No Man's Sky

Z dnia na dzień, z coraz większą obawą przyglądam się rosnącej w zastraszającym tempie ilości bodźców audio-wizualnych, w różny sposób wpływających na nasze dzieci. Niestety zdecydowana większość z nich miast stymulować, powoduje stopniowe otępianie młodych latorośli.

Ogłupiające reklamy, uwłaczające inteligencji bajki, wszechobecne rozpraszacze w postaci smartfonów czy tabletów mogą stanowić poważne zagrożenie dla chłonnego jak gąbka, rozwijającego się jeszcze człowieka. Niektórzy w podobny sposób odbierają też gry wideo. Ja jednak jestem zdania, że medium to samo w sobie szkód nie powoduje. Kiedy jednak eksplorowanie jego meandrów przez dziecko pozbawione jest jednoczesnego udziału opiekuna, wtedy właśnie może skutkować mniej lub bardziej dotkliwymi reperkusjami.

Dlatego też pomimo oczywistej fascynacji kulturą gier i szeroko pojmowaną rozrywką elektroniczną, w moich relacjach z córką staram się nie forsować takiego sposobu spędzania wolnego czasu. Zależy mi oczywiście na pokazywaniu jej niewątpliwie bogatego i różnorodnego świata wirtualnego oraz na wypracowywaniu nawyków pozwalających mądrze korzystać z jego dobrodziejstw, jednak celem nadrzędnym jest zawsze dbanie o właściwy rozwój.

Jeżeli więc wybrzmiewa standardowe pytanie „Tato, mogę pograć na konsoli / komputerze?”, zawsze szukam sposobności aby towarzyszyć córce. Rodzi się wtedy okazja nie tylko do wspólnego odkrywania nowych obszarów ogrywanych tytułów, ale także budowania jeszcze większej więzi pomiędzy nami. Ktoś może mimo wszystko utrzymywać, że styczność z tym rodzajem rozrywki nawet pod czujnym okiem rodzica czyni więcej złego niż dobrego. Moim zdaniem, jest zupełnie odwrotnie.

No Man's Sky

W ostatnich tygodniach, zwłaszcza po najnowszej aktualizacji, coraz częściej na tapecie ogrywanych z córką gier pojawia się No Man’s Sky. Tytuł ten idealnie wpasował się w jej zainteresowania związane z szeroko pojętą przyrodą. Możliwość odkrywania kolejnych planet, poznawania zaskakującej różnorodnością flory i fauny, niejako wejścia w rolę kosmicznego podróżnika niezwykle skutecznie przykuły jej uwagę. Poziom zaciekawienia międzygwiezdnymi przygodami stał się tak wysoki, że z powodzeniem udało mi się wynieść go poza ramy cyfrowej rzeczywistości.

Dla dzieci wszystko jest możliwe, a przy wsparciu dorosłych tylko „sky is the limit”

Kilka lat temu praktycznie każdy spacer zamieniał się w prawdziwą przygodę. Chwilę po zamknięciu drzwi córka stawała się kapitanem statku (najczęściej pirackiego), a ja dzielnym członkiem załogi. Kreatywność kilkuletniej dziewczynki potrafiła mnie wtedy niejednokrotnie bardzo pozytywnie zaskoczyć. Po jakimś czasie forma ta się w pewnym zakresie wyczerpała. Nie zabrakło oczywiście spacerów, ale przebiegały one raczej w standardowy sposób.

Wszystko odżyło natomiast wraz z zanurzeniem się w uniwersum No Man’s Sky, a towarzyszące zabawie rozmowy oraz przemyślenia różnią się diametralnie od tych sprzed kilku lat. Oboje nadal potrafimy niezwykle szybko stać się bohaterami galaktycznych wojaży, tym razem jednak wykorzystujemy pomysły zaczerpnięte z tytułu od Hallo Games. Wielka jest też obopólna frajda, gdyż momentalnie zamykamy się w swoim świecie tworząc wyimaginowane scenariusze stawiające przed nami najróżniejsze wyzwania jakby wprost wyjęte z komputerowych przygód. Mijani ludzie stają się mieszkańcami badanej przez nas planety, budynki mieszkalne bogatymi w różnorodne zasoby skałami, szczekające psy przybierają formę najdziwniejszych stworów, a ogródki na prywatnych posesjach straszą niebezpiecznymi i niezbadanymi połaciami terenu.

No Man's Sky

Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak wraz z wymyślaniem nazw. W tym aspekcie No Man’s Sky nie musi nawet pomagać, gdyż wszelkiego rodzaju słowo-stwory wylatują z ust córki z prędkością szybkostrzelnej broni. Nad głowami przelatują „Wronitexy 340-x*”, trawnik pełen jest ździebeł „Greenlitów*”, noszone przez nas ubrania są specjalistycznymi kombinezonami „odpornościowo-skanująco-bojowymi*”, buty wyposażone w ochronne „podobuwiowe osłony*” umożliwiają bezpieczne przechodzenie przez najgorętszą lawę, a zbierane po drodze kamienie w sekundzie zyskują funkcjonalności najlepszych na świecie sond badawczych „Ząbki – 1*”. Mógłbym tak wyliczać godzinami, choć i tak ledwie dotknąłbym wierzchołka góry składającej się z nieustannie, wraz z każdym spacerem, zmienianych wyrażeń.

W takich sytuacjach liczy się jedynie pełna koncentracja i wspólne doświadczanie chwili! Jeżeli więc na horyzoncie pojawia się wroga jednostka (czyli np. przechodzień), natychmiast należy ściszyć głos, odszukać schronienia i przyjąć właściwą ucieczce postawę ciała. Nie jestem w stanie słowami opisać tego jaką przyjemność odczuwam obserwując intensywność emocji pojawiających się w tych momentach na twarzy córki. Kiedy w gruncie rzeczy nie liczy się to jak nas odbiorą mijani ludzie. Przecież to my jesteśmy dla siebie najważniejsi.

A kiedy wieczorem, chwilę przed zgaszeniem lampki z ust córki pada stwierdzenie „Tato, nasze No Man’s Sky jest o wiele lepsze niż konsolowe” wiem, że przy odrobinie wytrwałości będę w stanie z powodzeniem nadal zarażać ją pasją do gier bez obawy o niechciane skutki uboczne. A gdy tylko się zbliżą, potraktujemy je w odpowiedni sposób.


A jak to u Ciebie wygląda? Jakie masz patenty na łączenie dwóch światów, realnego i cyfrowego, w wychowaniu dzieciaków?

*nazwy wymyślane przez córkę, spisane przez ojca, ze słuchu.