Feist

Pewnie sam wiesz, jak to jest. Szukasz skarbów lasu, popijasz piwko, schylasz się po nie, znów popijasz, wrzucasz do koszyka… Brzmi jak plan doskonały pod warunkiem, że grzyby same materializują się na Twojej drodze. Kiedy tych jednak brak, rozglądasz się najpewniej wkoło – a to za drzewo zajrzysz, a to z daleka pajęczynę dostrzeżesz. Traf chciał, że mimowolnie stałem się jedynym, ukrytym w ciemnym gąszczu świadkiem przygody, którą zapamiętam do końca życia. Pozwól, że pociągnę jeszcze łyka i Ci ją opowiem…

Pośród wysokich świerków, głęboko w lesie, nieznany mi z postury włochaty zwierz popierdalał jakby goniło go stado dzikich much strzelających weń odwłokiem. Może dlatego, że tak właśnie było… Wydawał mi się drobny, niepozorny, zagubiony jakby, ale bałem się podejść do niego, ponieważ wcześniej widziałem bandę kretów (?), która upolowała wspomniane żyjątko, a które tylko przez przypadek uwolniło się z potrzasku. I zostało zdane jedynie na siebie. Z oddali zauważyłem, że ta czarna kulka futra potrafi wysoko skakać, przesuwać napotkane kamienie, chować się w powalone pniaki drzew a nawet biegać po gałęziach świerków, torując sobie tym samym drogę ku miejscom teoretycznie nieprzystępnym. Taki zresztą przyświecał jej cel – możliwie najszybciej eksplorować teren, czmychając niepostrzeżenie przed wzrokiem podejrzanych istot, nie ginąc przy okazji zbyt wiele razy.

Wiedzieć musisz, że powodem dla którego nie wyszedłem z cienia była cała plejada leśnych bestii (i kolejne piwo…), z którymi futrzak musiał dawać sobie radę, niekoniecznie w bezpośredni i najbardziej kolizyjny sposób. Widziałem, jak chowa się pomiędzy drzewami, pod rozłożystymi kapeluszami grzybów, wspina się nad oponenta zgrabnie go omijając lub biegnie na złamanie karku w nadziei, że uda mu się umknąć przed napotkanymi w ciemnym lesie poczwarami – od wspomnianych kretów (?) począwszy, poprzez obślizgłe kolczaste ślimaki, jadowite muchy i inne dziwadła, które z uporem maniaka próbowały odebrać mu życie…

Zaabsorbowany obserwacją nie zdawałem sobie sprawy z tego, że…

…las w którym się znajduję jest doprawdy przepiękny. Momentami wydawał się straszny, momentami uroczy, ale z całą pewnością niezwykle klimatyczny. W dużej mierze była to zasługa barw i ich tonacji, które ponadto ulegały mocy przebijających się momentami promieni słonecznych. Tak irracjonalny letarg trwałby dalej w najlepsze, gdyby nie to, że w jednej z gier wideo (Limbo) klimat choć bardziej mroczny był podobny do opisywanego. Nie można było jednak porównywać rzeczywistości z zerojedynkowym kodem. Przecież do cholery wiem co widziałem! Ten futrzak naprawdę miał nie lada problemy, ale szczęśliwie dla niego, z większości z nich wychodził obronną ręką. Chociaż przyznać muszę, że kiedy wesoło podlewałem sosnę, owłosiony heros miał problemy z niektórymi oponentami – a to ostry wpierdol dostał, a to wlazł gdzie nie powinien uaktywniając tym samym pułapkę pozbawiającą go chęci dalszej eksploracji zalesionego terenu, a to z kolei dziabnęła go mucha lub wspomniane wyżej obślizgłe zwierzę. Ten jednak próbował… i próbował…

Nie jestem przekonany, czy to od ochoczo spożywanego przeze mnie piwa, ale miałem wrażenie, że podczas obserwacji ww. zjawisk, dziwnym trafem na horyzoncie majaczyć zaczęły polskie napisy. Mało tego, w tle przygrywała bardzo wyjątkowa, pompatyczna wręcz miejscami muzyka. Aczkolwiek podejrzewam, że i na trzeźwo całkiem uległbym zjawisku jakie rozgrywało się tuż przed moimi oczami. Heh, sam śmieję się pod nosem, że (doskonale pamiętając czasy SNES-owego Mario) opisywana tutaj sytuacja przypominała ascetyczną grę platformową, której można było ulec. Z daleko pachniała budżetówką, ale widać było włożone weń serce i trud – jakby twórcom zależało na niskim budżecie i podtrzymaniu aury niezależności.

Ale co ja tam mogę wiedzieć. Wszak jestem jedynie podpitym grzybiarzem, niefortunnym świadkiem tych niecodziennych zjawisk. Daleko mi przecież do recenzenta gier wideo…


Oprawa graficzna, piękne udźwiękowienie i trudny do opisania klimat to zdecydowane plusy produkcji…

…którą cechują również powtarzalność i schematyczność oraz bardzo krótki czas jej ukończenia.

Autor Mateusz Czerwiński

Mateusz jest człowiekiem niebojącym się nowych wyzwań, bez względu na formę, jaką te przyjmują. Propaguje gry wideo gdzie tylko i w jaki sposób może (zarówno na łamach prasy drukowanej, w internecie oraz w telewizji), bowiem uznaje je za krewną sztuki audiowizualnej. Jest jednocześnie ustatkowanym graczem i ojcem kolekcjonującym doświadczenie z różnych dziedzin życia. Kocha gry narracyjne, pamięta czasy NES-a.