Ustatkowany Gracz

Jaka jest Twoja ulubiona długość rozgrywki w grze? Reflektujesz bardziej liniowe, krótkie fabuły, rozbudowane lokacje czy może sandboksy z ogromną mapą i masą zadań pobocznych do wykonania? A może spełniasz się w rozgrywkach multiplayerowych?

Gram od zawsze. W swoim życiu jak każdy gracz z krwi i kości przechodziłem różne okresy gamingowego szaleństwa. Jako domorosły amator prymitywnych wirtualnych światów często w ukryciu przed rodzicami nie spałem po nocach, grając w najlepsze. Będąc nastolatkiem również nie żałowałem danego mi czasu, przegrywając setki godzin już w bardziej poważnych produkcjach. Mając dziewczynę i mieszkanie na utrzymaniu uwielbiałem sandboksy, większość czasu spędzając na penetracji obszernych lokacji i maksymalizowaniu umiejętności postaci. Od kilku miesięcy wszystko się zmieniło. Mały bohater w moim życiu sprawił, że zmieniłem upodobania, zamieniając otwarte światy na liniowe, krótkie kampanie.

Cudowny szkrab nie sprawia, że growe hobby przepadło i pozostał jedynie kurz na konsolach. Wieczorami często można wynegocjować chwilę wolnego czasu, jednak zmęczenie, brak chęci do podjęcia jakichkolwiek działań czy większe priorytety dają się we znaki. Poza tym wiele czynników sprawiło, że sandboksów staram się unikać jak wampir czosnku. Niestety… A przecież jeszcze niedawno był to mój ulubiony gatunek gier.

Dorosłość, czyli… kłody pod nogami

Moja miłość do gier nie zanika, nie ulatuje i nie jest zagrożona. To tylko życie i jego następstwa czy niespodzianki sprawiają, że człowiek musi wybierać, ograniczać się, stopować lub nawet walczyć jak lew o swoje racje. Często po ciężkim dniu muszę walczyć nie tylko ze zmęczeniem, częściowym wypaleniem czy minimalną ochotą na godzinną sesję ale także z humorami drugiej połowy. Syn śpi, więc tata stara się pielęgnować swoje pikselowe zainteresowanie za wszelką cenę.

Ustatkowany Gracz

Naturalnie więc gry z otwartym światem jawią się jak koszmar. Wszak ile gry można ukończyć w godzinę? Odblokować kilka obszarów, odszukać kilka na krzyż skarbów lub wykonać dwie misje poboczne? Człowiek czuje się jakby stał w miejscu. Sześciogodzinne kampanie nie dość, że dają radość z rychłego poznania zakończenia gry to w bonusie gracz odczuwa, że faktycznie przemierza główne zawiłości fabularne krótkich produkcji. Nie ma powtarzających się misji pobocznych lub wielkich, często nudnych obszarów do eksploracji. Z racji takiego obrotu spraw, nieco samoczynnie staram się przestawić na gry liniowe, bardziej stawiające na różnorodność skryptu scenograficznego.

Krótki długi Battlefront II

Czytałem, że kampanię fabularną w Star Wars: Battlefront II można ukończyć w cztery godziny. Pytam więc kolegi, również ojca, aktualnie walczącego po ciemnej stronie mocy, jak wypada fabuła w tej sieciowej strzelaninie. Nie dość, że zaczął zachwalać kampanię single player to w dodatku stwierdził, że on już gra kilka wieczorów i jeszcze nie widział napisów końcowych. To właśnie jest w pełni dorosłe życie. Dom, dzieci, nadgodziny w pracy czy sprawy dużo ważniejsze niż gry wideo sprawiają, że czterogodzinna kampania wydłuża się jak guma starczając na… kilka wieczorów.

Prawda jest taka, że nie można porównać tej samej kampanii w rękach napalonego dwudziestolatka bez życiowych problemów a niemal czterdziestoletniej głowy rodziny. Ile to razy zdarzyło mi się zasnąć z padem w dłoniach? Ile razy musiałem wyłączyć konsolę bo mały się obudził i trzeba było nadejść z odsieczą? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Tunelowe przygody na trzy wieczory

Obecnie idealnymi grami dla mnie są tytuły pokroju The Order: 1886. Filmowe prowadzenie akcji, dużo strzelania, niewiele myślenia i krótka kampania. Także gry typu Life is Strange lubię włączyć raz na pewien czas, ciesząc się wciągającym scenariuszem tudzież ciągłymi konkretami, bez nużących zadań pobocznych. Zastanawiający jest jednak fakt, że jeszcze nieco zostało mi z dawnych lat i wciąż napalam się np. na Far Cry 5, jednocześnie mając świadomość, że tytuł to synonim mozolnej drogi do napisów końcowych. Ostatnio pomiędzy wyborami dotyczącymi długości gry, miło spędziłem czas przy Uncharted: Zaginione Dziedzictwo, mimo iż twórcy zaimplementowali tam pół otwartą rozgrywkę.

Jeszcze kilkanaście miesięcy temu grałem w kolejne tytuły bez opamiętania; teraz raduje się z każdej krótkiej sesji z wirtualnymi światami. Co jednak jest najgorsze w tym całym nieuchronnym dorastaniu? Realna świadomość, że cudowne czasy swobody i wielogodzinnych sesji bezpowrotnie minęły, a każde dłuższe włączenie konsoli to jak wygrana na loterii. Wygrana ze zmęczeniem, dorosłymi przeciwnościami losu czy ekspresowo mijającymi dniami. Całe szczęście nic się we mnie nie wypaliło, a głód nieautentycznej przygody jest coraz bardziej odczuwalny. I niech tak pozostanie.