Przed Death Stranding: Kobo Abe, "Lina"

Kobo Abe nie jest u nas autorem całkowicie nieznanym. Ukazało się w naszym kraju przynajmniej kilka jego powieści i jeden zbiór opowiadań, w tym jego najsłynniejsze dzieło: Kobieta z wydm.

Nie ma jednak u nas wszystkiego. Brakuje między innymi opowiadania “Lina” (w oryginale: Nawa), które zainspirowało szereg motywów w najnowszej grze Hideo Kojimy, Death Stranding – choćby tytułowe “więzi”. Projektant nie ukrywał fascynacji “Liną” w zasadzie od ogłoszenia gry w 2016 roku; można zresztą znaleźć wywiady sprzed lat, w których przemyka ten tytuł. Fragment tekstu Kobo Abe pojawia się zresztą w samej grze.

Cytat z "Liny" Kobo Abe

Trudno jest jednak znaleźć “Linę” w innym języku, niż japoński. No, przynajmniej do niedawna. Tłumaczenia opowiadania Kobo Abe podjął się niedawno dziennikarz serwisu Kotaku, Tim Rogers. Nie jest ono idealne: Rogers zastrzega, że nie jest tłumaczem literatury i najpewniej nie uchwycił każdego z niuansów języka japońskiego.

“Lina” jest oczywiście niedostępna również po polsku. No, przynajmniej do niedawna. Podjąłem się przekładu opowiadania na nasz język na podstawie tłumaczenia Tima Rogersa. Nie jest to sytuacja idealna – nie znam japońskiego, więc nie mogłem skonsultować się z oryginałem. Jest to jednak okazja, by zapoznać się przed lub po ograniu Death Stranding z tekstem, który zainspirował grę. Może zachęci też kogoś do lektury japońskiego pisarza.

Mała notka: oba tłumaczenia zachowują oryginalną interpunkcję. Kobo Abe lubi swoje wielokropki i stawia ich różne ilości, więc zapewne mają one znaczenie. Ani ja, ani Tim Rogers nie jesteśmy na tyle butni, żeby wchodzić w paradę jednemu z wybitniejszych japońskich pisarzy.

Tłumaczenie Tima Rogersa w serwisie Medium.com

Zapraszam do lektury!


Kobo Abe, “Lina” (Nawa)

Mężczyzna . . . . . . lat sześćdziesiąt dwa . . . . . . na głowie pełno ma przerzedzonych włosów, on zaś odziany jest w strój roboczy koloru ochry, pod którego brudnym kołnierzem widać głębokie, pionowe zmarszczki . . . . . . tuż pod jego uchem: blizna koloru bladej brzoskwini, która zaczęła ropieć . . . . . . z brodą mocno z przodu i oba łokciami sztywno przytulonymi do skroni, mężczyzna intensywnie spogląda w dziurę w ścianie.

Owa dziura . . . . . . wysoka jest tak, jak około dwa palce są szerokie i znajduje się w ścianie z dykty, oddalona o mniej więcej trzy maty tatami od cienkiego futonu wepchniętego w róg pokoju rozmiarów jednego tsubo [stara japońska jednostka miary; około 3,3 metra kwadratowego – tłum.], na którego podłodze rozsypany leży sprzęt kuchenny.

Mężczyzna wciąż zerka . . . . . . po drugiej stronie dziury znajduje się cmentarzysko martwych „narzędzi” . . . . . . grobowiec złomu, metalowych trupów, otoczone z trzech stron przez wysoki płot z dykty i z jednej strony zablokowane rzeką. Pył wznoszący się z niedalekiej autostrady za wysoką stertą czerwono-rdzawych ruin tworzy wiry w wietrze o kwaśnym posmaku. Zaplątana wiązka drutu kolczastego odgradza przestrzeń między płotem a betonowym dokiem dla łodzi przy rzece. Są tylko dwa sposoby, by się tu dostać: albo przez drewnianą bramkę z boku szopy należącej do mężczyzny, lub łodzią przez rzekę.

Jednak dzieci, które chcą tu wejsć, nie potrzebują żadnych sposobów. Nie bacząc na oczywiste, przyjęte metody, dzieci potrafią przenikać przez nawet najwęższe szczeliny niczym ciecz. Jakby tego było mało, dzieci lubują się w martwych rzeczach aż do przesady. Przykładowo: zabijają insekty i wbijają w nie pinezki, by podkreślić, kto jest ich panem. Zabijają ptaki i kopią im groby. Specjalnie psują własne zabawki i wsuwają w kieszenie sprężynki i zębatki z ich bebechów. Oczywistym jest, że takie dzieci nie przegapiłyby takiego masowego grobu rupieci, jak ten.

Mężczyzna poprawił pozycję swych kolan i wciąż intensywnie patrzył. . . . . . . oczywiście, gdyby mógł, to w tej chwili by je przegonił. Właściwie właśnie po to tu jest. Jednak wszystko, czego próbował, nie przynosiło rezultatów. Może mógłby podnieść głos, ryknąć na dzieci. Ale one zwyczajnie odpowiedziałyby trzy razy gorszym rykiem i tyle by z tego wynikło. Dzieci mają smykałkę do wymyślania obelg, które doskonale nadają się do wykrzyczenia.

