Crossing Souls

Crossing Souls mogło migać Ci na radarze w ostatnim roku jako część „indyczego” katalogu Devolver Digital – ja sam czekałem może nie z wypiekami, ale z rozczarowaniem odbierałem brak informacji o dacie premiery w 2017 roku. Ta 16-bitowa gra kusząca nostalgiczną jazdą przez lata 80. w towarzystwie grupki dzieciaków zapowiadała się nad wyraz obiecująco, chociaż na podstawie trailerów nie umiałem określić, czym właściwie jest.

Teraz dzieło Fourattic wreszcie ujrzało światło dzienne, a ja mogę Ci trochę o nim opowiedzieć. Nie jest łatwo określić tę produkcję, więc zacznijmy może od tego, czym ta gra nie jest. Otóż, nie nazwałbym Crossing Souls…

…dobrą historią.

Cucącym szokiem było dla mnie odkrycie, jak źle napisana jest ta gra. W zasadzie od pierwszych chwil zapali Ci się lampka, gdy zaczniesz wczytywać się w dialogi. Skrypt jest pieruńsko sztywny, stylistycznie mętny i po prostu zbyt długi, bo pojedyncze wypowiedzi bohaterów trzeba przewijać przez nawet cztery okienka dialogowe. To najpewniej wina tego, że Fourattic to studio hiszpańskie – Crossing Souls przydałby się zarówno scenarzysta znający „mówiony”, naturalny angielski, jak i porządny, surowy korektor. Może pomogliby też z dziwnym, rwanym tempem narracji?

Scenariusz Crossing Souls to nawet nie jedna, spójna historia; to raczej pretekst dla autorów, by wysypać na Ciebie wór z kliszami i nawiązaniami. Taki popkulturowy festyn sprawdza się w krótkich formach, jak Kung Fury; rozciągnięta na dłuższy format aluzyjna kanonada jest już niestrawna. Z początku, ilość nawiązań do innych dzieł czy klasyków kina lat 80. jest nawet urocza. Super wygląda pokój jednego z bohaterów, wytapetowany plakatami z filmów; w wątku głównym dochodzi do karkołomnej próby połączenia klimatu z kreskówek pokroju G.I. Joe z paranormalną intrygą rodem ze Stranger Things i stylistyką filmów o nastolatkach takich jak „Stań przy mnie” czy „Goonies”. Efekt końcowy przypomina raczej szkolne opowiadanie autorstwa dziesięciolatka – tyle, że bez uroku.

Crossing Souls

Sprawy nie ratuje paczka bohaterów. Przyjaciół jest aż pięciu, ale to jedynie stereotypy, do których nie sposób się przywiązać. I tak Chris to nudny lider drużyny, àla Fred ze Scooby Doo. Matt to z kolei nerd – i to taki, że on i jego rodzice trzymają w garażu sprzęt, jakim nie pogardziłby Doc Brown. Duży Joe jest czarny i gruby. Chłopczyca Charlie jest tu tylko po to, by Chris mógł się do niej ślinić. Kevin, młodszy brat Chrisa, to z kolei obleśny, hiperaktywny szczyl. Z wyłączeniem szczeniackich zalotów Chrisa wobec Charlie, te dzieciaki ledwo budują ze sobą widoczne więzi. O ile w Life Is Strange czy Night in the Woods doskonale wiedziałem, dlaczego bohaterowie ze sobą trzymają, tutaj nie ma nic.

A zatem gra dobrą historią ewidentnie nie przekonuje. To może Crossing Souls jest…

…grą przygodową?

Crossing Souls, oddając w Twoje ręce pięć postaci, podejmuje próbę przeniesienia przygodowej formuły Maniac Mansion czy Day of the Tentacle na bardziej współczesne, przyjazne dla pada pole – stąd spora część gry poświęcona jest eksploracji i odkrywaniu drogi do następnych etapów z wykorzystaniem piątku dzieciaków. Problem leży w tym, że zagadki są tutaj równie niedopieszczone, jak scenariusz.

