Egmont

Transmetropolitan oraz Punisher Max (tom 4) gościły tym razem w paczce od wydawnictwa Egmont. Przyglądamy się im szczegółowo, ponieważ – o dziwo! – zwycięzcę tego pojedynku wcale nie jest łatwo wskazać.

TRANSMETROPOLITAN

Transmetropolitan to amerykańska seria komiksowa, której autorami są Warren Ellis i Darick Robertson, publikowana przez DC Comics w latach 1997-2002. Polski czytelnik mógł zapoznać się z perypetiami głównego bohatera serii dzięki nieistniejącemu już wydawnictwu Mandragora. I chociaż wówczas komiks nie trafił w moje ręce, zastanawiam się jakbym rzeczony odebrał. Bo nawet teraz, kiedy Pająk Jeruzalem wreszcie wylądował na mojej półce, ciężko mi jest ten komiks ocenić jednoznacznie. Dlaczego?

Nie można w wątpliwość poddawać faktu, że komiks to obrazoburczy – główny bohater w najlepsze drwi z religii, za nic ma kogokolwiek będącego u steru władzy, wesoło zabija / obraża ludzi niezgadzającymi się z jego często wywrotowymi poglądami. Jednocześnie jest rozpoznawalnym dziennikarzem, który klnie, pali i zażywa środki odurzające znacznie częściej niż przeciętny ustatkowany gracz chłodnego browarka. Jednak ta obrazoburczość, pomijając jej celowość, jest motorem napędowym komiksu, który powstał ponad 20 lat temu i który osadzony jest w apokaliptycznej wizji przyszłości, pełnej kryzysów, katastrof ekologicznych i antropomorficznych przybyszów z innych planet.

Każda kartka tego komiksu podsycona jest również brutalną dawką sarkazmu oraz ironii, jednak podanej w sposób nieco za bardzo w mojej opinii brutalny. Nie sympatyzuje bowiem z inteligentnym poczuciem humoru a anarchią, będącą wyznacznikiem świata, w jakim przyszło żyć głównemu bohaterowi. Ta na szczęście nie występuje w przekładzie komiksu ani jego polskim wydaniu; po raz kolejny widoczny jest pełen profesjonalizm. Nie można również przyczepić się do formy graficznej komiksu a wręcz należałoby podkreślić przywiązanie Daricka Robertsona do zobrazowanych detali.

Transmetropolitan

Ten komiks ma prawo się podobać, choć nie jest w mojej opinii arcydziełem. Ma prawo mieć swoich wyznawców, ale ma również prawo nie przypaść do gustu. Ja zajmuję stanowisko gdzieś pośrodku, rekomendując do zakupu pierwszy z wydanych tomów, zaś w przyszłości oprzeć decyzję o wrażenia wyniesione z lektury recenzowanej części.

PUNISHER MAX, TOM 4

Punisher to postać świata komiksu, której nie trzeba nikomu przedstawiać. Myliłby się jednak ten, który rzeczoną postrzegałby jedynie przez wypadkową printu. Frank Castle gościł bowiem na ekranach telewizorów nie tylko jako główny bohater filmów lub seriali, ale także gier wideo, począwszy od konsol III generacji. W 1990 roku LJN Toys wydało na NES-a grę The Punisher, ale Frank upatrzył sobie również Amigę, Game Boya (The Punisher: The Ultimate Payback!), Segę Mega Drive, konsole Sony i Microsoftu – oj, uzbierałoby się tego trochę. Co nie zmienia faktu, że to jednak na kartach komiksu nastąpił debiut postaci i to właśnie przez pryzmat tego medium jest ona również najbardziej rozpoznawalna.

Cóż zatem recenzujemy? Czwarty tom przygód Punishera pochodzący z imprintu MAX dedykowanego dorosłym czytelnikom. Nie bez kozery zresztą, gdyż naszpikowany jest momentami wulgarnym językiem i sugestywnymi scenami przemocy. Co więcej, dwie opowieści napisane zostały przez Gartha Ennisa (znanego z takich albumów jak Preacher lub Hellblazer), z lekką pobłażliwością traktującego tematy tabu, a wręcz często żartującego sobie z nich. W efekcie, otrzymujesz 132 strony przesycone wysokim poziomem brutalności, serwującego Ci przy okazji powojenny krajobraz, ludobójstwo i niczym nie skrępowaną brzydotę całości przekazu. Brzydotę w tym oczywiście pozytywnym słowa znaczeniu.

Punisher MAX to komiks, który również ma prawo nie przypaść do gustu, szczególnie miłośnikom kolorowych trykotów, powiewających wesoło na wietrze i walczących z Thanosem. To komiks odzierający postać z dziecięcego wyobrażenia ugłaskanego bohatera komiksowego na rzecz skurwysyna z wielką lufą, robiącego sito z napotkanych wrogów; nawet jeśli trudna decyzja niesie za sobą wymordowanie całej rodziny, Frank podejmuje ją bez mrugnięcia okiem, dając jednocześnie jasny sygnał dorosłemu odbiorcy – “Już nie jestem Punisherem, którego pamiętasz z zeszytów wydawanych przez TM-Semic“.

Matowa okładka, twarda obwoluta, brak błędów stylistycznych, doskonałe tłumaczenie całości, choć wysoka to paradoksalnie przystępna jak za taki album cena składają się na godny polecenia komiks. Nawet wówczas, jeśli pozostałych części nie posiadasz w swojej kolekcji.