. Tata nieco się jednak spóźnił. Wpadł do domu lekko zdyszany i szybko zaczął się rozbierać, co wydało mi się nieco podejrzane…

– Krzysiek, nie rozbieraj się! Jest już późno, zaraz musimy wyjeżdżać – zaproponowała mama.
– Co? Gdzie wyjeżdżać? Kochanie, dzisiaj udajcie się do galerii sami. – tata wydawał się mocno zaskoczony propozycją swojej żony.
– Do jakiej galerii? Kubuś ma dzisiaj występ, zapomniałeś?

Tata zamarł. Wyciągnął z kieszeni telefon i przenosił spojrzenie z ekranu na mnie. Wyraźnie się wahał, co ma odpowiedzieć.

– Masz serce z kamienia… – mama była wyraźnie zawiedziona.
– Serca, kochanie, serca! – odparł drugi z rodziców.
– Co? Jakie znowu serca? – czułem się coraz bardziej zdezorientowany.
– Dzisiaj jest premiera dodatku do trzeciego Wiedźmina. Ma tytuł „Serca z kamienia”.
– Skarbie – mama wzięła głęboki oddech. – Jeśli za chwilę nie odstawisz torby z laptopem… nie założysz z powrotem kurtki, a my razem nie wyjdziemy z synem na długo oczekiwany, szczególnie przez niego, występ… to wyjątkowo dobrze poznasz znaczenie słowa „celibat”. Zrozumiano!?
– Mamo, co to jest celibat? – zapytałem.
– Nieważne, synku – wtrącił się tata. – Masz wszystko spakowane? Pamiętasz swoją rolę? To ubieraj buty i jedziemy! (nawiasem mówiąc, wciąż nie wiem co to celibat, ale ojciec zmienił się nie do poznania…)

Było wspaniale. Dostaliśmy owacje na stojąco, a wielu rodziców płakało ze wzruszenia. Widziałem, że moi są szczególnie ze mnie dumni. Jednak w drodze do domu tata zakomunikował, że wieczorem wpadnie do nas na chwilę pan Marek, którego zna jeszcze z czasów studenckich.

– Dzisiaj? – zdziwiła się mama.
– Dzisiaj, dzisiaj. Pogramy chwilę w „Serca z kamienia”.
– O-ho… Czyli jutro masz wolne w pracy?
– Skąd wiedziałaś? – tata był wyraźnie zaskoczony.
– Bo znam cię nie od wczoraj, mam z Tobą dziecko i wiele potrafię zrozumieć?
– No tak…

– Cześć, Krzychu! – pan Marek czekał już pod klatką. Przyniósł mi resoraka, a mamie wręczył czekoladki. Miał w plecaku coś jeszcze, ale jedyne co usłyszałem, to pobrzękujące o siebie butelki.
– Mordeczko, Ty moja! Zośka już wszystko wie, więc mamy wolny wieczór – tata wydawał się mocno podekscytowany. Pamiętam, że gdy ostatnim razem włączał Wiedźmina 3, zapomniał o otaczającym go świecie na kilka dni. Cieszę się, że mimo to, nadal mogę na niego liczyć.

Długo nie mogłem zasnąć, ponieważ tata z panem Markiem dosyć entuzjastycznie okazywali swoje odczucia związane z zabawą przed telewizorem. Wziąłem zatem ulubionego misia i poczłapałem do salonu. Nawet mnie nie zauważyli, więc usadowiłem się na kanapie i patrzyłem co te “Serca z kamienia” mają w sobie takiego, że tata postanowił nie iść następnego dnia do pracy.

– Fajny patent z tym rozpoczynaniem gry. Mogę odpalić ostatniego save’a i grać swoją postacią, albo zacząć zupełnie nową przygodę, gdzie Geralt ma już 32 poziom doświadczenia (co jest według twórców absolutnym minimum), kilkadziesiąt punktów umiejętności do rozdysponowania i dopakowany ekwipunek – widziałem, że tata waha się, którą opcję wybrać.
– Który masz level?
– Trzydziesty czwarty, więc odpalam swój stan. Szczególnie, że wybierając opcję z dopakowanym Geraltem z automatu pozbawiam się możliwości rozegrania misji z wersji podstawowej.
– Ej, niezłe. Tak po prostu kontynuujesz zabawę?
– Zajebiste, bym powiedział. Zacna ekipa RED-ów sprytnie wplotła dodatek nie dając odczuć, że cokolwiek zmieniło się na mapie. Te same osady, te same lokacje. Doszła tylko nowa misja w dzienniku. To co, jedziemy z koksem?
– Też pytanie!

