TOEM Recenzja

W cyklu Kupka wstydu poprzyglądamy się trochę grom, które spłynęły do bibliotek w ciągu miesięcy Ustatkowanego grania po wyprzedażach, nocnych zakupach, bundlach czy po prostu w odmętach prywaty i pracy. Na pierwszy rzut: TOEM.


Czasem szukam w grach wyzwania – a nawet mam potrzebę jakiejś masochistycznej ekspresji i żeby jakiś tytuł nakopał mi do tyłka. Innym razem poszukuję wielowątkowych opowieści czy atmosfery, które da się zbudować tylko podczas dłuższej zabawy. Zdarza mi się szukać „resetu” w grach sieciowych. A czasami potrzebuję gry, która po prostu będzie przyjemna: jak kubek gorącej czekolady. Taką właśnie produkcją jest TOEM, niepozorny tytuł z początku jesieni autorstwa szwedzkiego Something We Made.

Tytułowe TOEM to tajemniczy fenomen w podróż za którym wyrusza Twoja bezimienna postać (wyglądająca nieco jak kuzyn Muminka). Nie jest to bynajmniej misja ratowania świata: ot, to po prostu fotograficzne wakacje pasjonata.

Tak, są koty i tak, trzeba im robić zdjęcia.

TOEM jest jak herbata zimowa albo dawno niewidziana bajka z dzieciństwa

TOEM wygląda wyjątkowo: wszystko jest czarno-białe, ale nie znaczy to, że klimat jest szaro-bury. Wręcz przeciwnie, TOEM jest zaraźliwie ciepłe i pełne charakteru. Ograniczona paleta kolorów nie jest tutaj, by atakować chłodem i wycofaniem; jeśli już, ma oddawać klimat komiksu z gazety lub ilustracji do Kubusia Puchatka czy Muminków. Cały ten świat jest wyśniony w podobny sposób, co tamte bajki. Ma w sobie dziecięcą, ale nie naiwną wrażliwość i szczerą akceptację nawet najdziwniejszych rzeczy. Takich, jak rodzina baloników żyjąca u podnóża gór – albo wybredny duch, który nie może znaleźć sobie randki.

Ten klimacik punktuje też chillwave’owa muzyka – ciepłe, elektroniczne bity i gitarki, nadające grze niezobowiązującą atmosferę. Choć niestety, nie każda z nutek wpada w ucho. Plus za to, że gra przy całym swoim niezależnym, puszczającym oczko nastawieniu nigdy z nim nie przegina. Jest dystans, jest urok, jest dowcip, ale jest to wszystko szczere i naturalne.

TOEM na szczęście pozwala Ci nadać tej historii szczęśliwe zakończenie

Kluczowa dla zabawy jest przy tym nie tylko oprawa, ale i izometryczna perspektywa. Po trójwymiarowych planszach biegają dwuwymiarowi bohaterowie i normalnie oglądasz otoczenia z wygodnego dystansu. Jednak wzięcie aparatu w dłoń daje Ci obejrzeć ten fantazyjny, dziwny świat z bardziej intymnej perspektywy. Czasem daje Ci to też ujrzeć rzeczy, których inaczej by się nie dało – np. księżyc, którego inaczej w izometrycznej grze nie zobaczysz. Czai się w tym przejrzysta ilustracja piękna fotografii: nie chodzi tylko o dar utrwalania ulotnych momentów w czasie, ale też okazję do spojrzenia na świat całkiem innym okiem.

Nie gra roku, ale na pewno gra weekendu

Fotografia jest głównym narzędziem interakcji ze światem, bo nie chodzi tylko o kolekcjonowanie pamiątek z wakacji. Żeby w ogóle gdzieś pojechać, musisz przede wszystkim „zarobić” na to stempelkami na swojej karcie turystycznej. Te zdobywasz poprzez fotograficzne wyzwania i pomaganie napotkanym ludziom. Często po prostu trzeba im zrobić korzystną fotkę lub coś dla nich utrwalić – czy to influencerkę z obiadem, czy żeby rozbudzić wspomnienia nostalgicznego dziadka. Niewiele jest faktycznych łamigłówek: większość „zagadek” można rozwiązać tu i teraz, albo chwilkę eksplorując mapkę.

Bo nie o łamanie głowy tutaj chodzi, tylko o czilerę, utopię osiągniętą przez pomaganie ludziom, oglądanie uroczych, zabawnych scenek i trochę artystycznej ekspresji. Zagadki w każdej grze będą te same, ale albumy każdego gracza zawsze inne. TOEM zostawia Ci duże pole do popisu i jest wyrozumiałe wobec Twojego kadrowania i ogólnego zmysłu estetycznego (lub jego braku). W końcu robisz pamiętnik z wakacji, a nie portfolio na konkurs fotograficzny. Jest to gra dla bezpiecznego, ale też bardzo intymnego eksperymentowania z wirtualnym aparatem. Zawsze utrwalisz coś „swojego” i zawsze będzie to coś ładnego. Jeśli już można się czepiać, to ilości miejsca w aparacie. 128 fotek to wbrew pozorom dość mało i zostawia niewiele placu na zdjęcia prywatne, które nie są potrzebne do zaliczenia misji.

Nie ma pośpiechu, nie ma gonienia Cię, nie ma kar. Nie ma też zbyt wiele grania, bo wprawny gracz poradzi sobie z TOEM w ciągu 4, może 5 godzin. Ale nie szkodzi, bo czasem nie tego szukamy w grach. Czasem potrzebujemy łyku gorącego kakao i poczuć komfort rogalika z dżemem; bez presji i bez spiny, za to z mocą otuchy. TOEM jest właśnie tym w formie cyfrowej i jestem tej grze za to bardzo, bardzo wdzięczny.

Plusy

  • oprawa wideo
  • humor
  • wakacyjny, chillowy klimat

Minusy

  • za mało miejsca w rolce
  • nierówna muzyka
5

Bardzo dobry

Dawniej student projektowania gier na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu, przez chwilę nawet doktorant. Kurator gier wideo katowickiego festiwalu Ars Independent. Wierny fan twórczości Hideo Kojimy, Yoko Taro i Shigesato Itoiego. Podobno napisał kiedyś tekst, który miał mniej niż 13 000 słów, ale plotka ta pozostaje niepotwierdzona. Ustatkowany Gracz. Z twarzy.