Smród, cisza, strach i przerażenie. Właśnie takie odczucia towarzyszyły mi podczas pierwszego wejścia na USG Ishimura. Nazywam się Isaac Clarke, jestem inżynierem ds. systemów statku na USG Kellion i razem z załogą odpowiadamy na sygnał S.O.S. wysłany z tego wielkiego planetołamacza. To miała być rutynowa misja ratownicza mająca miejsce w pobliżu planety Aegis VII w 2508 roku.

– Matko jedyna, automatyczne dokowanie nie działa! Spadamy, lecimy wprost na Ishimurę!

– Proszę postępować zgodnie z zaleceniami i przełączyć na ręczne sterowanie – NATYCHMIAST!

– W polu magnetycznym? To szaleństwo! Nie uda nam się, mamy przesrane – PRZERWAĆ!

– NIE! Kapralu wydałem rozkaz! Proszę wykonać polecenie lub zostanie to uznane za niesubordynację!

Z pomocą kosmicznych mocy i marnymi skutkami udało nam się wylądować na USG Ishimura. Żyjemy i w małej ekipie przygotowujemy się do wejścia na pokład tego planetołamacza. Olbrzym nie jest sobą, wita nas umiarkowaną ciszą, alarmowymi sygnałami i nieodpartym poczuciem wszechobecnej śmierci. Ogólna ciemność i brak komitetu powitalnego również nie wróżą niczego dobrego.

Razem z załogą udaliśmy się do losowo pomieszczenia w zerowej strefie, ale nie było tam żywej duszy. Co się tutaj dzieje? Kapitan nie odpowiada, załogi brak, a wszędzie tylko tak wyraźnie słyszalna w kosmosie cisza. Na jednym z warsztatowych stołów znajduję piłę plazmową, a wyżej na ścianie spostrzegam napis z krwi: „Tnij kończyny”. Że co?

Rozlega się głośny alarm informujący o kwarantannie. Robi się ciemno. Słyszę podejrzany hałas w szybach wentylacyjnych. O Boże, to jest razem z nami w pomieszczeniu! Widzę jak obrzydliwy, zdeformowany stwór pozbawia życia naszego ochroniarza, wbijając mu ostrza w plecy. Krew tryska na boki, kiedy dobry człowiek ginie w męczarniach rozerwany na kawałki. Co się tu wyprawia? Co to do cholery było?

Uciekam ile sił w nogach przed siebie, a za plecami czuję wstrętny oddech tego potwora. Widzę windę, otwieram drzwi i wciskam przycisk. Udało się, chyba go zgubiłem. Zjeżdżam na dolny pokład i po otwarciu drzwi znów mam przed oczami to szaleństwo – pamiętając czerwony napis, strzelam z piły w kończyny maszkary, która po rozczłonkowaniu wreszcie zdycha. Do końca życia zapamiętam te okrutne jęki, skowyt i widok latających po pomieszczeniu przeszczepów. Udało się, stwór nie żyje. Teraz muszę odnaleźć resztę członków załogi – musi ktoś tu być, przecież to olbrzymi planetołamacz!

Czuję się dziwnie, niespokojnie, nieswojo. Zjeżdżam windą jeszcze niżej i widzę dwa korytarze – jeden prowadzi do jadalni, kolejny do… kostnicy. Całkowicie nie wiem czemu wybieram ten drugi i pomału posuwam się do przodu z wycelowaną piłą przed siebie. Otwieram drzwi i widzę… czy to jest jakiś sen? Podobne indywiduum zjada czyjeś zwłoki! Tych bestii jest więcej! Druga agresywnie patrząc na mnie przygotowuje się do ataku w kącie sali. Strzelam, tnę, zabijam, aby tylko przetrwać… Boże, ile mięsa i krwi! Podchodzę do ofiary, klękam tuż obok niej… Okazuje się, że to kapitan. Biedny człowiek. Jego mina dobitnie wskazuje na to, że musiał konać w męczarniach. Jeśli tak wysoko postawiona osoba nie żyje, czy komukolwiek udało się uciec przed tymi wygłodzonymi stworami?


Kartą magnetyczną otwieram pokój dowodzącego i znajduję tam pistolet linowy. Mocna broń, pozwalająca w większym zakresie przecinać żywe tkanki – kolejny krok zwiększający prawdopodobieństwo przeżycia, wydostania się z tego statku i zakończenia koszmaru. Na biurku leżały takżę notatki dotyczące planety Aegis VII, znalezionego tam tajemniczego artefaktu i… nekromorfów, próbujących w brutalny sposób pozbawić życia całej załogi. A jednak! Koleżanka z ekipy – Kendra, przeżyła! Słyszę jej niknący w przestrzeni głos:

– Isaac? Żyjesz? Jesteś tam?

– Tak. Udało mi się uciec tym pokrakom, jestem w pomieszczeniu kapitana i właśnie szczątkowo dowiedziałem się co tu się wydarzyło.

– Isaac, musimy się stąd wydostać! Nie wiem jeszcze jak, ale w tym miejscu aż roi się od tych zmutowanych potworów – nieżyjących członków załogi.

– Wiem. Kellion jest rozbity, a po dwóch awaryjnych statkach nie ma śladu. Czy mamy jakąkolwiek inną opcję ucieczki?

– Szszszszczczszcz…

Cudownie, po prostu cudownie! Ona zna się na komputerach, a ja na systemach tego statku, więc jest szansa na powrót do domu. Tylko w jaki sposób? Jasna cholera, do drzwi znów dobijają się te maszkary. Muszę nieustannie mieć głowę na karku, bo inaczej spotka mnie taki okrutny los kapitana.

Widzę drugie wyjście – ulga. Otwieram drzwi i… cała chmara tych rzeźników-starszydeł biegnie w moją stronę. Celuję pistoletem linowym, strzelam, a resztki ciał fruwają na wszystkie strony. Boże, jakie to obrzydliwe i okropne. Ponownie przeżyłem ale czy uda nam się stąd wydostać? Ile jeszcze jest tych stworów na pokładzie?

Czy ktoś usłyszy nasze błagalne krzyki w tej kosmicznej otchłani?

Ktokolwiek?