Skoro nie da się ich przegonić, to mógłby może je złapać i surowo ukarać. Mógłby się do nich przekraść, po cichu zamknąć drewnianą bramkę od wewnątrz, żeby nie mogły mu uciec, a potem zagonić je w kozi róg. Równie dobrze mógłby jednak gonić szczury w wysokiej trawie. Wszędzie porozrzucany jest zardzewiały złom, jego połamane i pocięte brzegi ostre niczym kły. Istny labirynt z wycyzelowanych, ostrych kłów. Dzieciaki bawiłyby się w nim tak, jakby mężczyzny w ogóle nie było.

Skoro nie da się ich schwytać, to może czymś w nie rzucić? Tak, wkoło jest masa rzeczy, które nadawałyby się do rzucania. Rzecz w tym, że w dzisiejszych czasach prawie każdy dzieciak wie coś o baseballu. Pewnego razu, kawałek złomu śmignął mu koło ucha. Na szczęście tylko go drasnął, ale rana zaropiała i wciąż boli go, szczypiąc go tak niemiłosiernie, że ból aż przeszywa kości – szczególnie w te dni, gdy wypije dużo shōchū.

Tak, niepoprawność tych dzieci znajduje się na takim poziomie, że niemożliwym jest wyobrazić sobie kogoś, kto by sobie z nimi poradził. Mężczyzna ma już sześćdziesiąt dwa lata i reumatyzm w jednym kolanie. Nie minie wiele czasu, nim to kolano przestanie nadawać się do czegokolwiek, co dopiero do radzenia sobie z takimi dzieciakami. . . . . . . Takie myśli przechodzą mu przez głowę, gdy stale zerka przez dziurę.

*

Myślał, że to był świetny pomysł. Pół dnia wycinał dziurę. W momencie, w którym dzieci zaraz miały wracać do domu ze szkoły, szybko usiadł przy dziurze i patrząc, czekał. Wiedział, że będą lada moment. Gdyby tylko na własne oczy zobaczył sekretne przejście dzieciaków, mógłby szybko zajść tam od zewnątrz i zamknąć je szczelnie. (To tutaj!) . . . . . . Jednak nie wyczuwał obecności dzieci. Przyszła noc, a on wciąż nie widział ich śladu; musiały znaleźć inną ścieżkę. Okazuje się, że była więcej niż jedna.

Następnego dnia stało się to samo. Pojutrze, popojutrze, stało się to samo.

Dziura przy której tyle się napracował ostatecznie nie spełniła zamierzonej funkcji. A jednak, z jakiegoś powodu nie mógł przestać przez nią zerkać. Sama obecność dziury sprawiała, że nie mógł przez nią nie patrzeć. Zupełnie jakby samo zerkanie było przeznaczeniem dziury, siedział on przed nią w bezruchu. Z wyłączeniem okazjonalnej zmiany zerkającego oka, wycierania potu z czoła, który ściekając przeszkadzał w oglądaniu, mężczyzna trzymał kark sztywno, wytrzymując ból w plecach i biodrach, a jego wzrok tkwił niewzruszony w miejscu. . . . . . . dzieciaki w końcu się zmęczą i przejdą tą drogą . . . . . . strapiony i rozbity, ochładzając przekrwione oczy bokiem dłoni, kładzie się odpocząć. Ta codzienna rutyna trwa już pół miesiąca.

Jednak dzisiejszy dzień jest wyjątkowy. Dzisiaj, po raz pierwszy zobaczył to, na co czekał.

Jest ich mniej niż zwykle – w sumie piątka. Jeden chłopiec jest starszy, ale reszta z nich ma około dziesięć lat każde. Dziś mają gościa: małego pieska. Wygląda na to, że znęcali się nad szczeniakiem, zanim go tutaj przyprowadzili, bo gdy tylko mężczyzna widzi pieska, ten zawodzi tragicznie. W oczekiwaniu, czy może w wyniku jakiegoś przeczucia, mężczyzna napina całe ciało. Być może to miny chłopców niepokoją go bardziej nawet niż żałosny płacz szczeniaka: Wyrazy twarz chłopców są dziwacznie puste i sztywne, jakby poddano ich jakiemuś strasznemu rytuałowi. Nie wymawiając ani słowa, zachowując się z wręcz osobliwym opanowaniem, przechodzą przez sterty szmelcu.

Wkrótce znajdują wbitą na ukos żelazną płytę. Wygrzebują płytę, kładą ją płasko na ziemi i gromadzą się wokół niej. Najstarszy chłopiec kładzie szczeniaka pyskiem na płycie i przytrzymuje go. Chłopiec w baseballówce ubrudzonej przezroczysto-zieloną śliną wyciąga rękę w kierunku masy koloru jasnej brzoskwini. Pięć dziecięcych głów unoszących się nad scenką zasłania mężczyźnie sytuację. Jednak gdy chłopiec zaczyna rytmicznie unosić rękę w górę i w dół, mężczyzna już rozumie. Inny chłopiec odchyla kark do tyłu, błyszcząc bielą w popołudniowym słońcu i zanosi się piskliwym śmiechem.

Wydaje mu się, jakby minęło dużo czasu. Szczeniak już nie płacze. Fajerwerki z toru wyścigów łodzi nieopodal rozświetlają połowę nieba, wyglądając jak resztki wełny pośród żółtego dymu wychodzącego ze starej fabryki gumy.

