Druga szansa

Czekasz podekscytowany na premierę interesującej gry, z wypiekami na twarzy biegniesz do sklepu, nerwowo odpalasz płytę i… czar nagle pryska. Znasz to uczucie? Wydaje mi się, że rozczarowanie i zniechęcenie my gracze znamy aż za dobrze. Wiele razy miałem ponury wyraz twarzy po włączeniu gry lub ukończeniu kilku jej epizodów. A co z drugą szansą? Czy zawsze negatywne pierwsze wrażenie przekreśla daną grę już na zawsze?

Zbyt duże oczekiwania względem tytułu, oglądanie zwiastunów premierowych rozpalających nadzieje, przemyślany marketing wydawcy, a może wszystko po trochu – co sprawia, że po premierze pojawia się uczucie niespełnienia? Dlaczego BioShock znudził wielu graczy? Czy Resident Evil 6 nie mógł nieco więcej straszyć? Czemu przygody Joela i Ellie nie przypadły do gustu mojemu koledze? Może trzeba spojrzeć na te tytuły z innej strony i spróbować dostrzec w nich własne pozytywy, miast od razu przekreślać z kretesem.

Błędy, zaufanie i zbyt wielkie wymagania

Opierając się na subiektywnej opinii mam swoje ulubione gatunki, które mają pierwszeństwo w temacie doboru gry. Raczej nie wychylam się ponadto, wiedząc że prawdopodobieństwo zawodu jest wówczas o wiele większe, choć wiem, że taka taktyka nie do końca uchroni mnie przed rozczarowaniem. Czekając na Assassin’s Creed: Unity nigdy bym się nie spodziewał, że gra tak świetnie reklamowana i zachwalana przez twórców może być tak bardzo niedopracowana. Słysząc tu i ówdzie o błędach, bugach i okropnej optymalizacji nie poznałem przygód Arno w dniu premiery, choć jestem ogromnym fanem serii. Cierpliwie czekałem na kolejne udoskonalenia, a po czasie postanowiłem udać się do wirtualnego Paryża, dając grze drugą szansę. Oczywiście tak wielkiej skali niedopracowania nie udało się naprawić permanentnie, ale postanowiłem skupić się na urokach pięknego miasta, na drugi plan spychając kwestie techniczne. I wcale tego nie żałuję.

Wypatrując Homefront: The Revolution cały czas miałem w pamięci totalne rozgoryczenie poprzednią częścią gry. Pierwsze podejście do amerykańskiej rewolucji nie było przesadnie udane za sprawą koszmarnej płynności produkcji. Strzelanina w dniu premiery była kompletnie niegrywalna w wersji na PlayStation 4. Gra wylądowała na półce z przeświadczeniem o ponownym podejściu, gdy twórcy zwiększą liczbę klatek na sekundę podczas manewrów strzelania. Po ponownym odpaleniu opisywanej produkcji okazało się, że walka z koreańskim okupantem nie była do cna zepsuta. Plus dla developera za chęć poprawy optymalizacji, płynności rozgrywki i kilka aktualizacji z poprawkami. Dałem drugą szansę. Opłaciło się.

druga szansa

BioShock nuda, The Last of Us nie porwało

Pod niebiosa wychwalałem takie produkcje jak BioShock i The Last of Us znajomemu, zapewniając że będzie zadowolony kupując w ciemno oba tytuły. Przecież takie perły z założenia podobają się wszystkim. Nic bardziej mylnego! Wizyta w podwodnym Rapture okazała się nudna jak flaki z olejem, a przygody Joela i Elie nie porwały go na tyle, żeby dać im szansę się rozkręcić. Gdy o tym wspominał, niedowierzanie niemal mnie sparaliżowało. Jak mógł nie urzec go klimat podwodnej metropolii, sam pomysł na grę, kreacje postaci i nietuzinkowa rozgrywka? Dlaczego nie docenił atmosfery strachu, graficznego majstersztyku, wciągającej fabuły oraz relacji między Joelem a jego młodą towarzyszką? Okazało się, że potrzebna była rozmowa, wymiana argumentów i wzajemne wysłuchanie swoich racji. Miesiąc później kolega był już w połowie The Last of Us i w całkiem innym nastroju. BioShock również otrzymał u niego drugą szansę.

Sięgając pamięcią dekadę wstecz, recenzując różnorodne gry dla różnorodnych podmiotów, porzucałem aktualnie interesujące mnie tytuły na rzecz tych z pierwszeństwem ogrania. Na szczęście nigdy nie zapominam o porzuconych, wracając do gier zalegających w „poczekalni” w późniejszym, nieco mniej napiętym w premiery okresie. Tutaj druga szansa jest przyznawana niejako z urzędu.

Warto dawać szansę

Z reguły dając kolejną okazję grze, zmieniałem całkowicie swoje podejście; nastawiałem się na inną rozgrywkę, a początkowe priorytety po prostu zamieniałem na inne. Większość produkcji wykorzystała szansę i całkiem nieźle się z nimi bawiłem. Niektóre z nich jednak wciąż nie mogą się przebić, a jeszcze inne nigdy nie dostaną drugiej szansy z powodu upływającego czasu, nowych platform do grania tudzież natłoku premier. Żadna gra nie zaspokoi apetytów wszystkich graczy, więc często trzeba dokładnie zapoznać się z materiałami robiąc wnikliwy wnikliwy rekonesans, aby uniknąć lamentowania i, co najważniejsze, straty pieniędzy.

Jak wyglądają Twoje doznania z grami zupełnie nie trafionymi w gust – dajesz im drugą szansę czy od razu przekreślasz i już nigdy do nich nie wracasz? A może masz jeszcze inny sposób na dokładną selekcję gier i eliminację do minimum uczucia zawodu?