Yakuza z sąsiedztwa #3: Werdykt

Dużo czasu spędziłem na bohaterze czy walce, ale to nie te rzeczy były moimi głównymi zmartwieniami przed premierą Like a Dragon. Przede wszystkim martwiłem się o fabułę i to do samego końca grania. Bardzo lubię historie opowiadane w serii, ale Yakuza ma przykrą tendencję do wchodzenia sobie w drogę. Postacie kobiece niemal zawsze pozostawiają tonę do życzenia. Zwroty akcji zaś nie wiedzą, kiedy przestać się piętrzyć i to często z niekorzyścią dla całej historii. Lubią te gry spędzać czas na fantastycznie wyreżyserowanych, pełnych szczerego patosu przerywnikach… czasem tylko po to, by wyssać je z emocjonalnego ładunku kilka godzin później. Yakuza 3 i 4 są głównymi winowajcami, ale nawet genialna „piątka” w ostatnich minutach finału postanawia wsadzić sobie pręt w szprychy.

Z niekrytą satysfakcją melduję, że Yakuza: Like a Dragon to jedna z najlepszych historii w serii i po prostu dobra opowieść. Spotkałem się z opiniami, że historia jest „papierowa” i za dużo w niej „prostych zwrotów akcji”. Tych ludzi serdecznie zapraszam do długiego spaceru. Jak już wrócą, to niech zagrają znowu w Yakuzy 3 i 4, zanim powtórzą komuś te brednie.

Like a Dragon (Quest)

To wciąż jest, oczywiście, Yakuza. Melodramat jest gęsty jak zaprawa murarska, a zwroty akcji tłoczą się po sufit. To też zdecydowanie najbardziej nabita z dotychczasowych opowieści. Nawet piąta część, gdzie równolegle poznawałeś losy pięciu bohaterów, nie miała napchanych tylu wątków. Jest intryga polityczną, wojna trzech gangów, czterdziestoletnia tajemnica, rozwiązanie długoletniego konfliktu dwóch organizacji… Do tego wszystkiego dochodzą losy bohaterów poznanych podczas sagi Kazumy Kiryu. A także motywy zaskakująco na czasie: jak wątek oddolnego – a tak naprawdę sterowanego – ruchu narodowego, który wykorzystuje frustracje przeciętniaków i maluczkich do realizacji ambicji jednego polityka.

Obsada Like a Dragon jest wyborna

To wszystko jeszcze rozgrywa się przez długi czas bez jasnego poczucia, dokąd to wszystko zmierza. Ichiban zaczyna na dnie, od problemów pokroju „trzeba znaleźć dach nad głową” i minie z 40 godzin, zanim zaczniesz się orientować, o co tutaj biega. To jednak nie znaczy, że Like a Dragon ma problem z tempem opowiadania. Podczas zabawy pierwszy raz w serii czułem się „mały” w ten sposób, w jaki robią to wielkie gry RPG. Tutaj nie osiągnięto tego dając Ci baty i zmuszając do bicia szczurów. „Smokiem” którego goni Twój rycerz jest intryga na wysokim szczeblu, do której trzeba się mozolnie „dokulać”. Również gra nigdy nie gubi wątków – nawet, jeśli coś odchodzi na drugi plan, to tylko na moment, w wyniku okoliczności.

Notabene, to nie jest koniec opowieści przyjaciół i rywali Smoka Dojimy, ale nie będzie się ona toczyć tak samo. Like a Dragon nie bało się mocnych przetasowań w podwalinach świata, które były pewnikiem przez 7 gier w sposób – ten nowy odważny świat przedstawiony w finale wydaje się fascynujący. Szczególnie patrząc na to, kto będzie go przemierzał: nowa obsada jest wyborna. Drużyna Ichibana to zgrana paczka interesujących, dobrze zagranych bohaterów, do których łatwo się było przywiązać i których dynamikę dobrze się ogląda. Jedynym zastrzeżeniem jest może potraktowanie Eri Kamataki, Zhao i Joon-gi Hana, trójki ostatnich członków ekipy. Panów jest mało w cutscenkach, chociaż grają ważne role w fabule; biednej Eri nie ma w nich wcale, bo to postać poboczna. Na pochwały zasługują też ci źli. W grze stawisz czoła jednym z najlepszych złoczyńców w serii, których łatwo jest znienawidzić w ten „dobry” sposób.

