layersoffear2

Niespełna dwa lata temu w moim domu zagościł Observer. Kapitalny, jak się okazało, tytuł stworzony przez Bloober Team zaserwował mi kilka godzin hipnotycznej jazdy bez trzymanki, którą nadal wspominam z wielką przyjemnością. I to pomimo dojmującego zmęczenia fizycznego oraz psychicznego, związanego z intensywnością doznań przygotowanych przez krakowskie studio. Żadna inna gra od tego czasu nie sponiewierała mnie tak dobitnie, jednocześnie zostawiając z uczuciem specyficznego spełnienia.

Z wielkimi oczekiwaniami czekałem więc na ich nowe dzieło, czyli Layers of Fear 2. Tym bardziej, że w pierwszej odsłonie charakterystycznego horroru twórcy pokazali jak straszyć niekonwencjonalnie i skutecznie. Gra z 2016 roku nie ustrzegła się potknięć, ale zdecydowanie zaznaczyła swoją obecność w gatunku rozbudzając apetyty na więcej. Tegoroczna edycja nie jest bezpośrednią kontynuacją poprzedniczki, oferuje zupełnie inną historię, natomiast ponownie wciąga gracza w świat, w którym nic nie jest tym, czym się wydaje.

Nie ufaj swoim zmysłom…

Layers of Fear 2 nie jest grą sensu stricto. Analizowanie tytułu w ten sposób niemalże automatycznie wytrąca większość jego zalet. Wszystko dlatego, że studio Bloober Team tym razem w jeszcze większym stopniu postawiło na intensywne doświadczanie rozgrywki. Aktywność w sferze gameplay’u ograniczona została do niezbędnego minimum (poruszanie się i interakcje z otoczeniem, a najczęściej z… drzwiami), właśnie po to, aby intensywnie oddziaływać na zmysły gracza. Efektem ubocznym jest jednak znaczne zawężenie docelowej grupy odbiorców, którzy będą chcieli dać się ponieść klimatowi i zanurzyć w wielowarstwową, szaloną opowieść.

Opowieść zagadkową, prowadzoną z perspektywy kilku postaci, zawiłą i niejednoznaczną, wymagającą skupienia na szczegółach, metaforyczną oraz alegoryczną. Bardzo często też prowadzącą percepcję gracza na manowce, bez konkretnych wyjaśnień. Kierowaną do osób, które od gier oczekują czegoś więcej niż tylko ukończenia wątku fabularnego, szukających rozwiązań wymykających się schematom, dających więcej pytań niż odpowiedzi. Dokładnie tak działa Layers of Fear 2, stając się finalnie dziełem mającym tyleż samo adwersarzy, co krytyków.

Ostatni kadr, okraszony notabene świetną muzyką skomponowaną przez Arkadiusza Reikowskiego, pojawił się na ekranie mojego komputera już kilka dni temu, a ja nadal analizuję ciąg przyczynowo skutkowy, który doprowadził mnie do zakończenia. I pomimo braku jednoznacznego przekonania co do interpretacji scen końcowych, mój pokręcony, ustatkowany umysł cieszy się, że właśnie taki finał otrzymał. Do tej pory też jednak mam mieszane odczucia, dotyczące mojej percepcji tytułu.

… gdyż nie są najlepszym drogowskazem.

Z jednej strony jestem pod ogromnym wrażeniem audio-wizulanej strony Layers of Fear 2. Grafika dopieszczona do poziomu najdrobniejszych detali, wspierana wspomnianym wyżej, kapitalnym soundtrackiem, to połączenie iście wzorcowe. Poszczególne lokacje odwiedzane w ramach realizacji fabuły zaskakują spójnością między tym co widzimy i co słyszymy, wielokrotnie oddziałując w sposób przyćmiewający dziejącą się w tle akcję. Także sfera odgłosów, kluczowa w kontekście bombardowania intensywnymi bodźcami, wywiązuje się ze swojej roli bardzo dobrze.

Sytuacja robi się natomiast bardziej skomplikowana, kiedy próbuję na chłodno ocenić warstwę fabularną Layers of Fear 2. Wcielamy się w postać aktora (dla przypomnienia w pierwszej części był to malarz), uczestniczącego w zdjęciach do filmu, realizowanego na potężnym statku wycieczkowym. W miarę upływu czasu jednak oraz eksplorując kolejne, mroczne zakamarki stworzonego przez Bloober Team mikro uniwersum, wpływ coraz bardziej zagmatwanego wątku na sposób odbioru całości staje się mocno widoczny.

Jego niejednoznaczność, mocne zacięcie psychologiczne oraz przenoszenie miana głównego bohatera na różne postacie, przy jednoczesnych bardzo częstych nawiązaniach do historii kinomatografii, w moim przypadku przerodziło się we wrażenie zagubienia. Do tej pory myślałem, że jestem w stanie przetrawić spore dawki abstrakcji, ale Layers of Fear 2 skutecznie ten pogląd zweryfikowała.

Doświadczenia podobne do tych serwowanych przez niezwykle kreatywny zespół Bloober Team nie należą do najmilszych, a tym bardziej najłatwiejszych w odbiorze. Z tego też względu po ich dzieła sięgać należy z pełną świadomością wiążących się z nimi kontrowersyjnych doznań. Trzeba wyzwolić w sobie spore pokłady podatności na poruszanie się w przestrzeni, w której w gruncie rzeczy to my nadajemy sens naszym poczynaniom, wytężając zmysły w poszukiwaniu właściwej dla nas interpretacji. A wszystko po to, aby jeszcze długą chwilę po napisach końcowych siedzieć przed komputerem z wyrazem zdziwienia na twarzy.

Ja, osobiście, za to właśnie uwielbiam twórczość Bloober Team. Oby tak dalej!

Bloober Team udowodniło, że czuje się bardzo dobrze w kreowaniu niezwykle klimatycznych rozwiązań, leżących na styku horroru i psychologii. Layers of Fear 2 jest pozycją obowiązkową dla wszystkich lubiących właśnie takie połączenie.

Wielowarstwowość rozgrywki może być jednak nie do przeskoczenia dla mniej odpornych na takie doznania graczy. To samo dotyczy ilości otwieranych drzwi, która z pewnością może być rozpatrywana w kategorii rekordu.