Overlord: Fellowship of Evil

Choć żadna z części Overlord nie odniosła spektakularnego sukcesu, Codemasters postanowiło stworzyć kolejną. Przygody przesiąkniętego złem Władcy i jego pociesznych minionów wspominam bardzo miło, więc na kolejną odsłonę tej produkcji czekałem z utęsknieniem już od chwili pierwszej zapowiedzi. Z przykrością muszę jednak stwierdzić, że nie tak wyobrażałem sobie efekt końcowy…

Po tym jak ostatni Władca zaliczył „czapę”, zło ma poważne kłopoty. Wszystko przez siły Lśniącej Sprawiedliwości, która krzewiąc dobro wypiera wszechobecny mrok. Miniony, pozbawione swojego pana, zadekowały się w podziemiach Mrocznej Wieży i pod przewodnictwem Mistrza Gnarla szukają sposobu na przywrócenie dawnego, cholernie wygodnego dla nich stanu rzeczy. W starej kaplicy odnajdują Wielką Księgę Zła, w której zapisano rytuał przywołania Netherghūli – czempionów ciemności, stworzonych ze szczątków największych złoczyńców. Tak w skrócie prezentuje się fabuła Overlord: Fellowship of Evil. W scenariuszu ponownie maczała palce córka Terry’ego Pratchetta – Rihanna – dzięki czemu historia jest pokręcona niczym ogon dorodnego knura, a przy okazji zawiera w sobie pokaźną dawkę humoru.

W najnowszej odsłonie serii zmieniło się…

…względem dwóch poprzednich, bardzo wiele. Największą nowością jest bez wątpienia możliwość wybrania bohatera, w którego będziesz chciał się wcielić. Do Twojej dyspozycji oddano czwórkę zmartwychwstałych złoczyńców – władającą potężnym mieczem wojowniczkę Infernę, nekromantkę Malady, lodowego maga Cryosa oraz dzierżącego dwa toporki, krasnoludzkiego rzezimieszka Hakona. Każdego z nich, oprócz broni, wyróżniają unikalne umiejętności, dające przewagę nad wrogami. Tu pojawia się kolejna nowość, bowiem zdolności antybohaterów oraz minionów da się rozwijać. Do tego dochodzi możliwość zakupienia oręża oraz przeróżnych rodzajów nakryć głowy dla wiernych do grobowej dechy podopiecznych. Wszystko powyższe nadaje grze nieco RPG-owej otoczki, jednak na rozbudowane drzewko skilli i punkty doświadczenia nie licz. Co więcej, wzrost siły Netherghūli nie ma realnego przełożenia na gameplay, więc szkoda czasu na zdobywanie specjalnych gemów odpowiedzialnych za upgrade’y. Spokojnie wystarczą ci te, które wpadną same w trakcie zwykłego przechodzenia gry.

Miniony nadal dzielą się na cztery kategorie. Brązowe to urodzeni witezie najlepiej sprawdzający się w zmasowanych atakach. Uwielbiające ogień czerwone, zachowują się niczym islamscy ekstremiści, szarżując na wrogów, aby ostatecznie eksplodować w ich objęciach i zadać potężne obrażenia. Zielone potrafią atakować z zaskoczenia, co sprawdza się szczególnie dobrze w przypadku wrogów trzymających się na dystans lub korzystających z tarcz. Niebieskie stwory nie stanowią żadnej wartości bojowej, jednak potrafią regenerować swojemu panu nadszarpnięte zdrowie. W trakcie pacyfikowania kolejnych poziomów musisz stosować rozmaite taktyki, aby oponenci, występujący najczęściej w znacznej przewadze liczebnej, nie posiekali cię na plastry. Kluczem do sukcesu jest umiejętne wykorzystywanie wspomnianych cech podopiecznych.

Rozgrywka jest bardzo dynamiczna, co w tym przypadku niekoniecznie działa na korzyść Overlorda. Wszystko przez to, że w trakcie największych bitew bardzo ciężko jest połapać się w tym, co aktualnie ma miejsce na ekranie. Feeria rozbłysków towarzyszących starciom wypala gałki oczne. Gdy przywołasz jednocześnie więcej niż dwudziestu pobratymców, a następnie wyślesz wszystkich do boju, nie masz szans na opanowanie swojej małej armii. Wyobraź sobie zatem, co zaczyna się dziać, gdy do zabawy dołączy więcej osób. I tu na scenę wkracza kolejna nowość! Ku przygodzie możesz wyruszyć nawet z trójką znajomych, zarówno w zabawie lokalnej, jak i za pośrednictwem Sieci. Wówczas gra zmienia się w całkiem bezmyślną sieczkę. Do tego stopnia, że zdarzyło się kilkukrotnie, iż nawet nie zauważyłem, kiedy mój bohater zaliczył zgon. Cholernie mocno brakuje jakiegokolwiek wpływu na ustawienie kamery, którą umieszczono relatywnie wysoko względem podłoża. W trakcie przebijania się przez kolejne poziomy trafisz również na proste zagadki logiczne, w których należy wykorzystywać miniony o odpowiednim kolorze.