Serce z Kamienia, Wiedźmin 3

Zasnąłem chwilę później, a gdy obudziłem się rano, tata z panem Markiem wciąż siedzieli przed telewizorem. Do salonu weszła zaspana mama. Spojrzała na mnie, na tatę, na telewizor i krzyknęła:

– Krzysiek! Co tu robi Kuba?
– Co? O, Kubuś! Kiedy tu przyszedłeś, synku?
– Wczoraj, tatusiu. – odparłem przecierając oczy.
– Eee… to biegnij szybko się umyć, a ja zrobię śniadanie. Marek, nie waż się nawet grać beze mnie!
– Całą noc siedzieliście przed telewizorem? – mama była wyraźnie poirytowana.
– Skarbie, czasami są takie sytuacje, przecież wiesz… – odparł tata nieco przepraszającym tonem.
– Rób ze swoim życiem co chcesz. Ja idę się szykować do pracy. Ale przygotuj chociaż syna do szkoły.
– Jasne, skarbie.

Gdy wróciłem ze szkoły, pan Marek nadal u nas był. Konsola była jednak wyłączona. Siedzieli z tatą w salonie i popijając piwo rozmawiali o dodatku do trzeciej części “Wiedźmina”.

– Co za historia! – pan Marek pociągnął przesadnie głębokiego łyka. – Fabuła rozwala na łopatki. Dawno nie wciągnąłem się w opowiadaną historię na tyle, aby przesiedzieć przy niej całą noc. I te wszystkie ukryte smaczki. Któż to widział, żeby nazwać broń „Tradycja”…
– Zajebiście dobrze im to wyszło. Doskonałym pomysłem jest dodanie kilku misji pobocznych, dzięki którym można w grze zrobić zdecydowanie więcej – od prostego pomagania wieśniaczce, której ktoś podprowadza kury, po całkiem poważne zlecenia. Podoba mi się, że dodano nie tylko nowy wątek, ale także rozbudowano mechanikę gry o runa i glify. Dzięki nim Geralt staje się znacznie silniejszy – tata mówił z niezwykłym entuzjazmem.
– Racja. Dobrze, że trzeba nieco pomyśleć przed ich użyciem na orężu, ponieważ niektóre mają naprawdę ciekawe efekty uboczne. Opłaty za ich odblokowanie również są interesującym urozmaiceniem.
– No i ta mechanika… Widać, że twórcy posłuchali głosu graczy i ulepszyli wiele rzeczy. Począwszy od drobnego liftingu grafiki i poprawy płynności animacji, na solidnych zmianach, takich jak chociażby dwóch dodatkowych kieszeniach na eliksiry, kończąc. Cieszy wysoki poziom trudności dodatku, szczególnie podczas starć z bossami, którzy potrafią napsuć krwi. Oj, potrafią…
– A ile nam w ogóle zajęło przejście całości?
– Zaczęliśmy po godz. 19, a skończyliśmy w okolicach 11:00 następnego dnia. Odliczając krótkie przerwy, daje to nam przynajmniej 12 godzin ciągłej gry.
– O cholera! Całkiem nieźle jak na “dodatek”.

Pan Marek zjadł z nami obiad i pojechał do domu. W międzyczasie zadzwoniła jego żona – pani Iwona. Słyszałem jej donośny głos po drugiej stronie stołu. Chyba jej się nie podobało, że tak długo nie wracał…

– Jak rozumiem, bawiliście się dobrze? – mama spytała znad talerza.
– Skarbie, to chyba jeden z najlepszych dodatków, w jakie kiedykolwiek grałem. – wyraz twarzy taty nie pozostawiał złudzeń.
– Nie wątpię. Ale chyba jakieś minusy ma?
– Drobne problemy techniczne. Wiesz, czasami postać zatnie się między drzewami, momentami wystąpią problemy z detekcją. Rozumiesz.
– Tak, tak, rozumiem…

Zaraz po obiedzie tata poszedł spać. Słyszałem tylko jak mówił, że już nie może doczekać się “Krwi i wina”. Nie wiem o co chodzi, ale czuję, że znowu nie będę miał ojca przez przynajmniej dwa dni…


Genialny scenariusz świetnie wkomponowany w istniejący świat, sporo poprawek względem podstawowej wersji gry i nowości w mechanice. Oto prawdziwy wzór do naśladowania; tak powinny wyglądać wszystkie dodatki!

Okazjonalne wpadki techniczne.

Autor Adam Ginel

Adam to ustatkowany gracz z krwi i kości. Mąż, ojciec, a także wieloletni miłośnik elektronicznej rozrywki w formie wszelakiej. Gry wideo traktuje jako coś znacznie powyżej zwykłego hobby, wynosząc je ponad inne pasje – muzykę i książkę – dostrzegając jednocześnie, jak wiele mają one wspólnego z innymi sferami jego zainteresowań.