– Co za nudy! – powiedział dzieciak w baseballówce, przestając i wycierając dłoń o spodnie. Na jego twarzy maluje się niezadowolenie.

– Dorośnij…… – któryś wtrącił.

Tylko starszy chłopak wyciągnął rękę w kierunku głowy szczeniaka dwa, trzy razy, za każdym razem wykonując ten sam, pełen wahania ruch. Inni chłopcy znudzili się. W tym momencie, piesek obrócił się i podniósł. Pełzając, wywinął się i spadł z żelaznej płyty. Uderza o ziemię, uciekając w pośpiechu.

Wyglądało jednak na to, że coś jest nie tak ze stawami jego tylnych łap; ciągnie po ziemi swoje biodra; powoli przesuwa się przednimi łapami. Wszyscy chłopcy zaczynają się śmiać.

– Jest jak foka . . . . . . patrzcie go! . . . . . . jak głupia, mała foka . . . . . .

Mężczyzna patrzący przez dziurę uniósł wzrok i ze zirytowaniem cmoknął językiem. Wydawało się, że okrutnie sobie z nim pogrywają. Wytarł pot z czoła i natychmiast przytulił się znowu do dziury. Nerwowy doszedł do wniosku, że dzieciaki za niedługo pójdą stąd w pośpiechu. A jednak dzieci entuzjastycznie bawiły się czymś innym. Nie wyglądało na to, że gdziekolwiek się wybierają. Mężczyznę ogarnął gniew.

(Oczywiście, to nietypowe uczucie nie przekonało go, by się zastanowił……)

Zabawa dzieci zmieniła się w coś bardziej niewinnego. Piesek wyczuł okazję i wczołgał się w szczelinę w złomowym wzgórzu. Dzieciaki teraz udawały, że szczeniak był jakąś dziką bestią. Bawiąc się w kłusowników, każde dziecko trzymało kawałki złomu lub kije, po kolei czołgając się w kierunku środka sterty, dźgając i szturchając entuzjastycznie. Ta zabawa też nie trwała długo: wygoniły psa spod złomu. Jak teraz będą się bawić? . . . . . . Ich oczy spoczęły na czerwonym od rdzy kotle grzewczym. . . . . . . w środku było dość miejsca, by zmieściła się tam trójka dzieci. Otwór był jednak za mały – ale dostatecznie duży dla szczeniaka. Chłopcy zamknęli pieska w kotle. Teraz, szczeniak stał się lwem złapanym w sidła, albo oczekującym w swym leżu.

Kocioł miał masę dziur od śrub, przez które dało się patrzeć. Chłopcy, znowu udając kłusowników, wpychali kije i małe fragmenty metalu przez te dziurki.

Trzymając w gotowości metalowy pręt przy jednej z dziur, jeden z chłopców entuzjastycznie krzyknął.

– Ej, dobijamy to zaraz czy co?!

Czy on go dźgnie tym kijem? Nie, inny chłopiec jest przeciwny.

– Uspokój się, chłopie; jak go naprawdę zabijemy, to wszędzie będzie krew . . . . . .

– Kurwa; pif paf pif paf pif!!

– Sprzedajmy go do zoo!

– Czy ludzie jedzą lwy?

– Ty debilu! Możemy sprzedać jego futro za wysoką cenę!

– Pif paf pif paf!

– Jak go sprzedamy, to myślisz, że dostaniemy więcej niż 10 000 jenów?

– Pewnie i 30 000!

Jakimś cudem, ten mały tłum był w stanie doglądać swojej zdobyczy. Mężczyzna, w gniewie, wytarł spoconą dłoń o spodnie. Chłopcy wkładali ręce w otwór kotła, próbując wydostać pieska. Kocioł był jednak głębszy niż ręce chłopców były długie. Jakby się nie starali, pies był poza zasięgiem. Kolejny raz, piesek zaczął sporadycznie skamleć. Wtedy, starszy chłopiec wpadł na pomysł. Wyginając drut, zrobił pętlę. Myślał, że tak właśnie wydostaną pieska. Okrakiem usiadł na kotle i ostrożnie wsunął w niego pętlę.

Wkrótce, chłopcy wiwatowali. Starszy chłopiec pewną ręką wyciągnął pętlę w górę, jednak nie był w stanie wyciągnąć pieska. Szczeniak upadł po drodze; wiwaty zmieniły się w westchnienia i wszystko ucichło. Wiatr przywlókł nagły hałas z toru wyścigu łodzi za mostem. Łódka wyposażona w silnik średnioprężny płynęła w górę rzeki. Mężczyzna wytarł pot z knykci; chłopcy poprawili pętlę z drutu.

Na smolistym niebie, popołudniowe słońce błyszczało niczym topniejący nikiel. Grudkowata masa żółtego dymu buchała z komina starej fabryki gumy. Chłopcy przyspawani byli do otworu w kotle grzewczym, ochoczo bawiąc się w wytrwałych rybaków, powtarzając tę samą czynność w kółko. Mężczyzna wciąż oglądał to wszystko przez dziurę po drugiej stronie ściany.