Nowy Overlord prezentuje się…

…poprawnie. Kolorowa, wręcz cukierkowa grafika momentami potrafi oczarować. W trakcie podbijania kolejnych krain obrócisz w pył ludzkie osady, ale trafisz także na cmentarz, do kanałów, kopalni i magicznego raju. Lokacje zaprojektowano przyzwoicie, choć twórcy mogliby pokusić się o nieco większą swobodę rozgrywki. Poziomy są bowiem do bólu liniowe, a zboczenie z wyznaczonej ścieżki sprowadza się jedynie do odnajdywania skrzyń z magicznymi gemami. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie bardzo częste spadki framerate’u. Nie dość, że animacja zwalnia jak szalona, to w dodatku obraz potrafi zatrzymać się na dłuższą chwilę. Co ciekawe, sytuacja ta ma miejsce nie tylko w czasie prowadzenia ogromnych starć, ale nawet podczas spokojnej eksploracji terenu…

Całość ratuje jednak nieco udźwiękowienie. Muzyka doskonale komponuje się z aktualną sytuacją na ekranie, a kwestie wypowiadane przez miniony bawią do łez. Na Twojej drodze staną wysłannicy Lśniącej Sprawiedliwości – od zwykłego mięsa armatniego w postaci rycerzy począwszy, przez magów strzelających fireballami, niezwykle ruchliwe zombie, na różowych królikach i przerośniętych ślimakach skończywszy. Nie mogło oczywiście zabraknąć bossów, na których pokonanie każdorazowo należy odszukać konkretną taktykę.

>> Kolorowa grafika może przykuwać uwagę najmłodszych odbiorców, jednak ze względu na specyfikę zdecydowanie odradzam tę grę dzieciakom. W Overlordzie chodzi przecież o to, aby być złym, co z kolei sprawia, że produkcja Codemasters dedykowana jest dojrzałym odbiorcom. <<

Największa bolączką Fellowship of Evil nie są jednak wcale problemy ze spadkami płynności. Gra jest kurewsko zabugowana. Do tego stopnia, że ukończenie niektórych poziomów stawało się wręcz niemożliwe. Za przykład niech posłuży sytuacja, w której zablokowałem się za filarem i za cholerę nie mogłem się zza niego wydostać. Jedyne co mogłem zrobić to powrót do podziemi Mrocznej Wieży i rozpoczęcie poziomu od nowa, ponieważ gra nie posiada opcji „wgraj punkt kontrolny”. Owszem, takowe występują, ale wgrywają się po zgonie, a nie na życzenie… Wyobraź sobie co czułem, gdy po ponad dwudziestu minutach gry okazało się, że muszę restartować cały level. Do tego dochodzą znikające tekstury (przykład w galerii), błędy techniczne (jak np. wróg wyskakujący poza obszar gry) oraz glitche związane choćby ze zdobywaniem kosztowności. Całości farsy dopełnia tragiczne SI, zarówno minionów jak i samych wrogów. Podopieczni czasami zachowują się jak kapuściane głąby. Wielokrotnie wściekałem się na niebieskie stwory, które zamiast ochoczo mnie leczyć, biegły jak pojebana kura z wirusem H5N1 w poszukiwaniu czegokolwiek do zniszczenia. To samo dotyczy wrogów, którzy zamiast atakować najbliższe miniony, biegli do krat, za którymi akurat zablokował się jeden z podopiecznych antybohatera… Poziom trudności gry również nie został odpowiednio zbalansowany. Wydawać by się mogło, że powinien rosnąć wraz z postępami w grze. Nic bardziej mylnego. Bossów z ostatnich leveli pokonywałem bez problemów, podczas gdy ci, których spotkałem wcześniej potrafili napsuć sporo krwi. I nie było to bynajmniej wynikiem zwiększającej się siły mojego bohatera, lecz specyfiki samego starcia.

Czy warto zagrać w Overlord: Fellowship of Evil? Tak, jednak pod warunkiem, że występujące obecnie problemy doczekają się patcha. Na ten moment ilość błędów jest tak duża, że momentami produkcja Mistrzów Kodu (?) staje się zbyt frustrująca, aby móc z nią obcować. Grę ukończyłem w nieco ponad osiem godzin, przy czym musiałem powtórzyć kilka poziomów przez wspomniane wyżej bugi, co nie jest wynikiem imponującym. Jeśli podobały Ci się poprzednie części, poczujesz się jak minion w lochach Mrocznej Wieży. Jeśli jednak nie miałeś styczności z Overlordem, lepiej poczekaj na wersję demonstracyjną, którą z powodzeniem możesz przetestować przed sfinalizowaniem zakupu.


Co wypada najbardziej pozytywnie? Linia fabularna, charakterne miniony oraz możliwości rozwoju bohatera.

Odbiorcę przytłaczają jednak wszędobylskie BUGI liczne spadki animacji oraz algorytm sztucznej inteligencji.

Autor Adam Ginel

Adam to ustatkowany gracz z krwi i kości. Mąż, ojciec, a także wieloletni miłośnik elektronicznej rozrywki w formie wszelakiej. Gry wideo traktuje jako coś znacznie powyżej zwykłego hobby, wynosząc je ponad inne pasje – muzykę i książkę – dostrzegając jednocześnie, jak wiele mają one wspólnego z innymi sferami jego zainteresowań.