Batman

W siódmej części naszego komiksowego cyklu wzięliśmy na warsztat albumy, z niezwykle wyrazistymi postaciami, znanymi doskonale nawet w kraju leżącym nad Wisłą. Co więcej, są to herosi, którzy niejednokrotnie romansowali z grami wideo, będąc odebranymi co najmniej (bardzo) dobrze. Zerknij wraz ze mną na gorące jeszcze wydania Batmana i Wolverine’a, a po przeczytaniu opinii na ich temat wybierz się do księgarni. Lub nie.

Batman: Jestem Gotham

Na temat Człowieka-Nietoperza można byłoby napisać co najmniej pracę magisterską. Wynika to nie tylko z wyjątkowej na skalę światową popularności uszatego herosa ale również z licznych zawiłości fabularnych upstrzonych w tysiące wątków głównych i pobocznych, powstałych na kartach komiksu od czasu narodzin tego charyzmatycznego bohatera. Aby niejako zapobiec odpływowi czytelników i zapewnić płynność finansową wydawnictwa, ogłoszono nową inicjatywę (zrobił to sam Jim Lee – jedna z najważniejszych obecnie osób w DC; tak wiem doskonale, że kojarzysz Jima jeszcze z czasów marvelowskich kadrów dla X-Men…), polegającą na zrestartowaniu uniwersum zamieszkałego m.in. przez Batmana, które miało zastąpić tak zwane The New 52, czyli linię zeszytów wydawanych u nas przez Egmont pod szyldem Nowe DC Comics, a których recenzję niejednokrotnie miałeś okazję czytać na blogu. Ów restart szumnie nazwano „Odrodzeniem” a w jego ramach wydano Batman – Jestem Gotham. Komiks średnich, jak na Bruce’a Wayne’a, lotów.

Nawet oceniając ten zeszyt przez pryzmat zaczytanego w komiksach 35-latka, a nie młodzieńca z sypiącym się pod nosem wąsem, nie mogę nie zwrócić uwagi na fabularną miałkość, która nijak nie przystaje do wzbudzającej strach w licznych wrogach postaci Batmana. Obecność rodzeństwa, pseudonimy którego wołają o pomstę do nieba, dodatkowo wprowadza lekkie zamieszanie, co kłóci się z zamysłem całego „Odrodzenia”. Z drugiej strony, odpowiedzialny za skrypt Tom King w nieco ironiczny sposób podejmuje kwestie związane z istotą superbohaterstwa, co wychodzi komiksowi na plus (osobiście poczytuję to jako dystans do samego siebie i medium, które ten reprezentuje). Ponadto, umiejętnie nawiązuje do stałych motywów pojawiających się w historiach o Batmanie, w czym wtóruje mu odpowiedzialny za warstwę graficzną David Finch. Wprawdzie nie zakochałem się w jego kresce, ale i niczego nie mogę jej zarzucić. Ot jest, choć momentami wpada w uchwytną pompatyczność.

Mieszane uczucia mam głównie dlatego, że pierwszy tom serii dostarcza lekkiej rozrywki podanej we względnie atrakcyjnej wizualnie formie, ale nie zabija na miejscu. W mojej opinii szwankuje również lekko rozczarowująca fabuła, należąca do z gruntu przewidywalnych. Ale czy jest to komiks zły? Absolutnie nie. Ot, nie dedykowany grupie odbiorców, jaką siłą rzeczy reprezentuję.

Wolverine: Trzy miesiące do śmierci

Recenzję komiksu zacznę od tego, że przewrotność jego tytułu sprawiła, iż poświęciłem chwilę na rozmyślania, zanim w ogóle go otworzyłem. No bo jak to? Śmierć i Wolverine? Czyżby jeden z najbardziej rozpoznawalnych i lubianych bohaterów Marvela posiadał słaby punkt, którego nie omieszkał wykorzystać kolejny z rzędu oponent? A może za chwytliwym leadem skrywa się nieuleczalna choroba, która nie daje nadziei na lepsze jutro?

Wolverine

Otóż nie! Za komiksem, za który odpowiadają Paul Cornell (scenariusz) oraz Ryan Stegman i Gerardo Sandoval stoi – co jest jego największym mankamentem – chaos fabularny i wynikający z tego tytuł. Warto w tym miejscu dodać, że podczas Marvel NOW! Logan stracił zdolność regeneracji, co wiązało się z obniżeniem zdolności bojowej i podatnością na czynniki takie jak chociażby alkohol czy fajki. Cóż jednak z tego, skoro nieświadomy powyższego odbiorca, chwytając z komiks zderzy się z historią wyrwaną z kontekstu większego wydarzenia? Co więcej epizodów nań się składających, które nie były w Polsce publikowane, co przekłada się na chaos zabierający całą przyjemność z lektury.

Pomijając powyższe, aczkolwiek w ocenie ustosunkowując się wspomnianej słabości, warto dodać, że wymienieni wyżej rysownicy dobrze oddają aspekt humorystyczny komiksu, który absolutnie nie gryzie się z ich umiejętnością kadrowania scen. Co więcej, postacie spod ich pióra cechuje charakterystyczny sznyt, miejscami kojarzony (szczególnie w postaci Wolverine’a) ze szkicami wczesnego Madureiry i niezapomnianego Logana jego autorstwa, kiedy ten spełniał się jako rysownik serii Uncanny X-Men – zerknij tylko na grafikę powyżej.

W ogólnym rozrachunku, komiks wart jest przeczytania. Czy kupna, to już osobna kwestia. Jeśli jesteś fanem tej postaci, ogarniasz w stopniu lepszym niż podstawowy perypetie uczniów Xaviera, nie wahaj się ani chwili. Jeśli jednak od kolorowych postaci i nieprzemyślanej fabuły doceniasz głębszą refleksję, przekaz i relacje z wykreowaną postacią, odłóż pieniądze na bardziej zasługujące na miano doskonałych komiksy. A takich, wydanych pod szyldem wydawnictwa Egmont, nie brakuje.


W chwili kiedy czytasz te słowa, mieszkańcy Ameryki Północnej mogą cieszyć się pozycjami takimi jak The Evil Within #2, Wolfenstein #2, Warhammer 40 000: Dawn of War III #3 (we wszystkich wymienionych przypadkach współautorami komiksów byli Polacy, odpowiednio Szymon Kudrański, Piotr Kowalski oraz Grzegorz Brobrowski), Quake: Champions #2 oraz Assassin’s Creed: Awakening Vol. 2. A to jedynie komiksy z wydawnictwa Titan Books. O komiksach spod szyldu Dark Horse (Halo: Adult Coloring Book, Overwatch Anthology Vol. 1, Plants vs. Zombies: Lawn of Doom) nawet nie wspominam…