Nagle, na moście, dziesiątki klaksonów samochodowych poczęło jednocześnie trąbić. Może ponaglają auto, które stanęło przed nimi? Chociaż nie było to rzadkie zjawisko, jeden z chłopców nonszalancko podnosi wzrok z otworu i spogląda w kierunku mostu. Krzyczy, zaskoczony.

– Ej! Dzieje się coś dziwnego!

Dwie młode dziewczyny wynurzały się z rzeki, wchodząc po kamiennych stopniach nabrzeża.

Obie dziewczyny były przemoczone. Z ich głów, uszu i spódniczek kapała woda. Jedna z nich ciągnęła za sobą długą linę z abaki. Lina też była cała przemoczona.

Szeroko otwarte, wielkie oczy, kształty ich nosów: wszystko to sugerowało, że były siostrami.

Ignorując jednak te wspólne cechy, widać było w ich twarzach, że obie dziewczyny znacznie się od siebie różniły. Ta ciągnąca linę wyglądała na starszą – dziesięć, może jedenaście lat. Jej mokre włosy lepią się do jej czoła; jest chuda i ma owalną twarz. Twarz jej emanuje dziwnym, dorosłym chłodem z nutą dziecięcej odmowy, jakby zmęczyło ją błaganie i zamknęła za sobą drzwi. Młodsza dziewczyna ma może dziewięć, może osiem lat. Ma na sobie spódniczkę szczurzej barwy i czerwoną bluzkę. W przeciwieństwie do siostry, ma okrągła twarz, na pierwszy rzut oka niczym anioła – z wyjątkiem jej ust, rozciągniętych poziomo, jakby świadomie wykrzywiała je w cienkim uśmiechu.

Kapiąc kroplami wody, dwie dziewczynki powoli weszły po kamiennych schodach. Zza dziewczyny z zapadniętą twarzą, która ciągnęła linę, wychynęła młodsza siostra o dziwnym uśmiechu, jej szyja przechylona pod kątem. . . . . . . Chłopcy stali bez słowa, gapiąc się, z minami jakby nie potrafili pojąć, na co patrzyli. Mężczyzna po drugiej stronie dziury również zapomniał o bólu w kolanach. Wiatr wiejący przez trzy płoty łopotał połami chłopięcych koszul jak małymi flagami; ciuchy i włosy dziewczynek zwisały niczym martwe. Skąd, do diabła, się tutaj wzięły i po co tutaj przyszły?

Starsza z dziewczynek rozejrzała się, sprawdzając okolicę i wydała z siebie lekkie westchnienie. Młodsza dziewczynka, wciąż utrzymując swój dziwny uśmiech, wskazała na chłopców.

– To miejsce jest chyba dobre, nie? – wymamrotała starsza siostra.

– Pewnie tak – młodsza siostra odpowiedziała głosem niespodziewanie chrapliwym na jej wiek. Dziewczęta zaczęły wyciskać rąbki spódniczek, lepiących się do ich szczupłych bioder.

Jeden z chłopców odezwał się odważnie.

– Skąd się wzięłyście?

Młodsza siostra podniosła głos w śmiechu; starsza nie powiedziała nic. Po prostu, ot tak, zaczęły podchodzić w prostej linii. Beztrosko skróciły dystans do chłopców. Usiadły przytulone plecami do zachodniej, rozgrzanej do białości strony pieca grzewczego.

– Ej! Nie możecie tak!

– My tego używamy!

Starsza siostra jednak nawet nie drgnęła.

– Ej, no weźcie. Tylko na chwilę.

Ze spokojem, cienki uśmiech młodszej siostry wypłynął na jej twarz.

– Chcemy tylko wysuszyć na tym ciuchy.

Nawet, jeśli tak faktycznie było – naprawdę mogły chcieć wysuszyć tam ciuchy – ich zachowanie było po prostu zbyt upiorne. Starszy chłopiec napiął się, nim się odezwał.

– No dobra! W zamian pożyczcie nam tę linę!

– „W zamian” za co?

Wszystkie buzie zaczęły nagle mówić jednocześnie.

– Tu jest piesek w środku i on, eee, wpadł do tego kotła.

– Kawał, kurde, fajnej liny . . . . . .

– Mamy tu żywą zdobycz!

Uproszone, siostry spojrzały w otwór w kotle i krzyknęły z zachwytem.

– Ej, siostra, tu w środku naprawdę jest pies!

– Wy debile!

Mężczyzna zabiera wzrok z dziury i prycha zirytowany. Z bólem, jego chorym kolanem wciąż wygiętym, chwiejnie zaczyna iść. Przechodzi przez brudną podłogę i wychodzi nad rzekę; bełkotliwie mamrocząc (głupie zasrane małe gnojki bez fiutków), staje i sika. . . . . . . . . (nie mogę wyszczać nawet połowy tego, co tu mam . . . . . .) Przewoźnik dostrzega mężczyznę, krzyczy coś i zaczyna rzucać kamieniami. Mężczyzna spluwa i dalej sika.

Z powrotem, nagle zatrzymał się przed szopą. Tuż za rogiem płotu, ktoś zaglądał w dziurę w nim, zerkając na złomowisko.

Stary wartownik napiął kark i wydął dolną wargę. Jego protezy pływały mu w ustach i wyglądał, jakby jego twarz się roztroiła. Czuł się, jakby stracił dobre imię. Rzucił się na mężczyznę. Gniewnie ryczał, jakby z wysoka, gdy drugi mężczyzna wstawał.

