outward main

Z pewnością każdy z Was przynajmniej raz w życiu ogrywał tytuł, który w trakcie rozgrywki potrafił doprowadzać do maksymalnej frustracji. Który bawił się w kotka i myszkę z cierpliwością, odpornością na porażki czy wiarą we własne umiejętności. Przykładów takich pozycji w świecie gier jest bardzo dużo i jestem przekonany, że każdy kto od czasu do czasu potrzebuje nakarmić swoje wewnętrzne, masochistyczne „ja”, znajdzie coś dla siebie w zasadzie bez względu na gatunek.

O ile jednak na wskroś sadystycznych gier jest rzeczywiście pod dostatkiem, to nie wszystkie w chwilę (krótszą lub dłuższą) po ich wyłączeniu ponownie wzywają i kuszą kolejnymi wirtualnymi zmaganiami. Niejednokrotnie okraszonymi adekwatną do sytuacji, soczystą i ekspresyjną polszczyzną. Jedną z nich niewątpliwie jest Outward, survivalowy rpg od małego 10-cio osobowego Nine Dots Studio, który pomimo regularnego testowania poziomu wytrzymałości systemu nerwowego, potrafi przyciągnąć przed ekran na długie godziny.

Przez łzy, do szczęścia

Outward w zasadzie od samego początku rzuca gracza na głęboką wodę. A potem wcale nie jest łatwiej. Swoją przygodę rozpoczynamy odziani w skrawek materiału zakrywający to i owo oraz z dojmującym uczuciem obawy o swoje życie. Nie otrzymujemy specjalnych wskazówek (nie licząc dosyć ogólnego tutoriala) dotyczących tego co robić, ani tym bardziej czego unikać. Nie specjalnie też jesteśmy rozpieszczani wprowadzeniem do fabuły. Jako jeden ze zwykłych mieszkańców mitycznej krainy, żyjemy po prostu z dnia na dzień, martwiąc się głównie o to, żeby było co do garnka włożyć i bezpiecznie spędzić noc.

Pech jest natomiast taki, że od innych odróżnia nas konieczność spłaty długu, którego brak uiszczenia w ciągu 5 dni spowoduje utratę rodzinnego domu. Pierwsze zadanie, polegające na uzbieraniu odpowiedniej ilości srebra, nie tylko pozwala zatrzymać dach nad głową, ale jest również srogą lekcją życia w świecie Outward. W świecie, w którym nic nie jest podane na tacy, w którym nagradzana jest wytrwałość i cierpliwość, a niebezpieczeństwo czai się niemalże na każdym kroku. Gdzie liczy się spryt, opanowanie, umiejętność rozważnego podejmowania decyzji oraz logicznego myślenia, a jedyną nagrodą jest przetrwanie kolejnego dnia. W Outward nikt nie ostrzeże przed skutkami picia słonej wody, nie podpowie jak przygotować się na dynamicznie zmieniające się warunki pogodowe, nie zasugeruje jakie lekarstwo pomoże w trakcie choroby, a tym bardziej nie poinstruuje jak radzić sobie w potyczkach z wielokrotnie silniejszymi przeciwnikami.

Chcesz liczyć na kogoś? Licz na siebie!

W Outward każdy sukces i porażka mają praktycznie za każdym razem to samo źródło. Wszystko zaczyna się od gracza i tego na ile świadomie podchodzi do kolejnych wyzwań. Jak na rasowego przedstawiciela gatunku rpg przystało słowem kluczem jest w Outward przygotowanie, a każda podjęta decyzja lub jej brak, prędzej czy później zmusza do stawienia czoła skutkom. Aby dodatkowo tą świadomość wzmocnić nie znajdziemy w grze możliwości ręcznego zapisywania postępów. Najciekawsze jest jednak to, że w świecie wykreowanym przez Nine Dots Studio śmierć dotyka wszystkich, oprócz głównego bohatera.

Za każdym razem, kiedy pasek stanu zdrowia spada do zera (a dzieje się to nader często), zamiast standardowego „game over”, pojawiamy się w randomowej lokacji często pozbawieni mozolnie gromadzonych wcześniej fantów. Przy braku możliwości załadowania ostatniego punktu kontrolnego, jedyne co pozostaje to zagryzienie zębów, odszukanie utraconego dobytku (wielki ukłon w kierunku twórców za umożliwienie takiej opcji) i kontynuowanie przygody.

Nie muszę nadmieniać jak bardzo w tych sytuacjach boli poczucie utraty czasu spędzonego na rozwijaniu postaci, ale paradoksalnie właśnie takie podejście sprawia, że kreujemy coś bardziej znaczącego. Tworzymy swoją własną historię, naznaczoną wzlotami i upadkami, finalnie bardzo skutecznie wzmacniającą immersję w świat gry oraz, co niezwykle istotne, relację z protagonistą. I pomimo wielkiej irytacji powodowanej bardzo częstymi respawnami, doświadczanymi zwłaszcza w pierwszych godzinach spędzonych z Outward, o wiele silniejszym odczuciem jest radość z osiąganych postępów i stawania się krok po kroku coraz potężniejszym bohaterem.

