Truberbrook

W dobie szybkich wyścigów, strzelanin i kolejnych gier utrzymanych w podobnych konwencjach i kopiach mechanik, recenzowana pozycja charakteryzuje się względnym spokojem i onirycznym wręcz klimatem małej, niemieckiej mieściny. Trüberbrook, bo tę produkcję przyszło mi recenzować w wersji na PlayStation 4, to najnowszy reprezentant gatunku klasycznych gier przygodowych point and click. A przynajmniej tak wydaje się na pierwszy rzut oka.

Główny bohater gry trafia do niemieckiego miasteczka o niewiele mówiącej nazwie Trüberbrook. Miasteczka dodajmy zachwycającego krajobrazem, indywidualnością zamieszkujących je postaci, pewnego rodzaju ospałością oraz pięknie odwzorowanymi sceneriami. Taki efekt twórcy uzyskali poprzez wykorzystanie fotogrametrii, czyli specjalnej techniki pozwalającej skanować makiety bezpośrednio do gry. W konsekwencji grafika cieszy oko gracza, choć daleko jej do najnowszych, trójwymiarowych rozwiązań rodem chociażby z Sekiro. Idealnie pasuje jednak do opowieści, tworząc trudną do podrobienia sferę wizualną. Podobnie rzecz ma się ze stylem graficznym, który mnie osobiście nie przypadł do gustu, ale w ogólnym rozrachunku nie przeszkadza. Karykaturalnie odwzorowane postacie pasują do tła opowieści, nie gryząc się z zaimplementowaną fotogrametrią obrazu. Jest zatem w porządku, ale i bez fajerwerków w tym obszarze.

Od początku wiadomo, że tytułowe miasteczko skrywa pewne tajemnice. Z czasem wychodzi na jaw mocne jego powiązanie z fizyką kwantową, anomaliami pogodowymi oraz podróżami pomiędzy wymiarami. Wiedz jednak, że suchy opis w żaden sposób nie oddaje tego, co zobaczysz na ekranie, więc nawet jeśli nie jesteś zwolennikiem fantastycznej tematyki czy teorii spiskowych, sposób w jaki podana zostaje tutaj fabuła jest co najmniej interesujący. W trakcie przygody w Trüberbrook odwiedzisz sporo lokacji, w których przyjdzie Ci rozwiązywać liczne zagadki – łączyć czy rozłączać przedmioty, wykorzystywać je do różnych celów, niekoniecznie zgodnych z ich pierwotnym przeznaczeniem. Całość jednak ubrana jest w mocno uproszczoną formę, więc nie da się praktycznie w grze zaciąć na dłużej, a dostępne podpowiedzi zapewniają płynność rozgrywce. Niby więc to hołd dla starych gier przygodowych, a z drugiej strony… cóż, średnio wiele je łączy.

Zresztą nie tylko na tym polu gra pełna jest kontrastów. Chciałoby się czasem wejść do drzwi w inny sposób, niż szukając rozwiązania zagadki (ot, chociażby z kopa w drzwi); chciałoby się móc podejść do wykonania poważnego zadania… poważnie, w czym przeszkadza kuriozalnie-dziwaczne zachowanie postaci pobocznych, nijak nie przystając do podejmowanego wyczynu. Chciałoby się w końcu móc przegrać lub coś zepsuć! Niestety, Trüberbrook nie pozwala na to dzięki relatywnie prostym zagadkom, i po prawdzie samemu popychając rozgrywkę do przodu.

Najważniejszymi elementami gry są intrygująca fabuła oraz zapadająca w pamięć grafika. Ścieżka dźwiękowa Trüberbrook również dobrze wpisuje się w leniwą atmosferę miasteczka, więc w połączeniu z poprzednimi cechami tworzy naprawdę całkiem niezłą produkcję. Ale i pokracznie rozrywkową, co momentami psuje jej odbiór jako pełnoprawnej przygodówki point and click


Tak gra jest inna, na swój sposób spokojna. Tak inna od ostatnio wydawanych pozycji, tak mocno oddająca hołd nieco zapomnianemu gatunkowi. A mimo to, w dobie świetności najnowszych gier, potrafi zauroczyć, opowiedzieć ciekawą historię, urzec atmosferą i niespecjalnie irytować poziomem zagadek.

Aczkolwiek jest inna, niekoniecznie pozytywnie tą odmiennością zaskakując.

Autor Mateusz Czerwiński

Mateusz jest człowiekiem niebojącym się nowych wyzwań, bez względu na formę, jaką te przyjmują. Propaguje gry wideo gdzie tylko i w jaki sposób może (zarówno na łamach prasy drukowanej, w internecie oraz w telewizji), bowiem uznaje je za krewną sztuki audiowizualnej. Jest jednocześnie ustatkowanym graczem i ojcem kolekcjonującym doświadczenie z różnych dziedzin życia. Kocha gry narracyjne, pamięta czasy NES-a.