All Star Batman

Gdyby zestawić wielokrotnie recenzowanego na naszych łamach Hellboya do tytułów, których okładki otwierają ten wpis… Cóż, nie bardzo nawet jest co porównywać. Nie znaczy to jednak, że wspomniane są niewarte zakupu. Ot, poprzeczka ustawiona została cholernie wysoko i nie każdemu będzie dane przebić przepiękne albumy sygnowane nazwiskiem Mignoli.

Batman: All Star – tom 2

Kiedy jednak mam do czynienia z komiksem, za który fabularnie odpowiada Scott Snyder mimowolnie się uśmiecham. Głównie z tego powodu, że wraz z Gregiem Capullo tchnął w imprincie New 52 nowe życie w alter-ego Wayne’a, zaś scenariusz jego autorstwa walki z Jokerem w szpitalu psychiatrycznym – w tym samym zresztą wydawnictwie – potrafi wbić odbiorcę w fotel.

Snyder jest obecnie jednym z najbardziej aktywnych scenarzystów DC, choć nie popada w niełaskę tak krytyków, jak i szarego odbiorcy komiksu, z każdą stroną maszynopisu udowadniając, że jego umiejętności nieustannie się rozwijają. Widać to zresztą po kartach recenzowanego zeszytu, które wyrażają swobodę edytorską i są formą (momentami niepokojącego) eksperymentu. Scenariusz tego zeszytu Batmana nie zaskakuje dojrzałością, jak również nie ujmuje odbiorcy. Po prostu istnieje w tle kadrów, które nie licząc jednego chlubnego wyjątku, niczym specjalnym się nie wyróżniają.

Wspomniany wyjątek stanowi natomiast Jock (a de facto Mark Simpson), zaskakujący wyjątkową kreską, przywodzącą na myśl połączenie stylu Bisleya z Benem Templesmithem. Jest brzydko, wydawać by się mogło niestarannie, niechlujnie a przy tym wyjątkowo dobrze i z charakterystycznym stylem graficznym. Szkoda jednak, że dalej nie jest już tak wyraziście…

All Star Batman

Ani Tula Lotay, ani Giuseppe Camuncoli nie przemawiają już do mnie. Rysunki Jocka są pełne niepokoju, podczas gdy reszta komiksu przypomina kolorowe artworki. I choć taka mieszanina stylów często chwalona jest w mediach, mnie jako odbiorcę mierzi, gdyż rozbija immersję z powieścią, nakazując mi raz po raz przestawiać się na inny styl graficzny. A tego nie lubię.

Komiks ten jednak nie kosztuje krocie, więc powinieneś rozważyć jego zakup. Również wówczas, jeśli chciałbyś kolekcjonować wszystkie wydania tego imprintu, którego pierwszy numer był naprawdę godny polecenia.

Briggs Land – tom 2

Pierwszy tom Briggs Land od Dark Horse Comics autorstwa Briana Wooda przypadł mi do gustu, czego wyraz dałem w recenzji zeszytu. Stanowił on wypadkową kryminału politycznego z dramatem obyczajowym. Teraz w moje ręce trafiła część druga i chociaż nie jest komiksem wybitnym, czyta się ją wzorem pierwszej nawet nieźle.

Komiks rozwija na przykład wątki zapoczątkowane w albumie premierowym, choć warto zaznaczyć, że tym razem autorzy koncentrują się na postaciach drugoplanowych. Jego siłą napędową jest połączenie kilku wątków w całość, na szczęście złożonych sensownie i nie odstających nadto od siebie. Dlatego też zakończenie Briggs Land jest przemyślane i pełne towarzyszących mu emocji.

W sytuacji, w której głównymi “bohaterami” są patriarchalni ekstremiści przetrzymujący Bogu ducha winnych zakładników, nastąpiło u mnie mimowolne skojarzenie z siódmym sezonem serialu Homeland. I choć przedstawiony na kartach komiksu konflikt nie do końca jest jednoznaczny, scenarzyści nie wskazują palcem winowajców, jak we wspomnianym serialu. Dystansują się od sądów, nie zapominając jednak o tym, że rasizm, hipokryzja, seksizm i ksenofobia nie są poglądami, jakie można czymkolwiek usprawiedliwiać.

To właśnie w tym tkwi siła komiksu. Nie w jedynie poprawnych rysunkach, nie w jego wielowątkowości. Polecam tę zgrabnie opowiedzianą historię, nawet mimo faktu, że to wciąż nie jest Hellboy Mignoli.