Bohaterowie choć różnią się umiejętnościami, w kwestii ich różnorodności i wykorzystania unikalnych zestawów już nie zaskakują. Ale nawet pomijając średnio udaną redystrybucję zadań pomiędzy bohaterami, zagadki po prostu nie angażują. Łamigłówki są niezwykle statyczne, a rozwiązania są niemal zawsze oczywiste. Nieważne, czy to część starcia z bossem, czy pułapka do rozbrojenia. Od razu wiesz, gdzie trzeba strzelić, a co Joe może przesunąć i dokąd. Kuriozalna jest „zagadka”, w której należy wpisać hasło – niby można znaleźć jego fragmenty w terenie, ale szybciej rozwiążesz ją metodą prób i błędów. Nigdy nie jest trudno, prawie zawsze nieznośnie.

Ok, przygódowka jest to średnia. Ale może jest udaną…

…grą zręcznościową?

Crossing Souls, gdy nie każe Ci rozwiązywać banalnych zagadek, okazuje się być grą bardziej arkadową – bardzo wiele czasu spędzisz tu walcząc, skacząc po platformach i biorąc udział w prostych mini-grach. Wszystkie trzy segmenty zręcznościowe łączy jednak jedna rzecz. Są złe.

Crossing Souls

Walka jest w Crossing Souls wybitnie monotonna. Postacie obracają i ruszają się mozolnie, a animacje ich ataków i uników są stanowczo zbyt długie – chaotyczna AI wrogów sprawia, że ciężko wstrzelić się w konkretny rytm podczas walki, ale łatwo już dostać w twarz kompletnym przypadkiem. Szczególnie, że każdy atak, unik czy skok zużywa wytrzymałość, która wyczerpuje się w grze w niesamowitym tempie. Podczas walki wychodzi też problem opisany wyżej, czyli brak różnorodności wśród postaci.

Sekcje platformowe, których jest nadzwyczaj dużo, wypadają jeszcze gorzej. Tu również we znaki daje się toporne sterowanie, ale w skakaniu wybitnie przeszkadza już oprawa – izometryczna perspektywa średnio nadaje się do oddawania precyzyjnych skoków, a pixel art, który nieszczególnie oddaje poczucie głębi, potęguje ten problem. Sprawy nie ułatwia źle zrobiona kolizja z platformami, która dobija gwóźdź do trumny, a w której autorzy z premedytacją pochowali czytelność. Skakanie wypada źle już na początku gry, gdy tempo oddawanych skoków jest senne; całkiem nieznośnie robi się pod jej koniec, gdy Crossing Souls wymaga precyzji, jaką ciężko zaprezentować na przedstawionych warunkach.

Walka i akrobacje przeplatane są mini-grami, ale nie powiem, by szczególnie ożywiały one rozgrywkę. Raz, że ich poziom trudności w najlepszym wypadku nazwałbym upierdliwym, dwa – że zostały zrealizowane mało ambitnie i nie wnoszą nic do całości. Wymijanie przeszkód na rowerze czy bezsensowny segment przypominający brawlera nie mają narracyjnego wymiaru, który posiadały leniwe poranki w Life Is Strange czy przerywniki z Night in the Woods, jak gra w zespole, rozwalanie aut na wysypisku. To najwyżej natręctwa dorzucone do gry, by wydłużyć czas jej trwania.

Zaczynam myśleć, że recenzowany tytuł nie jest grą, bo kojarzy mi się z czymś kompletnie innym.

Otóż Crossing Souls jest nastolatkiem!

Gra Hiszpanów jest właśnie jak typowy, zagubiony nastolatek. Non-stop rzuca aluzjami czy cytatami, których nie rozumie. Niby wygląda nieźle, ale jak przyjrzysz się chwilę, to widać pryszcze pod podkładem czy przetłuszczoną grzywkę. Coś tam wie i czai się w tym dzieciaku potencjał, ale do każdej pochwały dodasz, że jest nieźle „jak na nastolatka”. Ma, oczywiście, własne zdanie i pomysł – ale króluje niezdecydowanie. Kaprawą robotę odwalili tutaj rodzice z Fourattic. Jest jednak koronna różnica – nastolatek może dorosnąć. Crossing Souls na dobrą produkcję już nie wyrośnie. Tak, jak w pewnym momencie nie wypada bujać się w towarzystwie licealistów, tak nie ma co spędzać czasu ze słabymi grami.

Grę otrzymaliśmy dzięki uprzejmości sklepu GOG.com


Crossing Souls oferuje okazjonalny ładny widoczek i Spielbergową muzykę.

Z prędkością DeLoreana z gry ulatuje konsekwencja, a fabuła nigdy nie zdradza potencjału. Powstają więc mierny, zręcznościowy gameplay i nudne zagadki.