– Ej! Co ty tu u diabła robisz?

Absolutnie nie spodziewał się reakcji drugiego mężczyzny. Wyglądał na niewzruszonego, bez widocznego poczucia winy. Z błagalną miną, przycisnął środkowy palec lewej ręki do ust – jego palec wskazujący obcięty był u nasady – i silnie pomachał prawą ręką przed swoją twarzą, od prawej do lewej. Tym speszonym ostatecznie okazał się być stary wartownik.

– Co ty do cholery . . . . . . ?

– Hej, pan tu jest wartownikiem?

– A co, jeśli jestem?

– Czy to jest może, em, wejście dokądś? – Mężczyzna ściągnął wargi, zniechęcony wzrok wbił w ziemię i wymamrotał – Rzecz w tym, że, eee, moje, ten, moje córki . . .

– Twoje córki? . . . . . . Nie ma tu niczyich córek —

– Nie, naprawdę, moje córki . . . no, proszę zobaczyć przez tę dziurę . . . . . . zobaczy pan, że są tam . . . jakieś gnoje i . . . . . .

– Przez żadną dziurę nie będę patrzył. Widzisz pan, tutaj nie ma wstępu . . . . . .

– Dlatego ja, no, no, dlatego no ja mówię że powinien pan spojrzeć przez tę dziurę.

– Chcesz mi opowiedzieć moje przeznaczenie?

– . . . . . . Przeznaczenie?

– Jak mówiłem, tutaj nie ma wstępu.

– Cholera jasna . . . dlatego mówię przecież, że pan zrozumie, jak pan zerknie do środka . . . . . . tam są jakieś, jakieś naprawdę okropne dzieciaki w tym miejscu, do którego nie ma wstępu . . . . . . gdyby pan mógł, jakoś, je stamtąd wygonić, wziąć je gdzieś indziej . . . . . . proszę, panie, proszę . . . . . .

Gdy wartownik patrzył na mężczyznę przytwierdzonego wzrokiem do dziury, jego zakłopotanie przemieniło się w poczucie wyższości. Ten jego brudny, śmierdzący łeb . . . . . . gdyby na niego nastąpił, zupa wylałaby się z tej jego napuchniętej głowy . . . . . . Wartownik nie był jeszcze AŻ TAK stary; był na tyle zręczny by wciąż mieć wszystkie palce, nawet, jeśli był w trakcie powolnego umierania na alkoholizm . . . . . . nagle, drugi mężczyzna krzyknął. Gdy krzyczał, kilkukrotnie wskazał palcami na płot. Wartownik spojrzał przez dziurę.

*

Wpierw niezbyt zrozumiał znaczenie sceny odgrywającej się przed nim. Piesek został zmuszony do siedzenia na kotle. Wyglądało na to, że jakimś cudem, gdy wartownik nie patrzył, dzieciom udało się bezpiecznie wydostać szczeniaka z kotła. Po drugiej jego stronie, dwie dziewczyny stały twarzami do siebie. Chłopcy stali w oddali, otaczając je. To wszystko. To wszystko, co widział wartownik. O co, do cholery, tyle krzyku?

Starsza siostra powiedziała coś, zachęcając młodszą. Młodsza siostra stanęła w gotowości i gdy to zrobiła, wreszcie pojął znaczenie sytuacji. Dłonie dziewcząt oraz piesek były połączone liną. Lina, owinięta raz wokół szyi szczeniaka, opuściła dłoń starszej siostry i trafiła do młodszej. Na sygnał starszej, obie siostry równocześnie pociągnęły linę w przeciwnych kierunkach. Piesek z bólem machał głową w lewo i w prawo, próbując się wydostać, wycofując się. Oczywiście, nie udało mu się; ale też nie stała mu się żadna śmiertelna krzywda. Siły obu dziewczynek były nierówne; pomimo ich usilnych starań, szczeniaka ciągnęło w kierunku starszej siostry i w końcu spadł on na ziemię.

Chłopcy stali niczym martwe żaby; żaden nie zaproponował żadnej pomocy. Starsza siostra podniosła upadłego psa, przytuliła go do piersi i odchyliła jego szyję.

– Masz pan rację; to jest straszne.

– Po prostu okropne gnoje . . . . . .

I wtedy właśnie wydarzyła się nawet gorsza rzecz. Dziewczyna podała pieska swojej młodszej siostrze i tym razem przywiązała swój koniec liny do grubej rury wystającej z boku kotła, wskazującej w niebo w kształcie znaku „く” w hiraganie. Teraz posadziły psa z powrotem na kotle grzewczym i zawiązały linę wokół jego szyi. Wyglądało na to, że będą chciały ciągnąć równocześnie.

– Absolutnie — straszne!

– To są . . . moje córki . . .

– Och, to . . . to już zdecydowanie załatwi sprawę . . .

– Dlatego pana błagam, panie . . . . . .

– Dobra, ten jeden raz zrobię wyjątek i otworzę drzwi . . .

– Tak, panie, proszę pana . . . . . .

Stary wartownik poszedł do szopy po klucz. Starając się by nie wyglądać ani współczująco, ani życzliwie, ruszał się radośnie, ukrywając ból w nodze.

