Komiks

II tom Batmana z serii Odrodzenie, Moon Knight oraz Hellboy: Spętana trumna to komiksy, nad którymi pochylamy się w kolejnej odsłonie dedykowanego cyklu, podpowiadając na które warto wydać pieniądze, a które zwyczajnie odpuścić. Jeśli zatem z uwagą oglądasz każdą wydawaną złotówkę, chcąc być przekonany o dobrej inwestycji, polecamy lekturę poniższego wpisu. Postaramy się wskazać zwycięzcę tego zestawienia.

Batman – Jestem samobójcą

Ten zeszyt to prawdziwa kanonada niespójności. Te widoczne są na każdym kroku, zarówno jeśli chodzi o przekaz, kreskę, jak i dobór autorów zeszytu. Z jednej strony bowiem, oddany w Twoje ręce został – w mojej prywatnej ocenie – niskich lotów komiks, nie poprawiający specjalnie swojego odbioru względem pierwszej jego części. Mam wrażenie, że potencjał tej postaci został zamknięty w kolorowej bańce, która na siłę próbuje dostosować się do kolejnego pokolenia odbiorców, spłycając nie tylko wydźwięk prywatnych problemów Bruce’a, ale i wprowadzając nielogiczne wątki.

Po cóż bowiem umieszczać postać Bane’a nijak nie przystającego do postaci, która dekadę temu łamała Batmanowi kręgosłup? Po co wprowadzać wątki rodem z Suicide Squad, wysyłając głównego bohatera komiksu na samozwańczą, samobójczą wręcz misję, z której najpewniej wyjdzie bez szwanku? Zbyt wiele w tym komiksie uogólnień; ponadto widać, że dedykowany jest on odbiorcom w wieku 15+, którzy tym podobne historie łykają jak młode pelikany. Wyjątek od powyższego stanowi całkiem nieźle napisany, aczkolwiek dodany nieco na siłę, miłosny wątek splatający (dosłownie i w przenośni) Wayne’a i Selinę Kyle. Tych kilka stron nie przemawia jednak do wyobraźni na tyle, aby tylko dla nich nabyć rzeczone wydanie.

Czy komiks to w pełni dopracowany i godny polecenia? Nie! Czy jest to synonim całkowitej porażki? Nie! Ale w dobie wydawania innych, o niebo lepszych historii, tę proponuję potraktować jako ostrzeżenie. Ustatkowani gracze bowiem nie mają w niej czego szukać.

Moon Knight – Z martwych

Moon Knight to natomiast komiks całkiem inny od wyżej opisanego. Nie tylko w kontekście podejścia do zdecydowanie bardziej dojrzałego czytelnika… nie tylko w kontekście samej jego struktury… Przede wszystkim ze względu na poważne traktowanie odbiorcy docelowego. I chociaż ten jeden tom opowieści, który rozczłonkowany jest przez następujące po sobie ledwie kilkustronicowe historie nie będzie w stanie w pełni oddać postaci Moon Knighta, tak jedna rzecz zdecydowanie wypada na jego plus. To kolorystyka komiksu.

Moon Knight

Panowie Declan Shalvey oraz Jordie Bellaire (rysownik i kolorysta) mogą podpisać się pod naprawdę doskonałą robotą. Komiks ten jest bowiem niezwykle efektywny; kadry walczą o pierwszeństwo swoją pomysłowością, przenikaniem się białymi paskami tła, na którym zostały osadzone. Mało tego, sam ich układ graficzny, jak i wszędobylska biel, w kontraście z kadrami wypełnionymi feerią barw, tworzą pierwszorzędne wrażenie.

Do powyższego dołóż jeszcze brutalność i fabularny minimalizm (odpowiada za niego Warren Ellis, którego postaci nawet nie powinienem Ci przedstawiać) a otrzymasz kompilację oryginalnych zeszytów nie tylko wartą zakupu, ale i polecenia. Bo kiedy komiks posiada wszystkie wspomniane cechy, a jego skrypt fabularny niejednokrotnie odwołuje się do mistycyzmu i wierzeń wiem, że zwyczajnie miło spędzisz z nim czas.

Hellboy: Spętana trumna

Hellboya zostawiłem sobie na koniec. Nawet nie dlatego, że wygrywa w cuglach ze wszystkimi wyżej wymienionymi. Nie dlatego również, że długo łudziłem się, iż naprawdę dobry Moon Knight nie ustąpi miejsca dziełu Mignoli. Przede wszystkim z tego powodu, że zachodzę w głowę, jak wcześniej mogłem mijać tę biblię każdego miłośnika komiksu całkiem obojętnie.

Jeśli i Ciebie cechuje powyższe, daj szansę temu albumowi. Spętana trumna choć jest kompilacją pomniejszych opowieści, w których główne skrzypce gra Hellboy, nie kontynuuje wątków bezpośrednio z pierwszego tomu, a nawiązuje do niego w licznych nieoczywistościach. Wzoruje się na Lovecrafcie – w komiksie znajdziesz zresztą wiele nawiązań do twórcy mitologii Cthulhu, ale i do Edgara Allana Poe; garściami czerpie bowiem z różnorodnych mitologii, zachwyca fabułą, niezwykle dojrzałą kreską i idealnie pasującym do powyższego herosem. Choćbyś miał dziecku odjąć od buzi, kup Hellboya. Warto!