Staruszek Logan

Komiksowy styczeń rozpocząłem od lektury dwóch albumów z Egmontu. Doprawdy, trudno mi zdecydować, który jest gorszy…

No dobra, przesadzam. Na przekór prywatnej opinii należy spojrzeć na albumy Staruszek Logan – tom 1 oraz Invincible – tom 2 z pewną dozą tolerancji. Nie da się bowiem ukryć, że całkiem inaczej na wskazane wydawnictwa spojrzą małoletni odbiorcy komiksów, inaczej ustatkowani gracze, jeszcze inaczej – pokolenie już blisko 40+, które dorastało w latach 80. XX wieku. I choć te różnice są czymś z gruntu normalnym, tak o podobny punkt widzenia na to samo medium już jakby nieco trudniej.

Staruszek Logan (tom 1): Strefy wojny

Nie da się ukryć, że wybierając jeden z powyższych, mój wybór mimo wszystko padłby na Staruszka Logana. To w końcu ostatni film z Hugh Jackmanem oglądałem z przeświadczeniem, że wreszcie poprawnie oddano Wolverine’a na srebrnym ekranie; to Weapon X autorstwa Barry’ego Windsor-Smitha otworzył mi oczy na sztukę komiksu, która tym właśnie albumem odgrodziła się od przekonania, jakoby o jej sile świadczyły kolejne przygody Kaczora Donalda. Ale cholera, za stary już jestem na bitewne światy, Multiversum, boskiego Dooma, klony, kolejne kopie superbohaterów rozsiane po wielu planetach orbitujących w wielowymiarowej przestrzeni kosmicznej. Nie potrzebuję już kolorowych kostiumów, aby docenić dobrą kreskę i mądrze poprowadzoną fabułę.

Jasne, na pierwszym planie można zauważyć zagubienie głównego bohatera, tragizm tej postaci, życie osobiste Logana i realia panujące w stylizowanym na western świecie, ale ani rysunki, ani tym bardziej fabuła nie przekonały mnie na tyle, abym mógł ten komiks polecić również Tobie. Moim zdaniem to pozycja przeznaczona dla fanów superbohaterskich fikołków. Ja do nich nie należę.

Invincible

Invincible, tom 2

Zawsze dosyć niefortunnie jest zaczynać lekturę czegokolwiek od części drugiej. Nawet jeśli ta pozornie do pierwszej nie nawiązuje, czytelnik nie ma szans wyłapać niuansów, często stanowiących koloryt kontynuacji, odnoszących się bezpośrednio do postaci lub fabuły z początku przygody. Ale nawet będąc tego świadomym, jednego jestem pewien. Ani część pierwsza, ani druga Invincible nie miałaby szans na to, aby przypaść mi do gustu.

Cały bowiem album traktuje o superbohaterze (a w zasadzie całej ich plejadzie) walczącym z kosmitami na obcych planetach, próbującym wyperswadować im siłą, że podbicie połowy kosmosu / zniszczenie Ziemi to słaby pomysł…

Światełkiem w tym ciemnym jak dupa tunelu jest podejście scenarzysty, który na każdym kroku śmieje się z kliszy, karmiącej moje pokolenie. Puszcza oczko do fanów komiksów spod szyldu Marvela czy DC, czy kopiuje przywary tamtejszych herosów. Natomiast rysownik (Ryan Ottley) doskonale pasuje do oddawania prześmiewczych kadrów osadzonych tak w międzyplanetarnej przestrzeni, jak i w normalnej ludzkiej szkole. Czyli gitara jakby nastrojona, tyle dźwięki jakby nie te.

Tak – rozumiem zamysł i doceniam podejście, ale nie kupuję takiej formy i nie daję szansy, ani pierwszemu, ani kolejnym z cyklu Invincible. Co nie znaczy, że taka forma kolorowych, międzyplanetarnych przygód małolatów nie przekona Ciebie! Jeśli będziesz miał szansę zapoznać się z nimi u znajomego – skorzystaj z okazji, nie nabywając go w ciemno. A jeśli Ci się spodoba, wiesz co robić.

Ja tej szansy nie miałem…

Autor Mateusz Czerwiński

Mateusz jest człowiekiem niebojącym się nowych wyzwań, bez względu na formę, jaką te przyjmują. Propaguje gry wideo gdzie tylko i w jaki sposób może (zarówno na łamach prasy drukowanej, w internecie oraz w telewizji), bowiem uznaje je za krewną sztuki audiowizualnej. Jest jednocześnie ustatkowanym graczem i ojcem kolekcjonującym doświadczenie z różnych dziedzin życia. Kocha gry narracyjne, pamięta czasy NES-a.