Broken Sword 5

Gdy ktokolwiek pyta mnie o ulubioną grę przygodową point-and-click, bez chwili wahania odpowiadam “Broken Sword”. Grałem w każdą odsłonę przygód George’a Stobbarta i choć seria miała swoje wzloty i upadki, jestem jej wierny. Dlatego z ogromną radością sięgnąłem po Klątwę Węża – piątą część, która pojawiła się ostatnio na PlayStation 4 i Xboksie One.

Revolution potrzebowało niemalże dwóch lat, aby wydana pierwotnie w końcówce 2013 roku na PC gra trafiła na najnowsze konsole stacjonarne. W międzyczasie wylądowała również na PlayStation Vita. Przenośna edycja Serpent’s Curse, którą miałem przyjemność sprawdzić w zeszłym roku, oferowała wszystko, za co kocham serię, a naprawdę interesujące wykorzystanie interfejsu przenośnej konsoli Sony dodatkowo wzmocniło pozytywną opinię na temat jej konwersji. Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po wersję dedykowaną PlayStation 4.

Musisz wiedzieć, że konsolowe wydanie nie różni się w zasadzie niczym od oryginalnego, więc jeśli miałeś okazję rozwikłać zagadkę tajemniczego obrazu „La Malediccio”, nie musisz kupować tegorocznej edycji. Aczkolwiek w porównaniu z wersją PSV zmieniło się sporo i właśnie tym dyferencjom postanowiłem przyjrzeć się bliżej…

Pierwsze, co natychmiast rzuca się w oczy, to oczywiście lokalizacja. Mówimy tu wprawdzie jedynie o polskich napisach, jednak jest to spory progres, dzięki któremu gra ma szansę trafić do znacznie szerszego grona odbiorców. Naprawdę istotnym elementem jest fakt, że tłumaczenie wypada bardzo dobrze. Nie wyłapałem żadnych lapsusów językowych, które uprzykrzałyby zabawę. Następne w kolejce jest sterowanie, dostosowane do możliwości joypadów. Z oczywistych względów nigdy nie będzie ono tak precyzyjne jak w przypadku myszki, jednak twórcy i tak spisali się na medal, dzięki czemu nie zauważyłem irytujących przestojów wynikających z trudności w precyzyjnym kierowaniu bohaterami. To właściwie wszystkie zmiany, których doświadczyła konsolowa wersja. Ale czym w ogóle jest Broken Sword 5: Klątwa Węża?

KLIKNIJ I OBEJRZYJ TRAILER GRY!

Genialną grą przygodową, mocno przypominającą dwie pierwsze części, które uważam za absolutne klasyki gatunku. Akcja ponownie ma miejsce w Paryżu. Z jednej z niewielkich galerii ginie niepozornie wyglądający obraz. W trakcie napadu właściciel niestety pada trupem, co ze zwykłego rozboju czyni sprawę dużo bardziej skomplikowaną. Oczywiście głównym bohaterem opisywanej przygody jest George Stobbart, któremu towarzyszy równie słynna reporterka Nico Collard. Przyznać muszę, że fabuła trzyma wysoki, charakterystyczny dla serii poziom. Mają miejsce delikatne twisty, okraszone czającą się tu i ówdzie intrygą oraz rozwiązaniami rodem z klasycznego kryminału. Sprawa jest o tyle skomplikowana, że skradzione dzieło ubezpieczone było w firmie, którą reprezentuje charyzmatyczny Amerykanin. Śledztwo bohaterowie prowadzą równolegle, wymieniając się w międzyczasie zdobytymi informacjami. W trakcie wyjaśniania sprawy brutalnej kradzieży, na rozwiązanie czekają wspomniany duet rozmaite zagadki. Poziom ich trudności został dobrze wyważony, nie licząc kilku banalnych wręcz wyjątków. Początkujący gracze być może znajdą w nich pierwiastek wyzwania, jednak bardziej doświadczeni detektywi rozwiążą je z… zimnym browarkiem w ręku, nie patrząc nawet na ekran telewizora. Wielka to szkoda, ponieważ seria kojarzy się dosyć mocno z elementami kombinatoryki wszelakiej. Co jednak cieszy, w grze zaimplementowano system podpowiedzi, w razie gdyby ktoś utknął w miejscu na amen.

Samo tempo dochodzenia rozkręca się jednak dopiero przy końcówce, jednak taki już urok serii Broken Sword – albo się ją kocha, albo nienawidzi. Historia kończy się po około 15 godzinach gry, co jest wynikiem w pełni zadowalającym. Miłym ukłonem w stronę weteranów przygód Stobbarta są doskonale znane z poprzednich odsłon postacie. Na pierwszy ogień idzie pewien żandarm, który ma pewien… krępujący problem. Oprawa wizualna również wypada pierwszorzędnie. Ręcznie malowane, kolorowe lokacje pełne są przemawiających do odbiorcy detali. Właściwie każdy ekran udowadnia, że twórcy włożyli masę pracy w ich przygotowanie. Nieco gorzej wypada jednak animacja samych postaci, które poruszają się niczym podpity Mokujin. Muzyka, kiedy już się pojawia, jest sentymentalnym powrotem i ukłonem w kierunku pierwszych części, wydanych m.in. na konsolę Sony PlayStation. Tak, tą pierwszą.

Klątwa Węża bez wątpienia nie jest chef d’ oeuvre brytyjskiego developera, jednak to tytuł, w który musi zagrać każdy fan gier przygodowych. Najwięcej wyciągną z tej produkcji przede wszystkim miłośnicy pierwszych dwóch części. Próbując ocenić obiektywnie tę grę, na pewno powinienem wspomnieć genialną The Book of Unwritten Tales 2, momentami bijącą produkcję Revolution Software na głowę. Czy jednak jakakolwiek recenzja jest obiektywna? Oceniam piątą część Broken Sword przez pryzmat wspomnień. Bo czy to, że są obecnie zespoły nagrywające dużo lepsze albumy niż Metallica sprawi, że przestanę ich cenić jako prekursorów gatunku?


Oto prawdziwie sentymentalny powrót do klasyki, w którym na pierwszy plan wybija się oprawa audiowizualna, fabuła…

…i zbyt proste zagadki.

Autor Adam Ginel

Adam to ustatkowany gracz z krwi i kości. Mąż, ojciec, a także wieloletni miłośnik elektronicznej rozrywki w formie wszelakiej. Gry wideo traktuje jako coś znacznie powyżej zwykłego hobby, wynosząc je ponad inne pasje – muzykę i książkę – dostrzegając jednocześnie, jak wiele mają one wspólnego z innymi sferami jego zainteresowań.