– Dobra, teraz . . . . . . zaczekaj pan tam, dobra?

W szopie znowu spojrzał przez dziurę w ścianie. Wyglądało na to, że eksperyment córek się udał. Ze zmartwionymi minami, dzieci stały wokół małego zwierzęcia, z którego oczu lała się krew; już się nie ruszało.

Z kluczem w ręku, wrócił do bramki; twarz mężczyzny były blade, oczy przekrwione, policzki umazane łzami.

– Dobra, weź się pan ogarnij.

– Ja po prostu . . . Nie wierzę, że te dzieci . . .

Gdy otworzył bramkę, wszystkie dzieciaki obróciły się jak jeden mąż. Martwy szczeniak wisiał na linie przywiązanej do rury. Nie umarł jeszcze całkiem; jego tylne łapy od czasu do czasu cicho drgały. . .

Pocierając dłonie, mężczyzna powoli podchodził do dziewczynek. Przemykając do nich, mówił głosem, którym ktoś raczej upominałby kota.

– Chodź, Yoshiko . . . . . . starsza siostro . . . . . . wracajmy do domu, co? . . . . . .

Młodsza siostra – jej cienki uśmiech z powrotem wypłynął na jej twarz – spojrzała na starszą. Starsza siostra dotknęła ramienia młodszej; zachęcając ją, zwinnie wycofały się na bezpieczną odległość. Ojciec ruszył za nimi równie szybkim ruchem. Nie było to jednak łatwe miejsce do przemieszczania się dla kogoś dorosłego; w końcu będzie musiał przejść okrężną drogą.

– Chodźcie, nie bądźcie takie samolubne . . . . . . Proszę was, po prostu posłuchajcie tatusia przez chwilę . . . . . .

– Nie chcę umierać, wiesz . . . . . . – powiedziała młodsza siostra wycofując się i szukając zgody ze strony swojej siostry.

– Co za debilka mówi takie rzeczy na głos! Jesteś żałosna!

Córki zrobiły trzy kroki do tyłu; ojciec musiał zrobić sześć. Córki uciekły na sześć kroków; ojciec musiał zrobić dwanaście.

– Skoro tak bardzo chcesz umrzeć, to sobie umieraj sam!

– Co wy mówicie! Dzieci, wy nie rozumiecie. Wasz tatuś żyje od was cztery albo pięć razy dłużej; musicie mnie posłuchać.

– Ja nie chcę, żeby mnie bolało!

– Zawsze będzie bolało!

– Starsza siostro, tego psa bolało.

– Och, daj spokój; bolało go tylko trochę . . . . . . gdyby żył, to by musiał żyć z tym bólem całe życie!

– Umieraj sobie sam jak chcesz!

– Przestańcie opowiadać głupoty! Przecież was nie zostawię i nie zaniedbam . . . . . . jak można mi kazać umierać samemu . . . jak można mówić tak samolubne rzeczy! Chodźcie, proszę . . . . . . słuchajcie, co mówię, proszę, uspokójcie tatusia . . .

Nieważne, jak długo to trwało, nie umiał za nimi nadążyć. Na końcu liny dyndał szczeniak powłóczący nogami. Mężczyzna, jakby szukając pomocy, spojrzał na drewnianą bramkę, a potem wokół na chłopców. Chłopcy w pośpiechu uciekli do końca płotu, po czym zniknęli po kolei.

– Jasne, rozumiem . . . – chęć pogoni uleciała z mężczyzny; zakopany po ramiona w złomie, stał przybity, całkiem nieruchomo. – W takim razie krzywdźcie tatę dalej, jak tylko umiecie, już do końca . . . . . . dzieci, póki wy żyjecie, wasz tatuś nie może umrzeć, wiecie . . . . . . naprawdę, wy, wy bałwany! Jak — gdzie niby zjecie dzisiaj obiad?

– Mam sto jenów – odburknęła starsza córka.

– Sto jenów?!

– Dostałam je od mojego przeklętego, starego ojca.

– Naprawdę? Pokaż! – jego głos wypalił bez namysłu.

– Nie; kupię coś i pójdę do domu.

– Czyli tak . . . . . .

Mężczyzna odwrócił wzrok z nieszczęściem w oczach. Przez chwilę, jego odwrócony wzrok wędrował w okolicach jego stóp. Nagle, miał pomysł. Szybko zdjął buty. Pokazując dziewczynom swoje buty, niezwykle pospiesznie powiedział: Dobrze, weźcie te; możecie je sprzedać za sto jenów . . . . . . Chodzi mi o to, że dzisiaj, wiatr jest taki . . . . . . czujecie to? Wieje z północy, to południowy wiatr . . . . .

– Ej, mówiłeś że już nigdy nie postawisz nic na łódki . . .

– Teraz mówię poważnie . . . . . . w dzień taki jak dziś, z takim wiatrem, dzieją się specjalne rzeczy . . . . . . coś wielkiego otwiera się w dni takie, jak ten; wasz tatuś zna się na takich rzeczach . . . . . .

– Uch, czy te buty są dziurawe . . .