Outward to różnorodne uniwersum z wielkimi możliwościami

Należy w tym miejscu zaznaczyć, że początkowe zadanie dot. uporania się z rodzinnym długiem, jakkolwiek wymagające, jest tylko przystawką do tego, co czai się tuż za murami miasta, w którym zaczynamy przygodę. Do wyboru są trzy różne ścieżki fabularne, realizowane z perspektywy jednej z trzech różnych frakcji. Dodatkowo przed graczem stoi wybór związany z kierunkiem swojego doskonalenia. W Outward możesz zostać np. wojownikiem, magiem, szamanem, dzikim łowcą czy najemnikiem. W chwilę po podjęciu decyzji otworem stają przed nami cztery potężne regiony, zróżnicowane geograficznie, cieszące oko całkiem bogatą grafiką, ale też straszące najróżniejszymi wrogami. W Outward nie ma opcji szybkich podróży, a więc można polegać tylko na sile nóg i wytrwałości posiadanego obuwia.

O ile jednak przygotowane przez Nine Dots Studio uniwersum do najbardziej gościnnych nie należy, to zdecydowanie nie skąpi posiadanych skarbów. Przemierzając kolejne obszary należy mieć więc oczy otwarte, gdyż w zasadzie nawet najmniejsze znalezisko, może okazać się świetnym uzupełnieniem posiadanego ekwipunku. Przykładem niech będą zęby martwej hieny, które zamontowane do metalowej pałki stworzyły broń wiele razy ratującą mnie z opałów. Podobnych konfiguracji jest o wiele więcej, gdyż to co Outward robi bardzo dobrze, to właśnie m.in. zarządzanie zasobami. Wielbiciele craftowania będą z pewnością w przysłowiowym siódmym niebie, a i fani kolekcjonowania najróżniejszych gatunków broni czy zbroi odnajdą się tutaj znakomicie. Podobnie radosne chwile przeżyją amatorzy rzucania czarami, gdyż ten element w Outward został potraktowany przez deweloperów z odpowiednią atencją.

Na szczególną uwagę zasługuje też mechanizm rozwijania postaci, zakładający pozyskiwanie nowych umiejętności na drodze interakcji ze spotykanymi w różnych miastach trenerami, którzy dopiero po uzyskaniu stosownej zapłaty nabierają ochoty do nauczenia nas swoich trików. Muszę przyznać, że jest to całkiem ciekawe rozwiązanie, ponownie promujące rozważne podejmowanie decyzji.

W parze raźniej

Outward bez dwóch zdań jest tytułem, który powinien zainteresować wielu fanów wszelkiej maści survivalowych rpgów. Jasne, że nie ustrzega się potknięć, a na korektę zdecydowanie zasługują m.in. system walki oraz szwankująca momentami fizyka gry. Jednak wszystkie te mniejsze lub większe błędy bledną w obliczu trybu split-screen. Nie ukrywam, że to właśnie ten aspekt w największym stopniu wzbudzał moją ciekawość. I okazał się być bardzo dobrym rozwiązaniem nie tylko dlatego, że w tym gatunku jest chyba w tym momencie jedynym na rynku.

Kanapowy survival w przypadku Outward, sprawdził się zarówno jako urozmaicenie wieczoru przy piwie ze znajomymi, online z losowo dobranym kompanem, jak i w parze z córką. Szczególnie ta trzecia opcja, z uwagi na pierwsze jej kroki w klimatach rpg, przysporzyła najwięcej pozytywnych emocji. Nie często przecież zdarza się, aby własne dziecko ratowało tyłek ojca przed wrogo nastawionym, gigantycznym krabem, a tuż po zwycięskiej potyczce rzucało z nutą autentycznego triumfu w głosie „Ale jestem w tym dobra! Następnym razem też Cię obronię!”.

Nine Dots Studio wykonało kawał świetnej roboty oraz pokazało że nie trzeba wielkiej armii ludzi, aby stworzyć grę ciekawą i ambitną. Moim zdaniem warto docenić ich pracę i podjąć wyzwanie przetrwania w świecie Outward. Szczerze polecam.

Outward to powiew świeżości w gatunku rpg. Dosyć wysoki poziom trudności może odstraszać, ale jednocześnie bardzo skutecznie atakuje ambicję gracza. Natomiast tryb split-screen jest prawdziwą wisienką na torcie.

Poprawy wymaga jednak system walki oraz bugi wynikające z niedopracowanej fizyki świata. Mogą też irytować dosyć długie czasy ładowania między lokacjami.