Fe

Nad Fe, pierwszą produkcją w ramach programu gier niezależnych EA Originals, unosi się dziecięca aura. Świat gry, czyli puszcza pełna bajkowych zwierzaków, został zresztą zainspirowany skandynawskimi lasami; a konkretnie, wspomnieniami większości ekipy Zoink! z dziecięcych czasów, gdy wychowywali się i bawili blisko natury, w stałym kontakcie z tamtejszą fauną. Ów zamysł widoczny jest w mocno geometrycznym Fe skąpanym przede wszystkim w czerni, której towarzyszą barwy podstawowe o neonowych odcieniach. Sam las jednak nie jest straszny. Zamiast tego, pobudza on ciekawość i można miejscami znaleźć wręcz dziecięcą radość w podążaniu śladami jego mieszkańców. Dlatego to solidna propozycja do grania z najmłodszymi, także z tego powodu, że… niewiele trzeba z niej rozumieć.

Piosenki bez słów, tutoriale bez sensu

Fe opowiada bez słów, będąc przede wszystkim grą o dźwiękach i nawiązywaniu kontaktu mimo barier językowych. Zamiast dialogów, operuje się tutaj gestami czy odgłosami zwierząt, a głównym mechanizmem komunikacyjnym jest śpiew. Nie ma też praktycznie klarownych odpowiedzi – nie daje ich na pewno zakończenie, które w dość odważnym ruchu nie kończy tytułu napisami końcowymi, a udostępnia Ci cały las do swobodnego zwiedzania i szukania pominiętych skarbów. Kluczem do rozszyfrowania opowieści są kamienne tablice i krótkie, pierwszoosobowe wstawki znajdywane w specjalnych, opcjonalnych hełmach – a i te wiadomości musisz odpowiednio zinterpretować. Nie powiem, żebym szczególnie pilnie chciał rozgryzać tajemnice Fe, ale przyznam, że dobrze mi też z zachowaniem enigmatycznej natury lasu; udało się autorom przekazać ich zamysł.

Fe

Chociaż Fe odmawia tłumaczenia wydarzeń, już ochoczo bombarduje Cię piktogramami i tekstem objaśniającym mechaniki – niestety, mało fortunnie. Przykładowo, tytuł świetnie wprowadza zdolność wołania miejscowych ptaków, by zaprowadziły Cię do celu… tylko po to, żeby na koniec wyświetlić tekstową wskazówkę tłumaczącą coś, co załapie nawet dziecko. Wygląda to nader dziwnie, jakby twórcy nie ufali nie tylko sobie, ale i graczom. Sam zauważyłem, że tytuł zaczął mi się bardziej podobać, gdy ograniczyłem jego pomoc do minimum.

Pszczoły bzykały podejrzliwie, jak to one mają w zwyczaju

Głównym elementem rozgrywki jest nawiązywanie relacji z mieszkańcami lasu – a że muzyka łagodzi obyczaje, to właśnie tak lisek przełamuje pierwsze lody. Prawym, analogowym spustem pada wydajesz dźwięki; w zależności od stopnia nacisku, Fe wydaje z siebie ciągły odgłos o różnej wysokości – od gardłowego pomrukiwania, po wysoki skowyt. Podchodząc do zwierząt tudzież tajemniczych wichajstrów, jesteś w stanie niemalże dosłownie nawiązać z nimi nić porozumienia (postacie łączy fala, a Ty odpowiednio przyciskając R2 musisz sprawić, by zaczęły nadawać na tej samej jej częstotliwości). Z mniejszymi dogadasz się w każdym języku, ale większe, starsze zwierzęta muszą Cię już nauczyć swoich dźwięków, w zamian za pomoc – nowe dialekty służą też do manipulowania okoliczną florą, która reaguje na różne odgłosy i spełnia różnorodne funkcje. Przy tej okazji, audio absolutnie nie dało plamy, gdyż większą część gry przeszedłem dusząc spust i słuchając, jak drobny Fe nuci wszystkie te melodie, których nauczył go las.

Duża część gry opiera się właśnie na wzajemnej pomocy pomiędzy mieszkańcami lasu. Pomniejsze zwierzaki „użyczają” Ci swoich piosenek, żebyś pomógł im rozwiązać ich problemy. Wspomniany wyżej ptak zostaje wprowadzony jako „mediator” pomiędzy Tobą i matką, kierując Cię do skradzionych jaj, a jeleń użycza Ci grzbietu, żeby ułatwić Ci kicanie po okolicy. W budowaniu więzi z fauną pomaga to, jak słodkie są napotykane wszystkie zwierzęta. W być może najbardziej czarującej sekwencji w całej grze, przeprowadzasz przez niebezpieczne terytorium grupkę małych jaszczurek nucących piosenkę, która otwiera działające jak trampolina kwiaty; gdy dochodzisz do fragmentu rodem z Metal Gear Solid, gdzie musisz przekradać się niepostrzeżenie między krzakami, małe gady kryją się wraz z Tobą, dając nura w ziemię, by ich ogony udawały źdźbła traw.