– Kurde, dlatego mówię, żebyście je sprzedały za sto jenów . . . . . . widzicie, jakby naprawić podeszwy i zabrać je do pasera, to na pewno nie dostałybyście mniej niż trzy stówki za takie buty . . . . . . dalej, dajcie mi te sto jenów . . . . . . no dalej, szybko — ostatni wyścig się zaraz zacznie . . . . . .”

– Jeśli odkupimy od ciebie twoje buty, to nie umrzesz?

– Dziecko, niczego się nie nauczyłaś; przecież mówię, że póki wy żyjecie, to wasz tatuś nie ma prawa umrzeć!

Po wymianie butów na stujenową monetę, mężczyzna nie wrócił do drewnianej bramki. Szedł dalej trasą, którą uciekli chłopcy i przecisnął się przez ich sekretne przejście. W tym samym czasie, zza płotu rozniósł się dźwięk wielu butów rozbiegających się w jednym momencie. Być może chłopcy jednak nie wrócili do domów i zostali, by przyglądać się sytuacji przez dziurę w płocie.

Starsza córka, wciąż trzymając stare buty ojca, położyła je delikatnie na ziemi. Ta młodsza – cienki uśmiech znów wypłynął na jej twarz – lekko odkopnęła buty. Potem, dwie dziewczyny odwiązały linę od rury i opuściły nieruchomego już pieska na ziemi. Starsza córka pozbyła się psiego truchła w rzece.

Strażnik z szopy wydał z siebie jęk i zamknął oczy. Pod powiekami, widział dwa chwiejące się białe cienie. Już ma tego dość: nie może siedzieć w zamknięciu za tą dziurą. Wlekąc nogą, wytoczył się z wysypiska i bez patrzenia zamknął drewnianą bramkę.

– Hej, młode damy, może chciałybyście dostać sto jenów?

Jego głos był piskliwy; naczynka na nozdrzach napuchnięte; tyle kaszlał, że jego głos ledwo się z niego wydostał.

– Wasz staruszek, ech, taki, uch, taki utracjusz . . . kto to słyszał żeby facet boso wchodził na autostradę, żeby postawić na wyścig . . . . . . no to jak? Chcecie sto jenów?

Córki po prostu stoją beztrosko, spokojnie, małe, tyłem do rzeki.

– Hej, no to jak, powiedziałem — mówię, że dam wam sto jenów . . . . . . takiego dziada jak on możecie porzucić . . . . . . o czym on gada, południowy wiatr . . . . . . opowiada, że stanie się dziś wyjątkowego; co za bzdury . . . . . . prawda? Prawda? Hej ty, malutka, czemu zawsze masz ten upiorny uśmiech?

Usta młodszej córki rozciągnęły się jeszcze bardziej na jej twarzy . . . . . . z jakiego kąta by nie spojrzeć, wyglądało na to, że dziewczynka się śmieje . . . a jednak, z tą uśmiechniętą miną, wielkie krople łez przelewały się naraz z jej oczu.

– Ja się nie śmieję! – łkając i szlochając, nagle obróciła się w kierunku środka złomowiska i zaczęła iść.

– Urodziłam się z tą twarzą!

Rzucając mężczyźnie ukradkowe spojrzenie, starsza siostra też zaczęła iść. Młodsza siostra podniosła buty ojca; starsza linę; razem szły, jakby chciały wyjść na zewnątrz przebijając się przez wzgórze ze złomu.

– Hej, proszę, czekajcie! Mówicie, że nie chcecie tych stu jenów . . . . . . takiego tatę to wy powinnyście — powinnyście go zostawić, niech sobie sam zdechnie . . .

– Widzi pan, tatuś może teraz zarobi kupę szmalu i przyjdzie z tym do domu, no to . . . . . .

– Macie, sto jenów! . . . . . . Nie, po sto jenów! . . . . . . Razem będziecie miały dwieście!

Młodsza siostra niespodziewanie przestała iść. Stanęła przed kotłem grzewczym. Nachyliła ucho w kierunku jednej z wielu dziurek i wykrzyknęła z pozornym zaskoczeniem.

– Siostro, słyszę ocean!

Nie myśląc nawet, starsza siostra także przestała iść.

– A nie czasem wiatr?

– Nie, ja — to dźwięk oceanu; to on! Masz, sprawdź to; ano, to morze! Możesz zobaczyć ocean!

Przekonana, starsza siostra zerka. W międzyczasie, wartownik dokonał dziewczynki; chwytając starszą siostrę za nadgarstek, wcisnął stujenową monetę w jej dłoń.

– Trzymaj, sto jenów!

Dziewczyna jest jednak tak zatracona patrząc przez dziurę, że jej dłoń nawet nie stawia oporu. Cóż mogłoby tak zauroczyć te dziewczynki? Zżerany przez ciekawość, on też nabiera ochoty, by spojrzeć przez dziurę.

Promienie ulotnego światła wlatywały równolegle do wnętrza kotła. Na jego dnie znajdowała się wielka, czarna, falująca masa. Co to było? Gdy zmrużył oczy, widok nie kojarzył mu się z oceanem. Nie, chwila . . . . . . starzec, nie dowierzając, zamknął oczy i po chwili spojrzał jeszcze raz . . . . . . faktycznie, to ocean! . . . . . . To, bez cienia wątpliwości, jest ocean! . . . . . . Teraz, gdy wie dobrze, że jest to ocean, widok przypomina go jeszcze bardziej . . . . . . W głębokiej dolinie, przed oczami miga mu błyszcząca pochyłość; w momencie gdy pomyślał, że obraz pękł, zasięg jego wzroku poszerza się i wszystko, co jego oczy widzą, stało się oceanem.