Like a Dragon nie obędzie się bez drobnych korekt – ale drobnych

Yakuza: Like a Dragon jest mniejszą rewolucją, niż mogłaby sugerować pozorna gatunkowa wolta, ale to faktycznie jest całkowicie świeży, nowy start dla serii. Czy jest pole do usprawnień w następnych częściach? Jasne! Walka się bardzo udała, ale nie jest idealna. Zanim studio zabierze się za dodawanie jej głębi, powinno zacząć od korekt. Np. poprawiając interfejs, bo wybieranie celów jest mało precyzyjne. Również niezbędna w gatunku zabawa w „kamień, papier, nożyce” mogłaby być ciut klarowniejsza. Dopiero grubo po premierze dodano wskaźniki „słabości” przeciwników.

Walka udała się za pierwszym razem - wymaga tylko poprawek.

Balans systemu prac miejscami mógłby być lepszy. Niektóre klasy flirtują z bezużytecznością, inne są w zasadzie konieczne (jak Idolka, czyli jedyny dedykowany „healer”). Niektóre mechaniki, także umiejętności, dałoby się lepiej wytłumaczyć. Znam ludzi, którzy przeszli całą grę nie wiedząc, że można uciec ze starć, albo że z niektórych zdolności można korzystać w różnych klasach; prawdę powiedziawszy totalnie rozumiem, czemu na to nie wpadli. To jest gra prosta w obsłudze, ale miejscami przytłaczająca zawartością i opcjami.

Są to jednak rzeczy pomniejsze, naprawdę w żaden sposób nie rzutujące na jakość całości. Jeśli już, to więcej pozytywnych zaskoczeń na polu rozgrywki. Twórcom udało się zrobić Yakuzę, która nigdy nie doprowadziła mnie do szału żadnym bossem, wręcz przeciwnie! Wszystkie starcia są fair, wystarczy chwilę pomyśleć lub przypakować. Jest to również jRPG z najprzyjemniejszym grindem, z jakim miałem do czynienia. Jest go po prostu bardzo mało, a gdy już się pojawia, to Like a Dragon pozwala Ci wbić te brakujące poziomy w komfortowych warunkach, również czasowych. Persona 5 Royal może jest bardziej dopicowanym, dopieszczonym, spektakularnym systemem – co z tego, skoro też wybitnie nieangażującym dla szarych komórek. W przygodzie Ichibana Kasugi bawiłem się sto razy lepiej.

Z nadzieją na przyszłość

Przez chwilę po napisach końcowych, gdy poczułem, że Yakuza: Like a Dragon rozwiała wszystkie moje wątpliwości, pojawiła się ostatnia. Co z ósmą częścią serii? „Siódemka” jest gęstą, nabitą niespodziankami grą i opowiada tak epicką, kompletną opowieść; zacząłem się zastanawiać, czy to ma prawo zadziałać w następnej części. To największa niespodzianka 2020 roku, ale czy ten model wypracowany przez studio będzie równie mocno ekscytował następnym razem? Czy z Ijincho da się zrobić nowy dom dla serii? Jak, gdy tak wiele jego uroku pochodziło z jego poznawania?

Być może a propos, Ichiban kończy grę niepewnie patrząc przed siebie – ale zmartwienie szybko ustępuje nadziei. Przyszłość potrafi przerażać, ale nie musi. Ostatecznie moje zmartwienia też są bez znaczenia, bo chcę więcej Yakuzy. Like a Dragon rozbudziło mój apetyt na ten gameplay, ten świat, tych bohaterów. Chcę zobaczyć więcej Ijincho, więcej Ichibana Kasugi.

Szok, że najbardziej oryginalnymi grami 2020 były jRPG. W Yakuza: Like a Dragon po prostu musisz zagrać. Jest to jedna z najzabawniejszych, najbardziej zaskakujących gier, w jakie grałem; a także jedna z najlepszych części serii i jeden z najlepszych tytułów tego roku. Powiedziałbym nawet, że jest – uwaga – klasykiem.


Pozostałe teksty w cyklu:

#1: Ichiban Kasuga, idiota
#2: jRPG stulecia

Plusy

  • Ichiban Kasuga i spółka
  • świat i fabuła
  • humor
  • mnogość rzeczy do zrobienia
  • nowa walka
  • bossowie

Minusy

  • nierówny podział ról w fabule
  • miejscami niewygodny interfejs
  • czasy ładowania
6

Celujący

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.