Fe

Szkoda, że takich uroczych fragmentów rozgrywki nie ma jednak więcej. Chociaż zwierzaki stanowią ciekawy sposób na urozmaicenie Twojego asortymentu zdolności i narzędzi, gra korzysta z nich nadto za rzadko. Zbyt wiele zagadek polega bowiem na kryciu się po krzakach solo i rzucaniu wybuchowymi kulkami w bariery – zaś pod sam koniec gry śpiewasz przede wszystkim do przełączników. Twoi przyjaciele z lasu to często przede wszystkim „podpórki”, dzięki którym sięgniesz kolejnej klasycznej w formie łamigłówki. Do samego końca nie mogłem pozbyć się wrażenia, że te wyzwania można było oprzeć wyłącznie na mechanice śpiewu, bez podpierania się ogranym już do bólu motywem rzucania wybuchającym przedmiotem; wrażenie było o tyle silniejsze, że Fe z początku zdaje się sugerować, że tak właśnie będzie.

Gdyby lisek nie skakał, to by na tym lepiej wyszedł

Fe jest przy tym przede wszystkim grą platformową – świat przemierzasz skacząc i kicając, także po drzewach. Sterowanie postacią jest jednak bardzo nierówne; na lądzie, lisek porusza się bardzo żwawo i reaguje zmianą pozycji na każde tyrpnięcie gałki analogowej. Jego skoki są już dziwnie ociężałe, nie przystając do gracji, z jaką hopsa po trawie. Wdrapywanie się na drzewa ma w sobie sporo elegancji – ot, naciskasz X i susami śmigasz na sam szczyt – aż nie zgubisz fasonu, bo dziabnąłeś przycisk akurat o raz za dużo i poleciałeś w losowym kierunku… Najgorzej zaś jest z szybowaniem. Lisek skręca w powietrzu ociężale, a za każdym razem, gdy rozkłada łapki do lotu, pęd powietrza popycha go do przodu. W efekcie, do samego końca mojej krótkiej przygody z Fe nie czułem się pewnie, gdy przyszło mi lądować na dowolnej platformie w linii prostej.

To nie tak, że Fe jest szczególnie trudną platformówką. Design poziomów nie wymaga od Ciebie skomplikowanych manewrów czy nietuzinkowej zręczności, gra nie narzuca Ci też szaleńczego tempa ani szczególnej presji. Nacisk położony został na naturalną, bezstresową eksplorację i właśnie w niej leży problem – bardzo łatwo burzy się flow tytułu. Jest w Fe sekwencja, w której wspinasz się po gigantycznym zwierzaku przypominającym jelenia; z jego ciała wyrastają drzewa, które służą Ci za punkty zaczepienia. Scena to bardzo urokliwa – choć trochę intensywnie mrugająca okiem w kierunku Shadow of the Colossus – i powiedziałbym, że właśnie tą zapamiętasz na dłużej z Fe. Dla mnie ten moment został nieco zrujnowany przez idiotyczne wręcz upadki i chybione lądowania spowodowane tym, że lisek niefortunnie reagował na ruch gałką analogową lub kolizję ze ścianą. To nie jest wielka heca, ale od Fe na pewno lepiej zapamiętam ABZÛ, choćby dlatego, że tam w ogóle nie miałem takich problemów. Niektóre rodzaje gier mają tak naprawdę tylko jedną szansę, żeby osiągnąć obrany przez twórców efekt.

Po dość umiarkowanym początku, Fe zdążyło mnie jednak kupić – od poznania trzeciej piosenki mieszkańców lasu, gra zrobiła się o wiele bardziej płynna, pojawiło się też więcej godnych podziwu widoczów i urokliwych scen. Udało się ponadto twórcom oddanie tajemniczej, kuszącej aury, w jakiej utopione są lasy i ich piękni lokatorzy. Ale mimo to, gra szwedzkiego Zoink! nigdy nie przeniosła mnie w inny świat. Uboga miejscami rozgrywka i sterowanie nie dały mi się tym tytułem zainspirować. To jedynie solidny średniak, chociaż taki, który świetnie nada się na rozgrywkę z dzieckiem; pod warunkiem, że jednak złapiesz czasem za pada i poskaczesz, gdy zajdzie potrzeba.

Kopię gry dostarczył wydawca – Electronic Arts Polska


Fe to przyjemny tytuł dla wielbicieli wrażeń takich jak Podróż, Brothers: A Tale of Two Sons czy ABZÛ, który spodoba się dzieciom.

Produkcja mogłaby ilustrować w słowniku hasło „niezobowiązujący” – faktycznie wyróżniającym się elementem jest może jedynie niedopracowane sterowanie.