– To łódź . . . . . . – Starsza siostra wyszeptała do jego ucha. Teraz widział też łódź. Widział białą, małą niczym kropka łódź na horyzoncie.

– Ocean zaraz się wyleje! – krzyknęła starsza córka; on też tak czuł i pospiesznie odsunął twarz od dziury. . . . Świat na zewnątrz pozostał niezmieniony, wysypisko wciąż tu było.

Starzec nagle poczuł zmęczenie nie do zniesienia. Kolana mu się trzęsły i ledwo stał. Dziewczynki, niosąc stare buty i linę, już odeszły. Oczywiście, brakowało mu sił żeby nawet za nimi krzyknąć i je zatrzymać. Mógł tylko myśleć, że nie mógł zrozumieć, czy młodsza córka naprawdę urodziła się z taką twarzą, czy może faktycznie się śmiała.

*

Przyszła noc. Starsza siostra ciągnąca linę i młodsza siostra niosąca buty ospale szły wzdłuż długiego rzędu domów pod autostradą krajową. Ulica była ciemna i pozbawiona lamp, pokryta przesadną ilością desek chowających dziury w drodze. Na wprost znajdują się rozpadające baraki. W nich, niskie okno, bez szyby, za to zabite dechami. Wystarczy odsunąć deski i od razu trafia się do pokoju. Upewniwszy się, że ich ojciec śpi, przekradły się tylnym wejściem. Na tyłach domu nigdy nie było drzwi; zawsze wolno było wchodzić i wychodzić wedle uznania.

Dwie dziewczyny, stąpając nawet ciszej niż wcześniej, podeszły do poduszki ojca. Starsza siostra łapie go za nos, żeby potwierdzić, że śpi jak zabity. Może wydawać się to lekkomyślnym, ale gdyby to było w stanie go obudzić, mogłoby to przeszkodzić w ich zadaniu. Ojciec ze zirytowaniem obraca głowę na bok, ale śpiący rytm jego oddechu nie został zaburzony.

Wpierw, muszą zawiązać linę wokół szyi ich ojca. Jednak przeciągnięcie poszarpanego końca sznura przez przestrzeń między jego szyją a futonem byłoby jak przepychanie bawełnianej nici przez ucho igielne. Może jest coś, czym mogłyby to przytrzymać? Zauważają rączkę miotełki do kurzu. Przywiązują do niej koniec liny; to był dobry pomysł. Przewiązują sznur dwa razy wokół szyi.

Teraz muszą tylko zrobić to, co już zrobiły ze szczeniakiem. Po przymocowaniu jednego końca do rączki, ciągną jednocześnie. Nie mogą jednak znaleźć odpowiedniej pozycji dla rączki i szyi ich ojca. Przeciągają cały futon po ziemi i ląduje on za każdym razem w innym miejscu. Gdy tylko wydawało się, że koniec liny zaraz poluzuje się i wypadnie z rączki, ich ojciec nagle obrócił się we śnie. Lina się poluzowała; musiały ją jeszcze raz umocować. Mogło być jednak gorzej, mógł zawsze obrócić się w złą stronę. Dobra; nie ma co się guzdrać. Obie dziewczynki wzięły głębokie wdechy i ciągnęły z całych sił za oba końce liny, całymi ciałami.

Niemal natychmiast, ich ojciec otworzył oczy. Wpatrywał się w swoje córki. Wyraz jego twarzy wskazywał, że nie wierzy w to, co się dzieje. Próbował coś powiedzieć, ale z jego ust nie wydostały się słowa; wydostał się za to napuchnięty język. Starał się chwycić linę, na ślepo uderzając rękami w przestrzeń, aż cała siła jego rąk uleciała; jego ciało jeszcze dwa, trzy razy spazmatycznie drgnęło, aż w końcu umarł.

Koniec pracy. Obie dziewczynki czuły, jakby ich płuca były o krok od rozerwania się. Są tak zaabsorbowane ciężkim oddychaniem, że przez pewien czas nic do siebie nie mówią. Po chwili zauważają szereg banknotów o nominale tysiąca jenów i wiele monet stujenowych wystających spod poduszki ojca.

Córki biorą jedną ze stujenówek, w zamian starannie kładąc stare buty obok poduszki ojca.

*

Lina i kij są dwoma najstarszymi „narzędziami” ludzkości. Kij odgania od nas zło, lina zaś trzyma przy nas dobro. To byli nasi pierwsi przyjaciele, których sami wynaleźliśmy. Gdzie można znaleźć ludzi, tam można znaleźć też linę i kij.

Nawet teraz są jak członkowie naszej rodziny, przenikając do każdego domostwa i żyjąc tam.

Kobo Abe. Sierpień, 35 rok ery Showa (1960)

Autor Jacek Wandzel

Niegdyś student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, teraz doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan Hideo Kojimy, Chrisa Avellone'a, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Jeśli spotkasz go na żywo, przygotuj się na awanturę o to, że nie oglądasz JoJo's Bizarre Adventure / nie ukończyłeś Red Dead Redemption II. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.